Szymon Kołecki o tym, jak było: Albo się urwie, albo wytrzyma

- Jako młody chłopak byłem narwany, zawsze chciałem dźwigać więcej, trenować ciężej. Kiedy trafiłem do kadry w wieku 17 lat, to trening już był bardzo mocny, a ja starałem się jeszcze coś dołożyć. Te dwa lata forsowania organizmu zaważyły na mojej karierze - mówi Szymon Kołecki
Srebro w Sydney potraktował jako porażkę, do Aten nie pojechał, bo był podejrzany o doping, srebro w Pekinie było jego zwycięstwem. Czy 30-letni obecnie sztangista powalczy o medal na igrzyskach w Londynie w 2012 roku? Na razie wciąż leczy kontuzję...

Łukasz Cegliński: Co pana najbardziej w życiu bolało?

Szymon Kołecki: Głowa mnie czasami boli, czasem ząb.

Głowa i ząb?! Myślałem, że kręgosłup albo kolana.

- Najbardziej nieprzyjemny jest ból głowy. Nie demonizujmy bólu wynikającego z kontuzji, bo czuć go dopiero wtedy, kiedy podrzuca się 200 kg, a nie w codziennym życiu.

Od 10 lat zmaga się pan z urazami, po których niektórzy do sportu już nie wracają. A pan wraca i co cztery lata walczy o złoto na igrzyskach.

- Pierwsza poważna kontuzja powoduje reakcję łańcuchową - uszkodzone mięśnie, kości czy ścięgna nie odzyskują 100 proc. sprawności i wracając do normalnego treningu, bardziej obciąża się inne narządy. Ja wyleczyłem kręgosłup, ale przez jakiś czas nie mogłem go obciążać tak jak kiedyś, więc w większym stopniu dźwigałem nogami - stąd wzięła się kontuzja kolana. A złoto gonię, przed igrzyskami mocno trenuję i także dlatego dolegliwości ciągle się pojawiają.

Jak to było z tym kręgosłupem?

- Po raz pierwszy zabolał mnie w 2000 roku przed igrzyskami w Sydney. Od tego momentu nie mogłem swobodnie trenować.

A nieswobodnie? Można w ogóle podnosić ciężary z bolącym kręgosłupem?

- Aby znieść najcięższe obciążenia, trzeba mieć pełny komfort, nie można odczuwać żadnego bólu. Jeśli kręgosłup boli tak, jak przeciętnego człowieka, który czasem nie może założyć butów, to i ja nie mogę trenować. Ale jest jeszcze ból pośredni, który doskwiera, daje sygnały, powoduje dyskomfort, lecz nie wyklucza treningu, a ciężary do 80 proc. naszych możliwości są pod naszą kontrolą. Przy mocnym usztywnieniu mięśni grzbietu można podnosić sztangę bez ryzyka. Na duże ciężary wchodzi się jednak dopiero wtedy, kiedy te dolegliwości ustępują. W 2004 roku stwierdziłem, że cztery lata mniejszych lub większych problemów to za długo. Nigdy nie mogłem przejść normalnego okresu przygotowawczego - kilkanaście, a nawet kilka dni przerwy powodowało powrót do zerowego stanu, jeśli chodzi o formę. Nie byłem w stanie dobrze przygotować się na zawody.

Skomplikowana operacja się udała. Od razu przestało boleć?

- Tak naprawdę przestało po półtora roku, po dobrym okresie treningowym i wzmocnieniu grzbietu. Pierwsze miesiące nie były wcale takie obiecujące, choć mogłem trenować bez wcześniejszych przerw. Dwa lata po operacji, na mistrzostwach świata w Santo Domingo, czułem jeszcze niepewność, ale potem było już bardzo dobrze.

Musi pan być ekspertem od bólu.

- Ból dotyczy każdego zawodowego sportu - jak ktoś chce osiągnąć sukces, to musi wyżyłować swój organizm do granic możliwości i mieć na tyle rozsądnego trenera, który dopilnuje, by tych granic nie przekroczyć. Jeśli się do tej granicy nie dotrze, to np. igrzysk się nie wygra. Jeśli się ją przekroczy i dozna kontuzji, to też nie. Granica jest cienka.

Kiedyś mówił pan jednak: "Jak czuję się zdrowy, to dokładam na sztangę tak dużo, że w końcu zaczyna boleć. Ból to bariera możliwości".

- Moje obecne przemyślenia są takie, że 90 proc. kontuzji wynika z nieodpowiedniego treningu i trenera, który chce osiągnąć lepszy wynik i wpycha zawodnika na większe ciężary, nie zdając sobie sprawy z tego, że może go uszkadzać. Ból jest wyznacznikiem granicy możliwości, ale mądry sportowiec potrafi wyżyłować swój organizm, nie odczuwając bólu, nie niszcząc ciała. To cecha sportowców najwybitniejszych, tych, którzy najdłużej utrzymują się na szczycie.

Pański pierwszy trener Roman Szewczyk nie znalazł tej granicy?

- Tak, ale wina leży też po mojej stronie. Jako młody chłopak byłem narwany, zawsze chciałem dźwigać więcej, trenować ciężej. Kiedy trafiłem do kadry w wieku 17 lat, to trening już był bardzo mocny, a ja starałem się jeszcze coś dołożyć. Te dwa lata forsowania organizmu zaważyły na mojej karierze, w wieku 19 lat uległem kontuzji kręgosłupa. Biłem rekordy świata, zdobywałem worki medali, ale jak przyszło do najważniejszych zawodów, to ja już byłem kontuzjowany, bo trener Szewczyk miał zasadę "albo się urwie, albo wytrzyma". Trener i związek są zawsze rozliczani z medali olimpijskich, to zawsze jest główny cel. W 1998 roku mieliśmy w kadrze 12 sztangistów, którzy mogli jechać do Sydney, ośmiu mogło starać się o medale. W igrzyskach wystartowało jednak tylko sześciu, bo druga połowa była kontuzjowana, albo zdyskwalifikowana. W trakcie zawodów jeden z kolegów urwał więzadło rzepki w kolanie, inny w ogóle nie miał siły wystartować, ja w Sydney skręciłem kostkę. Dobrze wystartował tylko Krzysiu Siemion, który przyjechał tylko na ostatnie dwa zgrupowania i nie był wyeksploatowany.

Zamieniłby pan te worki medali na zdrowie?

- Absolutnie tak. Chociaż nawet nie tyle zamienił, co trochę je odłożył. Przy innych metodach treningowych też odnosiłbym sukcesy, może tylko trochę później. Tamte dwa lata zaważyły na mojej karierze tak, że nie pokazałem w niej pełni tego, na co mnie stać.

Przywołał pan słowa trenera, że albo się urwie, albo wytrzyma, ale w Pekinie, już jako doświadczony sztangista po operacji kręgosłupa, mówił pan: "Jak coś stanie na ostrzu noża, to ja też na nim stanę - bez względu na to, czy oznacza to zerwanie ścięgna, czy złamanie kości". Aż ciarki przechodzą po plecach...

- E, to tylko brzmi tak groźnie, szczególnie jak media podkręcą nieautoryzowane słowa. Zerwane więzadło się zrasta, ścięgno się zszywa, kość miał złamaną kiedyś chyba każdy człowiek. Filozofia "albo się urwie, albo wytrzyma" sugeruje rolę przypadku, natomiast ja ten przypadek wykluczam. Robię wszystko świadomie i wiem, że mogę walczyć, narażając zdrowie, aby osiągnąć sukces. Mówiąc takie rzeczy, dysponuję sam sobą, a takie słowa trenera świadczą o przedmiotowym traktowaniu zawodnika. W Pekinie, tuż przed zawodami, zapomniałem jednak o tych słowach i podchodząc do sztangi, nie wziąłem pod uwagę tego, że coś może mnie zdekoncentrować. W podejściu na złoty medal zarzuciłem 228 kg i w siadzie dosyć mocno zabolało mnie kolano. Zawahałem się i w konsekwencji tego ciężaru nie podniosłem.

Na ból można się wyłączyć?

- Nie, przynajmniej ja tak nie potrafię, czego dowodem jest właśnie podejście na złoto w Pekinie. Ból powoduje dekoncentrację, a przy dużym ciężarze nawet najmniejsza przeszkoda burzy podejście do sztangi.

Co z tym kolanem?

- Po kontuzji kręgosłupa obciążałem nogi, kolano mnie pobolewało, ale w 2007 roku, tuż przed mistrzostwami Europy w Strasburgu, akurat nic mnie nie bolało. Trenowało mi się świetnie, czułem się super. Lekko boleć zaczęło po zawodach, ale ten objaw zlekceważyłem, bo myślałem, że będzie jak wcześniej. To był błąd, bo na igrzyskach kolano przeszkodziło mi w podejściu na złoto, ale niewiele brakowało, by uniemożliwiło w ogóle wyjazd do Pekinu.

Cztery operacje - endoskopia, artroskopia, na otwartym kolanie i znów artroskopia. Skąd tyle zabiegów?

- Więzadło właściwe rzepki było tylko przeciążone, po zaleczeniu fizjoterapią mogłem trenować na 97 proc. swoich możliwości. Na igrzyskach procentu, dwóch może zabraknąć, tak było w Pekinie, stąd moja chęć stuprocentowego wyleczenia kolana. Poddałem się endoskopii, ale przeprowadzono ją źle i wystąpiły po niej ogromne powikłania. To uszkodziło kolano i konieczne były kolejne zabiegi, które ratowały stan sprzed endoskopii.

Bardziej boli kolano czy to, że nie można trenować?

- Zdecydowanie to drugie. Bezczynność jest najgorsza. Ale nie załamuję się, nie poddaję, robię wszystko, aby wrócić do dźwigania. Myślę o tym codziennie.

Czego potrzeba, żeby wznowić treningi i dogonić złoto?

- Z Klubu Londyn miałem rocznie 500 tys. złotych na zgrupowania, trenerów, lekarzy, wszelką opiekę i obsługę, ale to zostało mi zabrane, bo nie wypełniłem założonego planu na rok 2010 - nie wystartowałem w mistrzostwach świata, a także nie miałem aktualnych, półrocznych badań sportowo-lekarskich. Potrafię zrozumieć tę decyzję, bo od Pekinu nie wystartowałem w żadnych zawodach, a Ministerstwo Sportu jest rozliczane i trudno mu wydawać pół miliona złotych rocznie na sportowca, który nie startuje. Z drugiej strony ja nie jestem zawodnikiem przypadkowym, nie jest to moja pierwsza kontuzja i każdy, kto mnie zna, wie, że robię wszystko, aby wrócić. Jeśli jest nadzieja, że ktoś może wygrać z kontuzją, to wiadomo, że to mogę być ja, że zawsze walczę o medal. Liczyłem, że ministerstwo weźmie to pod uwagę, ale nie krytykuję jego decyzji, nie jestem rozżalony.

Do igrzysk w Londynie już tylko nieco ponad rok.

- Zrobię wszystko, żeby nie tylko wystartować, ale zdobyć tam medal.

Szymon Kołecki

30 lat, dwukrotny srebrny medalista olimpijski (Sydney 2000 i Pekin 2008) w kategorii +94 kg, dwukrotny wicemistrz świata, pięciokrotny mistrz Europy. Mieszka i trenuje w Ciechanowie

Twoi znajomi już nas lubią. Sprawdź którzy na Facebook.com/Sportpl ?