Lubię się ścigać - rozmowa z Bartoszem Kizierowskim

Polscy pływacy, jadąc na mistrzostwa kraju, nie czują się wyróżnieni - mówi najszybszy polski pływak Bartosz Kizierowski
W USA nauczyłem się, że sprinter musi być fantastycznie sprawny, zawsze gotowy do walki. To taki napakowany gość o świetnym samopoczuciu. Po przepłynięciu na treningu ośmiu kilometrów, jak to jest w zwyczaju w Polsce, trudno tryskać energią - mówi najszybszy polski pływak

Po igrzyskach w Sydney i siedmiu latach treningów w USA Bartosz Kizierowski spędzał jesień w Polsce. Piąty zawodnik olimpijskich wyścigów na 50 m kraulem i 100 m grzbietem zaplanował starty w zimowych mistrzostwach Polski i po raz pierwszy w karierze w mistrzostwach Europy na krótkiej pływalni.

Źle zniósł jednak jesienny klimat. Przed obiema imprezami zachorował na anginę. Zamiast trenować, leczył się przez 17 dni antybiotykami. W ME w Walencji zajął czwarte miejsce na 50 m st. dowolnym i piąte na 100 m st. grzbietowym. Europa nie mogła zachwycić się talentem polskiego pływaka.

Jego umiejętności znają właściwie tylko Amerykanie. W mieszkaniu Bartka na warszawskim Targówku oglądamy kasetę przedstawiającą klub pływacki Uniwersytetu Berkeley w San Francisco. Mimo iż w klubie tym trenują mistrzowie olimpijscy - Gary Hall jr i Anthony Ervin - głównym bohaterem nagrania jest Kizierowski.

Na filmie Polak odnosi we wspaniałym stylu zwycięstwa w zawodach akademickich, bije rekordy na jardowej pływalni. Na trybunach panuje wspaniała atmosfera, a gdy zaczynają się sztafety, przechodzi w szaleństwo. Za słupkami swoich drużyn stają całe kilkunastoosobowe ekipy. Pływacy startują z rozbiegu, wszystko odbywa się w zawrotnym tempie. Kizierowski triumfuje na ostatniej zmianie i tonie w objęciach kolegów z Berkeley.

Stefan Tuszyński: Wspaniale ogląda się Twoje amerykańskie triumfy. Gdy nadarzyła się okazja, by podbić Europę, leczyłeś anginę.

Bartosz Kizierowski: Rzeczywiście, moje najlepsze starty można oglądać tylko za oceanem. Mam świadomość, że w marcu tego roku zostałbym mistrzem świata na 50 m st. dowolnym, ale nie mogłem pojechać do Aten, bo startowałem wtedy w akademickich mistrzostwach USA. Gdy mogłem wreszcie pływać w Europie, zachorowałem na anginę.

Czy czujesz się pechowcem?

- Czuję raczej żal, bo zająłem czwarte miejsce, czwarty raz z rzędu. Psychicznie byłem mocny, ale fizycznie zniszczyły mnie anginy. Na szczęście, nie były to najważniejsze zawody. Mam nadzieję, że przed letnimi mistrzostwami świata nic złego się nie przytrafi.

Kolejny start w ME bez medali jest dowodem na to, że sport niesie ze sobą wiele rozczarowań. A jakie pływanie przynosi Ci korzyści?

- Materialnych jeszcze nie zaznałem. Pływam, bo uwielbiam sport, rywalizację. Nie da się przeliczyć na pieniądze faktu, że studiuję w Berkeley, poznałem świat, masę ludzi.

Czy można w ogóle polubić dyscyplinę o tak nudnym i ciężkim treningu?

- Można polubić ściganie się, doskonalenie swego ciała. Wiele lat temu nie spodziewałem się, że polubię pływanie. Teraz mogę to powiedzieć z czystym sumieniem. Nie żałuję, że pływam. Żałuję tylko, że nie miałem szansy sprawdzenia się w innych dyscyplinach, na przykład, koszykówce. Pływanie za wcześnie staje się poważnym sportem.

Nadchodzi czas plebiscytów. Słyszałem opinie, że Twoje piąte miejsce w Sydney, w sprincie na 50 m kraulem - konkurencji o wielkim prestiżu, było największym osiągnięciem Polaka na igrzyskach.

- Nie mogę się z tym zgodzić. Miejsca w finale nie da się porównać z medalem. Nie wolno umniejszać wagi medali, a tym bardziej złotych. Taką opinią jestem oburzony, choć przyjmuję ją jako komplement. A o tym, jaki naprawdę wydźwięk w społeczeństwie mają moje piąte miejsca w Sydney, niech świadczy to, że nie udaje mi się znaleźć sponsora, choć stara się o to wiele osób.

Myślę, że masz dość pytań, dlaczego pływakom z USA udaje się zdobywać medale, a Polakom nie. Ja postawię sprawę inaczej. Obejrzałeś w grudniu zimowe mistrzostwa Polski, pierwszy raz od siedmiu lat. Porównaj je z amerykańskimi mistrzostwami NCAA.

- Pierwsze odczucie to brak profesjonalizmu, który drażnił mnie w MP. W USA jest wszystko tak ułożone, by zawsze padł najlepszy wynik. W Polsce nie.

To znaczy...

- Gdy jako Golden Bears przyjeżdżamy do miasta, gdzie odbywają się mistrzostwa, zaraz idziemy na basen. Całą grupą, jednakowo ubrani. Chcemy zrobić na innych wrażenie. Oswajamy się z obiektem, oglądamy go jak przyszłe pole bitwy. W Polsce zawodnicy przychodzą na pływalnię głównie po to, żeby pogadać z dawno nie widzianymi kolegami - pełne rozluźnienie, spotkanie towarzyskie. Atmosfera dzień przed startem jest jak u cioci na imieninach. W USA zaś w powietrzu czuć rosnącą mobilizację, adrenalina kapie uszami. Każda ekipa jest grupą połączoną wspólnym celem.

Czy polscy zawodnicy nie są świadomi, po co przyjeżdżają na mistrzostwa?

- Myślę, że to wina trenerów. W USA szkoleniowcy trzymają grupę krótko. Podczas mistrzostw nie pozwalają na latanie po mieście, na zakupy między eliminacjami i finałami. Grupa chodzi razem i to tylko na basen, a po zawodach do hotelu. W Polsce niewiele ekip siada razem, nie dopingują się wzajemnie. Zawodnicy nie czują, że są ważnym elementem drużyny. A w USA zawsze najważniejsza jest grupa. Tam pływanie w dużej mierze stało się sportem zespołowym.

W mistrzostwach akademickich NCAA wyścigi eliminacyjne to dla większości najpoważniejsza część zawodów. 96 proc. pływaków daje z siebie 100 proc. możliwości w walce o finał. Gdy w swoim pierwszym starcie byłem 18., przeżyłem mocno to, że nie zdobywam punktów dla drużyny. W Polsce na palcach można policzyć pływaków, którzy chcieliby pójść w mistrzostwach na całość, a w eliminacjach - nikogo.

Dlaczego Amerykanie tak się starają?

- Start w finale NCAA jest dla większości pływaków USA szczytem marzeń porównywalnym z finałem olimpijskim. Trenerzy i rodzice od małego dziecka wpajają zawodnikom, że gdy się postarają, wystartują w NCAA, będą elitą. Do startu w NCAA wymagane są minima surowsze niż na olimpiadę. To zawody, które są dla nich legendą, mają prestiż. Myślę, że to wiele wyjaśnia. Polscy pływacy, jadąc na mistrzostwa kraju, nie czują się wyróżnieni.

Czy pływacy w USA są sportowymi ideałami?

- Nie, ale cechuje ich profesjonalizm. W Sydney pokazywano w TV, jak tańczyli, śpiewali, żartowali, ale na starcie byli maksymalnie zmobilizowani. W USA staramy się podchodzić do startu na luzie. Nikogo się nie straszy zabieraniem stypendium, a presję wywiera każdy sam na siebie. W Ameryce też się nie wszystkim udaje, ludzie spalają się nerwowo przed startem. Ja też muszę z kimś porozmawiać, bo mam tendencję do ulegania zbyt dużym emocjom. Ale rozmowa to jedno, a bojowe nastawienie przed startem, drugie.

Czemu w Polsce jest inaczej?

- To wina braku atmosfery. Nie stwarzają jej trenerzy, a to oni muszą wziąć na siebie ciężar mobilizowania zawodników. W Łodzi zauważyłem, że tylko Paweł Słomiński z AWF Warszawa starał się coś robić. Trzymał grupę razem, ubrał ją jednakowo. Jako jedyny filmował starty, co w USA robią wszyscy. Kiedy w grupie jest bojowa atmosfera, dużo łatwiej się pływa.

W Polsce nie widziałem też, by ludzie bawili się sportem. W USA cieszy start w zawodach. Nie można mieć wyników, gdy robi się coś z łaski albo ciągle się narzeka. Dotyczy to zawodników i trenerów. W USA także trenerzy skarżą się na niskie zarobki, oczywiście w standardach amerykańskich. Jednak oni pracują w tym zawodzie z zamiłowania.

Czy tylko?

- W USA istnieje rynek pracy dla trenerów pływania, czego chyba nie ma w Polsce. Osiągając sukces w NCAA czy na igrzyskach, trener może liczyć na pracę w ośrodku o lepszej bazie czy większych pieniądzach. Myśl szkoleniowa się wymienia. To też powoduje postęp.

Jak trenerzy w USA traktują mistrzostwa?

- Mój trener z Berkeley Mike Bottom po mistrzostwach NCAA jest bardziej wykończony niż zawodnicy. Nie zdarza się, by nie wiadomo było, gdzie jest podczas zawodów. Jest dzień i noc na zawołanie zawodnika i biega bez przerwy. W średniej szkole w Mission Viejo mieliśmy na przykład obowiązek rozmowy z trenerem Billem Rosem przed każdym starcie i po nim. Jechało nas na zawody około 30, więc Bill rozmawiał z kimś na okrągło. To nie były nawet rady, ale ja po tych rozmowach wiedziałem, że na słupku jesteśmy razem. Jak raz zapomniałem przyjść do trenera, dostałem straszny ochrzan. Tak mi te rozmowy weszły w krew, że nawet w Sydney, gdzie Rose był z kadrą Meksyku, chodziłem z nim pogadać przed startem.

Czego nie zaakceptowałby w Polsce Mike Bottom?

- Dla Mike'a najważniejsze jest samopoczucie zawodnika. Podczas ważnego startu pływak musi być zadowolony i wypoczęty. Na najważniejsze imprezy wyjeżdżamy więc wiele dni wcześniej, by odpocząć po podróży. W Polsce zwykle wpada się na start w ostatniej chwili. Na zawodach nigdy nie nosimy torby z rzeczami. Robią to trenerzy. Zawsze jeździmy windą, choćby na I piętro. Kuchnia musi działać tak, jak my potrzebujemy. Mike wszystko załatwi dla wyniku, bo ten jest najważniejszy.

Wydaje mi się, że w Polsce trenerzy wstydziliby się ponieść torbę zawodnikowi. Pozwalają, by ci przed startem łazili kilometrami do tramwaju, po zakupy, jedli byle co, nie spali pół nocy. Tego już i ja nie mogę zaakceptować.

W polskim klubie ciężko czasem znaleźć pieniądze, by przyjechać wcześniej na mistrzostwa lub jeździć taksówkami. Jak radzą sobie z tym w USA?

- Tam też nie jest łatwo. Pływanie także w USA nie przyciąga tłumów na zawody, więc nie garną się też sponsorzy. Uczelnie są stanowe - utrzymywane przez podatników, i prywatne - przez sponsorów. Te drugie mają zdecydowanie lepiej. Berkeley jest uczelnią stanową. Płaci trenerom pensje i stypendia zawodnikom. Po równo dla mężczyzn i kobiet. W związku z tym, że futbol amerykański zabiera 80 stypendiów, inne sporty zespołowe są głównie kobiece.

Pływanie w Berkeley utrzymuje się dzięki czterem absolwentom, którzy teraz są właścicielami firm Power Bar i GAP. Dali na pływanie 2 mln dol. i z tych pieniędzy żyje sekcja. My, na 25-osobową grupę pływaków-sprinterów, dostajemy 9,9 stypendium. Ja dostawałem całe, ale większość miała częściowe - na książki, na mieszkanie itp. Sprzęt mamy od sponsora - Speedo. Do obozów dopłacamy z własnej kieszeni.

Współpraca z uczelnią nie jest łatwa. Trenerzy muszą walczyć o wszystko, nawet o miejsce na basenie. Berkeley woli mieć noblistów niż sportowców. Dla profesora X i jego grupy fizyków basen musi być zawsze. My, aby się zmieścić na pływalni, musimy zaczynać trening o 5.30 rano.

A może w Polsce pływamy wolniej, bo nie mamy tak wspaniałych obiektów jak w USA?

- Przez dwa lata w Berkeley 40 osób gnieździło się na sześciotorowym basenie 25-jardowym. Dwa razy w tygodniu jeździliśmy na basen publiczny. Mimo takich warunków zostałem mistrzem USA i zająłem trzecie miejsce na MŚ w Hongkongu. W Polsce trenowałem na pływalni Polonii, na którą wszyscy narzekają. Jeśli chodzi o obiekty, to mogę mieć zastrzeżenia tylko do tych, na których rozgrywa się mistrzostwa Polski, że nie są wyposażone w drugi basen do rozgrzewki.

Oglądając kasetę z zawodów NCAA, żałowałem, że nie możemy czegoś takiego przeżyć na żywo. Niesamowity był zwłaszcza wyścig sztafet.

- Jak mówiłem, w USA bardzo ważna jest drużyna, więc sztafety są najważniejszym elementem zawodów, punktowanym podwójnie. Cała drużyna kibicuje startującym, a ci zawsze dają z siebie więcej niż 100 proc. możliwości. Pływacy przełamują bariery, łatwiej potem biją rekordy życiowe. Na jednej imprezie pływamy pięć różnych sztafet. Aby móc je wystawić, trzeba uzyskać wcześniej minima. Bez sztafety lub ze słabą sztafetą drużyna nie istnieje. Żałuję, że w Polsce nie docenia się rywalizacji w sztafetach.

Na kasecie, która ma być wizytówką klubu z Berkeley, zaprezentowane są głównie sprinty. W tym Amerykanie są od lat najlepsi. Czy tylko w USA można tak szybko pływać sprinty?

- Wydaje mi się, że w Polsce stosuje się złe metody. W USA nauczyłem się, że sprinter musi być fantastycznie sprawny, zawsze gotowy. Musi dobrze przebiec, skoczyć itd. To taki napakowany gość o świetnym samopoczuciu. Po przepłynięciu na treningu ośmiu kilometrów, jak to jest w zwyczaju w Polsce, nie da się czegoś takiego zrobić.

Polscy trenerzy są jednak zgodni, twierdząc, że zawodnicy nie muszą wyjeżdżać do USA, by mieć wyniki. Czy potwierdzisz tę opinię?

- Przykłady Pęczak, Jędrzejczak, Wilanta pokazują, że można mieć wyniki, trenując w Polsce. Myślę jednak, że warto spróbować. Amerykanie mogą nauczyć czegoś wszystkich, nie tylko Polaków. Inaczej do pracy podchodzą trenerzy, stosują inne metody, niepowtarzalna jest atmosfera w grupie. Ale jak się komuś nie spodoba w USA, zawsze może wrócić. A wyjazd przyda się choćby do nauki angielskiego.