Evander Holyfield specjalnie dla Gazety: Nigdy nie byłem zabijaką

Walczył w sześciu z dziesięciu najbardziej dochodowych pojedynków w historii boksu. Dwa razy wygrał z Mikiem Tysonem. Chce po raz piąty zostać mistrzem świata. Ufa Bogu, ale mówią, że jest hipokrytą, bo ma gromadkę nieślubnych dzieci. Jeden z najsłynniejszych pięściarzy wszech czasów - EEEvaaandeeeer Hooolyyyfiieeeld!
Igrzyska w Salt Lake City, centrum prasowe hotelu Sheraton. Są tylko dwa komputery z internetem. Z jednego mail do redakcji wysyłamy my, przy drugim sprawdzał swoją pocztę on. On czy nie on? A może tylko ktoś bardzo podobny? Twarz jakby ta sama, te same powolne, kocie ruchy, kryjące wulkan energii. Gdzie ucho? Czy jest ubytek po ugryzieniu przez Mike'a Tysona? Nie widać - uszy zakryte słuchawkami walkmana.

Gdy wstał i wolno szedł do windy, byliśmy pewni. - Mister Holyfield, jesteśmy dziennikarzami z Polski. Prosimy o wywiad. - Z Polski? Miałem zamiar się tam wybrać. Nie ma sprawy. Spotkajmy się w tym samym miejscu o czwartej.

Jacek Adamczyk, Michał Pol: Jest Pan brązowym medalistą olimpijskim, ale z letnich igrzysk w Los Angeles w 1984 roku. Co Pana przywiodło do Salt Lake City?

Evander Holyfield: Od lat współpracuje z Coca Colą, reprezentuje ją na wszystkich wielkich imprezach. A wiadomo, że zwykle jest ona sponsorem olimpiad. Byłem i w Sydney, i w Barcelonie, i oczywiście w mojej rodzinnej Atlancie. Moje zadanie polegało głównie na tym, żeby wymieniać uściski dłoni z mnóstwem osób.

Mało który bokser zawodowy osiągnął na ringu tyle co Pan i zarobił tyle pieniędzy. Czy zdobycie medalu olimpijskiego ma dla Pana jakiekolwiek znaczenie?

- Mój występ na igrzyskach to jedno z najwspanialszych doznań w życiu. Nagle stałem się częścią jednej wielkiej rodziny. Ludzie zjechali się z całego świata, żeby się ze sobą zmierzyć. Nie zawsze, żeby wygrać, stoczyć walkę o medale, ale po prostu reprezentować swój kraj.

W reprezentacji USA zawsze musieli występować najlepsi z najlepszych. Przeszedłem szereg testów, wystąpiłem w wielu turniejach, stoczyłem masę walk, żeby udowodnić, ze jestem godny gwiaździstego sztandaru. Kiedy już przez to wszystko przeszedłem, nagroda była wspaniała. Znalazłem się wśród wybrańców, w towarzystwie najlepszych sportowców całego świata. Spaliśmy w jednym miejscu, jedliśmy razem, oglądaliśmy nawzajem własne zmagania. To było coś niezapomnianego.

A brązowy medal? To jeden z największych powodów do dumy. Z olimpijskiego sukcesu cieszy się wielu twoich rodaków. Boks zawodowy to zupełnie co innego. Zawsze walczysz dla siebie, nawet jeśli twój rywal jest z innego kraju, a jemu i tobie grają hymny. Widzowie chcą przede wszystkim obejrzeć interesującą walkę, zwycięzca obchodzi ich tyle, ile pieniądze, jakie na niego postawili u bukmacherów.

Igrzyska w Salt Lake City odbywały się w cieniu tragedii z 11 września i wojny, jaką Ameryka prowadzi z terrorem. Wyjątkowe środki bezpieczeństwa sprawiały, że nawet Pan - osoba tak popularna w USA - był na każdym kroku kontrolowany...

- Atak na USA wstrząsnął nami wszystkimi. Zranił do głębi każdego z Amerykanów. Zjednoczyliśmy się jeszcze bardziej, ale też postanowiliśmy poprowadzić wojnę z terrorem dla całego świata, żeby podobna tragedia nigdy już nie dotknęła żadnego innego narodu.

Żeby wyeliminować podobne zagrożenia nie wystarczy jednak spacyfikować kilku krajów. Nie ma sensu zachowanie w stylu słynnego szeryfa Jessie Jamesa, który biegł tam, gdzie tylko pojawił się jakiś problem, rozwiązywać go kopniakiem albo koltem. Ludzie już nie chcą tego od nas. A też i Amerykanie mają dosyć bycia światowym żandarmem. Chcą zamiast tego spokojnie i ciężko pracować dla siebie i swojej ojczyzny.

Urodziłem się biedakiem. Moja rodzina nie miała dosłownie nic. Dziś wiodę luksusowa życie i moi bliscy też. Bo żaden inny kraj nie daje takich możliwości awansu tym, którzy nie gardzili wielkim wysiłkiem i Bogiem. Nawet jeśli nie udało się ich wykorzystać moim rodzicom, szansę dostałem ja. I ją wykorzystałem, ale wierzcie mi, ciężko na to zapracowałem.

Kiedy zdecydował Pan, że zostanie bokserem?

- Kiedy miałem 8 lat. Ale ja nie planowałem, że będę zawodowym bokserem. Od razu postanowiłem, że zostanę mistrzem świata wagi ciężkiej. Nawet kiedy trenerzy zbywali moje słowa machnięciem ręki, bo jestem za drobny, za słaby, powtarzałem sobie: "I want to be heavyweight champion of the World, I want to be heavyweight champion of the World". I udało mi się. Jestem czterokrotnym mistrzem świata, a wkrótce mam zamiar dokonać tego po raz piąty.

Być może Pana kariera potoczyłaby się zupełnie inaczej, gdyby nie słynny promotor Don King. Nie ma dobrej reputacji, zarzuca mu się zabójstwo, ustawianie walk i przekręty poza ringiem...

- Zawsze go bronię, ale mówiąc prawdę. Każdy z nas popełnia przecież w życiu błędy, jednak ma prawo je odkupić, a jeśli to zrobi, należy zostawić w spokoju jego przeszłość. Don King zabił człowieka, ale miał wtedy 19 lat i poszedł za to do więzienia. Dziś ma ponad 70 lat, skończył prawnicze studia, od wielu lat jest biznesmenem, ale zawistnicy wciąż przypominają mu tamtą historię, mówiąc, jaki zły z niego człowiek.

Dlaczego go tak nazywają? Myślę, że wielu ludzi nie mogło znieść faktu, że tak znaczącą postacią w zawodowym boksie stał się czarny. Od dawna profesjonalne pięściarstwo tworzyli prawie sami czarni pięściarze, ale walki organizowali im i zarabiali na nich kasę biali. A tu nagle pojawił się czarny o wyjątkowych zdolnościach i szybko wywalczył sobie najsilniejszą pozycję na rynku. To wywoływało wściekłość. Tym bardziej że było mu łatwiej zawierać kontrakty promocyjne, bo czarni pięściarze mieli już dosyć przekrętów białych, bardziej ufali jemu. Na tym zarobił wielkie pieniądze, dlaczego więc nazywać go cwaniaczkiem i oszustem?

Taka jest prawda. Spójrzcie na historię Ameryki i czarnych - przez długie lata byli oni w tym kraju ludźmi drugiej kategorii. Nie mieli tych samych praw. Także w sporcie - przez lata wiele dyscyplin było dla nich zamkniętych.

Dziś jest dużo lepiej. W koszykówce, baseballu, futbolu amerykańskim, golfie czy boksie wielu czołowych zawodników to czarni. Ale i ta sytuacja ma złe strony. Czarna młodzież, która wśród sportowców ma swoich idoli, chce iść ich drogą. "Po co nam szkoła, po co mam studiować latami i być lekarzem, ja chcę być Michalem Jordanem. Chcę w parę sezonów stać się milionerem". To bardzo źle, trzeba coś zrobić, żeby te dzieciaki zatrzymać w szkole.

Równie utytułowanym bokserem jak Pan, jest Mike Tyson. Tylko że on zmarnował swoje życie. Np. w Las Vegas, bokserskiej ziemi obiecanej, nie chcą go u siebie i odmawiają wydania licencji.

- Mike, Mike, świetny bokser, biedny człowiek. Strasznie mi go żal i uważam, że ci, którzy odmawiają mu prawa do walki, krzywdzą go. To, że w jednej dziedzinie życia ci nie wychodzi, nie oznacza jeszcze, że musisz zawodzić we wszystkim.

Za Mikiem ciągnie się zła reputacja. Ale przecież on poniósł już konsekwencje błędów. Odsiedział swoje w więzieniu. Owszem, zdarzają mu się wyskoki, jak na konferencji prasowej z Lennoxem Lewisem (na której rzucił się na ekipę rywala, a samego Lewisa ugryzł w nogę - przyp. red.). Ale w tym kraju obowiązuje przecież prawo. Jeżeli je złamał - niech znów idzie siedzieć. Jednak jeśli uznajemy, że nie, dlaczego odmawiać mu prawa do stoczenia walki na ringu w zupełnie innym mieście niż to, w którym przydarzył mu się wybryk. Ja tego nie rozumiem.

To trochę dziwne, że właśnie Pan bierze Tysona w obronę. Podczas waszej drugiej walki, w czerwcu 1997 roku, "Żelazny Mike" odgryzł Panu kawałek ucha...

- Mike to przede wszystkim świetny bokser. Absolutnie jeden z najlepszych wojowników, jacy się narodzili. Niestety, nigdy nie umiał radzić sobie ze sobą samym, z presją, stresem, później nieoczekiwanymi pieniędzmi i sławą. Nigdy nie radził sobie z własnym życiem, tylko najpierw, kiedy jeszcze nie był znany, nikt o to nie dbał. W momencie, gdy stał się wielkim i znanym bokserem, a także finansowym krezusem, znalazło się wokół niego mnóstwo złych doradców, których tak naprawdę nie obchodził jego los, ale to, żeby jak najwięcej uszczknąć z jego bogactwa. W raz z tymi ludźmi pojawiły się narkotyki i problemy. Mike zaczął popełniać błędy, które w końcu zaprowadziły go do więzienia.

Ale zawsze był wielkim bokserem. Na ringu rozrabiał mniej, częściej nokautował. No, poza jednym niewybaczalnym wariactwem, kiedy ugryzł mnie w ucho. Ale i za to już odpokutował, długo miał przecież cofniętą licencję. Przez rok nie mógł walczyć, zadłużył się, urząd skarbowy, któremu był winien kilkanaście mln dolarów, zajął jego posiadłość w Connecticut. No i z kwoty, jaką dostał za pojedynek ze mną - ok. 30 mln dolarów - dostał tylko 3 mln! Reszta poszła na opłacenie kary, podatki, część z tych pieniędzy przechwycili "przyjaciele", którzy nagle przypomnieli sobie, jak wiele Mike im zawdzięcza. Jak taki człowiek, jak Tyson, może czuć się szczęśliwy, no, sami powiedzcie?

Rozmawiałem niedawno z kapelanem New York Knicks, pastorem Johnem Love, którego Tyson - muzułmanin - prosił o modlitwę za swą duszę. Pastor stwierdził, że wszystkie problemy Mike'a brały się stąd, że w jego życiu nie było Boga, jego nakazów i praw, których mógłby się trzymać...

- Kiedy Mike był jeszcze dzieciakiem, wielkim, silnym i nieustraszonym, od razu znaleźli się ludzie, którzy postanowili go wykorzystać, żeby zbić na nim pieniądze. A on tym wszystkim ludziom ufał i wierzył w nich. Zamiast ufać i wierzyć Bogu, zawierzył ludziom, fałszywym przyjaciołom. Kiedy po kolei przekonywał się, że go zdradzili, że go oszukali, że robili różne interesy za jego plecami, stracił wiarę w nich i już nie wierzy w życiu w nic. Stał się pusty. Dziś jest na etapie, że nie wolno mu zaufać nikomu. To niesamowicie frustrujący i destrukcyjny stan. Sprawia, że wciąż jesteś podenerwowany, przed podjęciem każdej decyzji zastanawiasz się, kto tym razem cię wykorzysta. To sprawiało, że tak często tracił panowanie nad sobą, stąd brały się te jego wszystkie wyskoki.

Pan zawsze przystępuje do walki z Chrystusem na ustach. Czy naprawdę uważa Pan, że Bóg staje w ringu po Pańskiej stronie, a nie przeciwnika? Często zarzuca się Panu obłudę: ciągle mówi o Bogu, a ma gromadkę nieślubnych dzieci...

- To jest moja wiara, i właśnie dzięki niej udało mi się wygrać wiele małych potyczek i wielkich bitew nie tylko na ringu, ale i w życiu. Jeśli chodzi o boks, często musiałem staczać pojedynek z facetami większymi niż ja, szybszymi niż ja i silniejszymi ode mnie. Co innego mogłoby mi dodać pewności siebie, jeśli nie wiara, że Bóg jest po mojej stronie, że chce mojej wygranej? Staram się w życiu wypełniać prawa boskie, wychodzę z założenia, że jestem tym, kim Bóg chciał, żebym się stał. Mistrzem świata w wadze ciężkiej. To wszystko co mam na ten temat do powiedzenia.

Co Pan sądzi o Andrzeju Gołocie, który w swej ostatniej walce uciekł z ringu Tysonowi?

- To było bardzo smutne wydarzenie dla całego boksu. Nie tylko dla Gołoty, który się skompromitował, ale także dla Tysona. Bo ludzie znów zaczęli mówić, że tam, gdzie walczy Mike, możliwe jest każde szaleństwo. A przecież Tyson nie miał z tym cyrkiem nic wspólnego. To Andrew podjął decyzję, że dalej nie walczy. Ja nie mogłem uwierzyć w to, co się stało. Bo Polak radził sobie wyjątkowo dobrze. Nawet po posłaniu go w pierwszej rundzie na deski nie zyskał znaczącej przewagi. Kto wie, jak to by się skończyło.

Śledziłem karierę Gołoty od kiedy przeszedł na zawodowstwo, bo był związany tą samą promotorską rodziną Duvych, co i ja. Uważam, że był bardzo silny. Miał piekielnie mocne uderzenie. Jak raz dobrze trafił, nie było zabawy. Co z tego, skoro kiedy tylko znajdował się w opałach, nie radził sobie i wariował.

Nie zapomnę, jak już prawie wygrał z Michaelem Grantem i nagle poddał się. Później tłumaczył, że myślał, iż przegrywa. "Hej, o czym ty gadasz!" - pomyślałem sobie wtedy - "przecież jesteś bokserem! Przegrywasz czy wygrywasz, walcz do końca!". Dla mnie nigdy nie liczyło się, jak bardzo przeciwnik jest większy ode mnie, silniejszy, lepszy technicznie. Nieważne, jak wielką presję wywiera na ciebie. Jesteś bokserem, wojownikiem, musisz wyjść i do ostatniej sekundy pojedynku iść do przodu.

O planowanej walce mistrza świata Lennoxa Lewisa z Mikiem Tysonem mówi się, że jest bez sensu, bo obaj pięściarze są skrajnymi przeciwieństwami - jeśli chodzi o styl, umiejętności i drogę życiową. Potrzebny jest ten pojedynek?

- Myślę, że nie, bo Lennox tak naprawdę go nie chce. On woli mówić: Mike to wariat. Ludzie lubią zasłaniać się tym jego rzekomym wariactwem, ale tak naprawdę boją się z nim walczyć, bo wiedzą, jak trudno go pokonać. Lennox lubił opowiadać, że jest lepszy od Tysona, do momentu, gdy pojawiła się możliwość zorganizowania im walki. Jak już miało do niej dojść, przestał być do niej taki przekonany. Najważniejsze jest przestać mówić: "ja jestem najlepszy", tylko w końcu wyjść na ring i to udowodnić. Pójdą na nią obłędne pieniądze, tylko czy to będzie wydarzenie stulecia? Wątpię.

Kto był najtrudniejszym przeciwnikiem z jakim przyszło Panu walczyć w karierze?

- Riddick Bowe. Prawdziwy fighter. Był szybki, walił mocno. Zmierzyliśmy się trzy razy, dwa razy mnie pokonał. Po pojedynkach z Gołotą coś mu się poprzestawiało, najpierw przez jeden dzień służył w marines, potem próbował odzyskać dawną sławę, trenując kombinacje ciosów na swojej żonie. Tak to już w życiu bywa, że nagle traci się nad nim kontrolę. Szkoda Riddicka, gdyby wytrzymał psychicznie, jeszcze byśmy się pewnie spotkali w ringu. Kto wie, czy nie w walce o mistrzostwo świata.

O boksie mówi się, że to brudny sport. Szepcze się o ustawianych walkach, choć rzadko kiedy ktoś kogoś łapie za rękę. Pan sam ma w tym swój udział - większość obserwatorów uznała, że w pierwszej walce przegrał Pan z Lennoksem Lewisem. A sędziowie ogłosili remis.

- Nie ma w boksie żadnych przekrętów. Mówi się dużo rzeczy. A prawda jest taka, że każdy sam musi udowodnić swoją wyższość, inaczej rywal pośle go na deski i będzie po wszystkim. Było wiele takich przypadków - jak chociażby mój mecz z Lewisem - że ludzie nie mogli uwierzyć w wynik, tak im się wydawał nieprawdopodobny.

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Któryś z was zaczyna boksować. Walczy niecały rok, ale jest niezły, więc pozwalają mu boksować ze mną. Ja spędziłem na ringu 30 lat. Ale ty jesteś lepszy i przegrywam. Zaraz podniósłby się krzyk, że walka była ustawiona. Zawsze tak się dzieje, kiedy przegrywa ktoś znany.

Ostatnio zdradza Pan boks dla muzyki...

- Dlaczego zdradzam? Od zawsze kocham muzykę na równi z boksem. To moje dwie największe życiowe pasje. Niedawno założyłem wytwórnię płytową o nazwie "Real Deal Records". Nagrywamy muzykę gospel, folkową, reggae. Szukamy pomysłów i grup na całym świecie, ostatnio byliśmy we Francji. Być może zawitamy też do Polski. Chciałbym na tym polu odnieść taki sam sukces, jak w boksie. Dlaczego to robię? Bo lubię czynić ludzi szczęśliwymi. Nie wiem, czy pamiętacie, ale muzyka gospel zawsze towarzyszyła mi podczas wejść na ring. Najbardziej lubiłem hymn: "Not by power, not by might"...

Jak Evander Holyfield będzie wspominany przez potomnych?

- Myślę, że jako jeden z pięściarzy wszech czasów. Mówię to bez fałszywej skromności, patrzę tylko na swoje osiągnięcia. Kiedy spoglądamy na historię boksu, często mówimy, że największy ze wszystkich był Muhammad Ali. On był trzykrotnym mistrzem świata i to jest coś, ale myślę, że ludzie oceniają go przez pryzmat całego jego barwnego życia, nie tylko sportowych sukcesów. To żywa legenda.

Kogo tam jeszcze mamy wśród najlepszych? Floyda Pattersona, który jako pierwszy zdobył tytuł mistrza świata dwa razy. Joe Louisa, mistrza świata i ulubieńca milionów za to, że nie sprawiał żadnych kłopotów poza ringiem i był uroczym facetem. Rocky Marciano - boksera, który nigdy nie został pokonany. Jako jedyny zakończył karierę jako mistrz świata.

A ja? Postaram się, by każdemu z nich w jakiś sposób dorównać. Mam 39 lat. Gdy skończę karierę, będę jedynym bokserem, który wywalczył tytuł mistrza świata pięć razy. I po wywalczeniu tego piątego tytułu także odejdę jako mistrz, jak Rocky Marciano. Niezwykle ważne jest bowiem, w jakim stylu odchodzisz.

Ja nie byłem zabijaką, nie wywoływałem afer. Uważam, że już teraz zasłużyłem sobie na szacunek i ludzie mi go okazują. Gdziekolwiek pójdę, spotykam się z nim. Ludzie poznają mnie, pokazują palcami, proszą o uścisk ręki, rozmowę. Ale nie dlatego, że czyniłem źle, wygłupiałem się, ciągnie się za mną zła sława. Nie. Cenią mnie za moje osiągnięcia.

I wiecie, co jeszcze powiedzą, jak będą patrzeć na karierę Evandera Holyfielda? Powiedzą: "Hej, ten facet zarobił na ringu więcej niż ktokolwiek inny!". Ha, ha, ha. Tak jest!