Karolina Owczarz, była dziennikarka Polsatu, przed debiutem w KSW: Irytuję się, gdy mówią, że moja walka z Pauliną Raszewską to freak fight [ROZMOWA]

- Kilka razy w miesiącu wracam do domu, patrzę na swoje ciało całe w siniakach i pytam sama siebie: po co mi to? Ale po trzydziestu minutach już mi przechodzi. Czuję się niespełniona pod względem sportowym. Dlatego teraz gonię marzenia. Nie chcę być frustratką na starość, bo czegoś nie spróbowałam. Tym bardziej, że moje otoczenie zapewnia mnie, że to dobry pomysł - mówi 24-letnia Karolina Owczarz, była pięściarka i dziennikarka Polsatu, w rozmowie ze Sport.pl. Już 3 marca zadebiutuje w MMA podczas KSW 42, gdzie w Łodzi zmierzy się z Pauliną Raszewską.

Antoni Partum: Do tej pory to ty zadawałaś pytania, a teraz role się odwróciły. Męczą ciebie już telefony od dziennikarzy?
Karolina Owczarz: - Ostatnio bardzo dużo było zapytań o wywiad, ale to miłe uczucie, choć dla mnie wcale nie nowe. Już jako pięściarka udzielałam wielu wywiadów. Teraz zaczęłam jednak odmawiać. Nie świadczy to o tym, że gwiazdorzę... Po prostu muszę w pełni skupić się na treningach. Najbliższa walka to mój priorytet.

Gdy ludzie określają ją mianem "freak fightu"[walki celebrytów], to co sobie myślisz?
- Irytuję się. Ok, w Polsacie pracowałam pięć lat i wtedy faktycznie mało uprawiałam sportu, ale wcześniej spędziłam niemal dziesięć lat na sali bokserskiej. Trenowałam w czasach, gdy kobiecy boks był w opłakanym stanie.

W boksie dobrze ci szło. Wygrałaś wszystkie cztery zawodowe pojedynki. Dlaczego nagle rzuciłaś sport i zaczęłaś być dziennikarką?
- Zakończyłam współpracę z moim ówczesnym promotorem. Od mojej ostatniej walki minął prawie rok, a podczas Polsat Boxing Night, kiedy walczył Saleta z Gołotą [2013 rok-red.], zupełnie przypadkowo poznała pana Mariana Kmitę [dyrektor ds. sportu w Polsacie - red.], który od razu uznał, że pasuję do redakcji Polsatu Sport i zaledwie kilka dni później zaproponował mi pracę.

Dlaczego zakończyłaś współpracę z Tomaszem Babilońskim?
- Nie miało to nic wspólnego ze sportem. To była kwestia stricte prywatna. Nie chcę go już znać. I on mnie pewnie też. Kibice myślą, że skoro walczyłam cztery razy, to byłam żółtodziobem. Jednak kobiecy boks różni się od męskiego. Żeby otrzymać szansę walki o pas mistrzyni świata potrzeba około 8-10 pojedynków, czyli dwa-trzy razy mniej niż w męskim boksie. Moja pierwsza przeciwniczka Elena Gromyko nie była zbyt wymagająca. Ale taki musi być debiut, czyli spokojny, fajny i przyjemny. W następnych trzech walkach miałam już godne rywalki.

To był także trudny czas dla kobiecego boksu. Zarabiałam około 500 złotych za rundę. Rok przerwy od walk sprawił, że poczułam się trochę wypalona, a oferta Polsatu była atrakcyjna finansowo i pod względem rozwoju. Do redakcji wprowadzał mnie Roman Kołtoń i Paweł Wójcik, było to dla mnie świetne doświadczenie.

W maju zeszłego roku jednak znów poczułaś głód sportu. Rozpoczęłaś treningi MMA, a na sali spotykałaś czołowych polskich zawodników: Marcina Tyburę, Daniela Omielańczuka, Damiana Janikowskiego czy Łukasza "Jurasa" Jurkowskiego. To oni cię namówili na wznowienie kariery?
- Treningi z nimi to czysta przyjemność. Nauczyłam się od nich trochę podstaw MMA, a także otrzymałam kilka cennych wskazówek, szczególnie od Daniela Omielańczuka [były zawodnik UFC-red.]. Jednak najważniejsze co od nich wyniosłam to entuzjazm. Entuzjazm, który stał się moim motorem napędowym. Gdy trenowaliśmy w S4 każdy z nich szykował się do swoich walk, i ta atmosfera sportowej rywalizacji sprawiła, że na nowo obudziła się we mnie potrzeba poczucia ringowej adrenaliny. Treningi i sparingi tego nie zastąpią.

Ostatnio zmieniłaś klub. Wróciłaś do Łodzi i zaczęłaś trenować w Shark Top Team, klubie Karoliny Kowalkiewicz zawodniczki UFC.
- Nigdzie nie ma takich warunków jak w Shark Top Teamie. To prawdziwy raj dla kobiet walczących w MMA. Mam kilkanaście świetnych zawodniczek, z którymi mogę sparować.

Jak wyglądasz na tle Kowalkiewicz, fajterki ze ścisłej światowej czołówki?
- To oczywiste, że to nie ja przeważam podczas sparingów, ale też nie są to sparingi do jednej bramki. To nie to samo co zawodowa walka, ale nie ma odpuszczania. Jak tylko Karolina mi trochę odpuści, to od razu Zabor [trener Łukasz Zaborowski] krzyczy: "Ciśnij! Bo ona musi się uczyć".

Bije od ciebie wielki entuzjazm, ale czy miewasz momenty słabości, chwile gdy chcesz zrezygnować?
- Kilka razy w miesiącu wracam do domu, patrzę na swoje ciało całe w siniakach i pytam sama siebie: po co mi to? Ale po trzydziestu minutach już mi przechodzi.

Czuję się niespełniona pod względem sportowym. Dlatego teraz gonię marzenia. Nie chcę być frustratką na starość, bo czegoś nie spróbowałam. Tym bardziej, że moje otoczenie zapewnia mnie, że to dobry pomysł.

A jak na walkę w klatce reaguje twoja mama?
- Czasem jestem tak obita po sparingach, że mnie nawet nie poznaje.

I naprawdę bardzo jej współczuję, bo wiem ile to ją kosztuje nerwów. To są setki, dosłownie setki, nieprzespanych nocy. Ale nigdy nie miała ze mną łatwo. Już jako pięściarka zmuszałam ją do oglądania moich walk, chociaż wtedy też to bardzo przeżywała. Ostatnio jednak do mnie zadzwoniła i powiedziała, że przypadkowo natrafiła w telewizji na MMA i chce, abym z nią obejrzała jakąś galę i wszystko jej wyjaśniła. Bardzo to doceniam. Jest najwspanialsza na świecie!

Już 3 marca zadebiutujesz w KSW w starciu z Pauliną Raszewską, trenerką kick-boxingu i muay thai [tajski boks-red.] w warszawskiej Copacabanie. Czujesz się faworytką?
- Absolutnie nie! Jednak cieszy mnie to. Miałam wybór walczyć w innych federacjach, zgłosiły się praktycznie wszystkie możliwe. Chwilę rozmawiałam z Ladies Fight Night, bo to bardzo fajna ekipa, ale ostatecznie wybrałam KSW. I widziałam, że tutaj będzie najtrudniej pod względem sportowym, ale to mi odpowiada. Pamiętajmy, że Paulina miała walczyć dla KSW w 2012 roku, ale w ostatnim momencie zamieniła ją Karolina Kowalkiewicz.

W płaszczyźnie bokserskiej wydajesz się lepsza od Raszewskiej, ale Paulina wywodzi się z muay thai. Pamiętam jak uznany pięściarz Rafał Jackiewicz debiutował w MMA podczas KSW 28, a jego rywalem był Marcin Parcheta, który ma świetny tajski boks. Jackiewicz został tak skopany, że musiał się poddać w trzeciej rundzie. Nie boisz się kopnięć Raszewskiej?
- Nie bój się, też potrafię wysoko podnieść nogę. W tajskim nie miałabym pewnie większych szans, ale to będzie walka w MMA. A w nim, ona też nie ma żadnego zawodowego doświadczona. Boks to fajna podstawa, jak każda inna, ale MMA to zupełnie inna dyscyplina. Myślę, że moje ciosy proste, sierpowe i podbródkowe mogą mi pomóc, ale to co najwięcej wyniosłam z boksu, to fakt, że umiem przyjąć cios. Naprawdę jestem odporna.

Karolina Owczarz Karolina Owczarz www.instagram.com/kowczarz

Znacie się prywatnie z Raszewską?
- Nie.

Na ważeniu przybijecie sobie "piątkę"? Czy może musisz się nakręcić, że to wojna, a ona to twój wróg? Będzie tzw. trash-talk?
- Skupiam się na sobie. Nie przewiduję żadnych zaczepek słownych z mojej strony, ale też nie muszę się z nią przyjaźnić. Nie jest moją koleżanką i na pewno do 3 marca nią nie zostanie.

Chcę być jednak pozytywną zawodniczką. Będę bawiła się MMA, więc banan nie zejdzie z mojej twarzy.

Zależy tobie na efektownej walce, czy liczy się tylko wynik?
- Nie będzie to najpiękniejsza walka na świecie, bo nie ma prawa taką być. Chcę jedynie, by ludzie dostrzegli w niej sport i to jak ciężko pracowałam. Chcę pokazać ile się nauczyłam. A jeśli przy okazji wygram, to będzie to miły skutek uboczny

rozmawiał Antoni Partum