Na środku niczego. Zbigniew Gutkowski samotnie opłynął Ziemię

- Trasę wyznacza prognoza pogody. Droga najkrótsza wcale nie musi być najszybsza. Można trafić na sztorm. Na południu wpakowałem się w absolutnie paskudny, który trzymał mnie przez trzy dni, przy wietrze 60 węzłów (111 km/godz). Fajnie wygląda, nie ma co - fale 15-metrowe - opowiada Zbigniew Gutkowski, który opłynął Ziemię w regatach samotników
Radosław Leniarski: Ile dni spędził pan samotnie na morzu?

- Około 120. Kupa czasu. To nie była najkrótsza trasa dookoła świata. Zresztą jakakolwiek by była...

Zaczęło się dramatycznie. Dziewiątego dnia próbował pan zdjąć zielsko z płetwy sterowej i...

- Zapomniałem się, że mam niebezpieczne urządzenie na jachcie, czyli wiatrowy generator prądu. Szybko chciałem się pozbyć balastu, czyli tego zielska, i skrzydło wiatraka - jak śmigło samolotu - przywaliło kilka razy w moją głowę. Na początku nie wiedziałem, co się stało. Nie czułem wielkiego bólu, ale ostrza pocięły głowę od czubka do nosa [w tym momencie dostrzegam na twarzy żeglarza szereg białawych blizn ciągnących się od grzbietu nosa w górę, przez brwi i czoło pod włosy].

To esencja żeglugi samotników. Był pan zdany wyłącznie na siebie w ekstremalnej sytuacji na środku oceanu...

- W tamtej chwili zastanawiałem się, co ja tu, do cholery, robię, na środku niczego, kilkaset mil przed równikiem.

Ja na widok krwi mdleję, ale teraz nie mogłem. Wiedziałem, że bardzo krwawię, bo krew zalała mi oczy, pomacałem ręką ranę, ale wyczułem trójkąt oberwanego skalpu. Krew lała się na pokład - wiedziałem, że nie jest dobrze. Tamowałem krew, ale poczułem charakterystyczną chwiejność. Z doświadczenia wiedziałem, że między tym uczuciem a utratą przytomności mijają dwie, trzy minuty. Co oznacza brak przytomności i obfity krwotok kilkaset mil od brzegu, można sobie wyobrazić.

Dotarłem do apteczki. Zatamowałem krwotok tamponem. Obciąłem włosy, oczyściłem rany dokładnie - patrząc w lusterko, jak filmowy Terminator - ściągnąłem brzegi rany, zakleiłem specjalnym plastrem i udało się.

Zadzwoniłem do żony przez satelitę, zawsze do niej najpierw dzwonię. Strasznie nakrzyczałem na generator. Groziłem mu, że go wyrzucę do morza. Żona powiedziała: "Oj tam, skoro krzyczysz, to nie może być aż tak źle".

Było to jednak traumatyczne przeżycie. Miałem świadomość, że okoliczności są nieprzyjazne. Był dziewiąty dzień od startu. Gorąco, wilgotno, pot, plankton i bakterie w każdej kropli wody, bo jestem na oceanie i fale przelewają się przez pokład. I sól. Oczyszczająca, ale tak jej dużo, że wyżera jeszcze większą ranę. Ryzyko infekcji olbrzymie.

Więc w sumie im rzadziej mam przebywać na pokładzie w tej sytuacji, tym lepiej. Pasaty są stałe, więc nie musiałem zmieniać kierunku płynięcia. Kurs południowy, do przodu, aby przebić się przez słabe wiatry równikowe. Miałem sporo szczęścia. Po siedmiu dniach zagoiło się. Ale, żeby wszystkich uspokoić, mieliśmy przed startem specjalne szkolenie.

Ale nie ze wszystkiego. Po wpłynięciu na Atlantyk doszła do Polski przedziwna informacja. Najpierw, że z powodu awarii zawraca pan na Fortalezę w Brazylii, a potem, że powodem zwrotu jest złamane żebro...

- Najpierw połamałem żebra, ale myślałem, że jestem tylko poważnie poobijany. Spadłem bowiem z pokładu do kokpitu nogami do góry, plecami w dół, jak nurek skaczący z burty w wodę. Wtedy doszło do złamania.

Zastanawiałem się, czy wycofać się z etapu z powodu pęknięcia uchwytu sztagu, czyli jednej z podstawowych lin utrzymujących maszt w pionie. Miałem szczęście, gdyby wiatr był silny, na pewno straciłbym maszt.

Musiałem wyciągnąć z wody żagle umocowane do sztagu z tym bólem żeber. Ale wciągnąłem przez nos krople wody i kichnąłem. To była czysta masakra - taki ból, aż się przewróciłem. Doczołgałem się do telefonu i zacząłem dzwonić po radę. Nie mogłem oddychać, zgiąć się, kichnąć, każda czynność sprawiała mi ból, więc stwierdziłem, że walę do Fortalezy.

W porcie najpierw znalazłem spawacza, który przez trzy dni naprawiał sztag. Dopiero potem poszedłem do lekarza. Zrobił prześwietlenie i za głowę się złapał. Okazało się, że jedno żebro mam pęknięte, a drugie złamane z przemieszczeniem. Stwierdził, że muszę zostać tak długo jak się da, żeby choć trochę te żebra wróciły na swoje miejsce i proces gojenia się zaczął. Ja jednak chciałem zdążyć na start etapu w Charleston. W sumie spędziłem w Fortalezie 11 dni - kolejne prześwietlenie wykazało, że się nie zrosło, więc lekarz stwierdził, że jak już muszę płynąć, to żebym się trzy razy zastanowił nad jakąkolwiek czynnością, czy trzeba ją wykonać.

W takich regatach sprzęt czasem zawodzi, ale jak to możliwe, aby zawiódł sztag?

- Okucie nie powinno się urwać przez najbliższe 100 lat. Było obliczone na 44 tony obciążenia. W Punta del Este sprawdzałem dokładnie każde wiązanie i nic nie było widać. To zresztą charakterystyczne przy nowoczesnych materiałach, takich jak tytan. Nic nie ostrzega przed katastrofą, po prostu w krytycznym momencie pęka jak szkło. Żeglarstwo wraca więc do miękkich materiałów, np. lin trwalszych i lżejszych niż stalowe. Po linie widać, że się przeciera i jest czas, aby ją wymienić.

Skąd pan wiedział, gdzie płynąć, aby osiągnąć cel szybciej niż inni. W takich regatach ja Velux 5 Oceans nie wyznacza się przecież na mapie prostej trasy.

- Nie. Trasę wyznacza prognoza pogody. Droga najkrótsza wcale nie musi być najszybsza. Można trafić na sztorm. Ludzie myślą, że wtedy wypuszczę spinakera i jazda do przodu. Ale ja mam długi rejs przed sobą. Nie mogę ryzykować awarii, więc to raczej niemożliwe. Można pływać w miarę bezpiecznie przy wietrze do 40 węzłów (74 km/godz.), powyżej zaczyna się walka o życie, trzeba hamować jacht. Więc takich rejonów trzeba unikać.

Bez komputera i internetu ani rusz. Prognozę pogody dostaję dzięki internetowi. Przepuszczam ją przez specjalne oprogramowanie. Mam na jachcie cztery laptopy i komputer-matkę. Gdyby chodziło tylko o pokonanie trasy, może i nie potrzebowałbym tego sprzętu, ale w moim przypadku chodzi o to, aby ją pokonać szybciej od rywali. Kiedy więc dostaję wyznaczoną trasę, włączam swoje osobiste współczynniki i sam biorę się za analizę. Komputer nie wie nic o prądach morskich, wysokości i długości fali. Dzięki prognozie wiem, że 1000 mil ode mnie formuje się strefa niżu, ale nie mam pojęcia, w którym kierunku i jak szybko pójdzie. Rozejdzie się albo też zmieni w takie coś mocarnego, złośliwego, przemieszczającego się szaleńczo po morzu, co nazywamy cyklonem.

Było parę takich sztormów, które udało się ominąć, ale jeden szalał w miejscu, w którym według regulaminu regat musieliśmy się znaleźć. Wpakowaliśmy się z Derekiem Hatfieldem w absolutnie paskudny sztorm, który trzymał nas przez trzy dni, przy wietrze 60 węzłów (111 km/godz.). Fajnie wygląda, nie ma co. Fale 15-metrowe. Jak wieje długo i konsekwentnie z jednego kierunku, to fale są długie i regularne. Ale wtedy spotkały się sztormy z dwóch stron, więc się zrobił straszny kocioł. Takie fale są niebezpieczne dla sprzętu. Trzeba zmniejszać prędkość, ale utrzymać sterowność, ale niemal wszystkie wypadki morskie biorą się stąd, że łódka jest zbyt wyhamowana. Maszty nie wytrzymują, żagli już nie ma, bo są zrzucone przy takim sztormie, nie stawiają więc oporu. Daleki jestem od tego, aby wyśmiewać się z żeglarzy, którzy opowiadają, jak ich jachty koziołkują - raz czy nawet więcej razy.

Jak wytrzymać trzy dni sztormu? Czy można w takich warunkach zasnąć, nie narażając się na morską katastrofę?

- Przede wszystkim trzeba zapomnieć o podziale doby na noc i dzień, tak jak się zapomina o niedzieli i świętach.

Red Bull albo kawa odpadają. Są dobre, jak się samochodem jedzie i przedłuża stan gotowości o kilka godzin, ale nie trzy miesiące. W regatach chodzi o to, aby spać snem płytkim, tak aby każda zmiana odgłosów, zmiana wiatru, kierunku fal natychmiast budziła.

Głęboki sen nie istnieje na jachcie. Panuje duże napięcie i siłą rzeczy żeglarz musi się dostosować. Jeden mi mówił, że próbował wytrenować odporność na sen i chodził jak zombi przez miesiąc, ale na jachcie i tak cierpiał jak ci wyspani. Zasadą jest, że trzeba spać ile się da i mieć jak najczęściej oczy zamknięte.

Ale czasem spać się nie da. Kiedy przy mecie drugiego etapu płynąłem wzdłuż brzegu Nowej Zelandii, do Wellington, non stop musiałem kontrolować kierunek, bo jeden niepotrzebny skręt i rozbiłbym się o klify. Wtedy człowiek rzeczywiście umiera ze zmęczenia. Przy brzegu czyha też inne niebezpieczeństwo - rybacy, zwykle drinkowi. Nawalona jak szpadel Afryka i Ameryka Płd. pływa bez świateł. Jeśli mają światła na żaglowej łódce, jest to świeczka. Na południu trzeba też uważać na wieloryby i góry lodowe. Kiedyś na "Polpharmie" [katamaran w regatach "The Race" w 2000 roku] cały sektor zderzeniowy odpadł po uderzeniu wieloryba wyglądającego na jakieś 80 ton. Niby na rynku są sonary, ale jak się bardzo szybko płynie, musiałby siedzieć sztab ludzi i gapić się w monitor non stop jak w łodzi podwodnej.

Flaszka rumu na trudne chwile była?

- Niestety nie. Musiałem zachować trzeźwy umysł - byłem debiutantem w takich regatach. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Gadałem z Bradem van Liewem - on miał kilka butelek wina czerwonego, ale piliśmy je tylko w porcie. Szampana oddałem całego Neptunowi podczas wodowania "Operona". Zresztą na jachcie liczy się każdy kilogram. Cięższy, znaczy wolniejszy. Dlatego używa się tylko jedzenia liofilizowanego. Więc marzyłem o McDonaldzie. Brakowało mi czegoś ciężkiego w brzuchu, żeby się powiększyło w żołądku ze cztery razy. Podczas "The Race" musieliśmy "Polpharmą" zawinąć do portu - tamte regaty dookoła świata odbywały się w formule bez zawijania do portu. Zejście na brzeg było karane, podobnie jak nieuprawniona asysta z brzegu. Obsługa portu przemyciła nam kilka big maców i było to najlepsze jedzenie, jakie miałem w ustach. Teraz na szczęście w portach docelowych na metach etapów zdarzały się przyjęcia, grille, itd.

Co teraz? Regaty samotników dookoła świata non stop?

- To wbrew pozorom podobna trudność, jeśli nie są łatwiejsze.

W Velux 5 Oceans ciężko przeskakiwać co kilka tygodni z rytmu morskiego w brzegowy. Trudno podnieść się do kolejnego etapu. W regatach non stop jest rytm, letarg, otumanienie.

VELUX 5 Oceans Race

Regaty odbywają się co cztery lata. Start i meta we francuskim La Rochelle. Uczestnicy mają do pokonania ok. 30 000 mil morskich w pięciu etapach - z La Rochelle do Kapsztadu, Wellington, Punta del Este, Charleston, La Rochelle. W ostatniej, siódmej edycji wzięło udział pięciu żeglarzy. Gutkowski był drugi.