Australian Open 2002: Weryfikacja

Rusza pierwszy w tym roku wielkoszlemowy turniej tenisowy - Australian Open. Obrońcy tytułu Agassi i Capriati tryskają humorem. Czy będzie to dobra mina do dobrej gry?


Jestem przekonany, że wielu widzów, którzy zajmą w poniedziałek miejsca na Rod Laver Arena w Melbourne Park, wciąż nie może przeboleć, jak Australijczycy, będący stuprocentowymi faworytami, mogli miesiąc temu na tym samym obiekcie przegrać finał Pucharu Davisa z niedocenianą Francją. Wszystko było przygotowane do tenisowej beatyfikacji Patricka Raftera, tymczasem po raz kolejny okazało się, że w sporcie niczego z góry zaplanować się nie da. Teraz dla gospodarze pierwszego wielkoszlemowego turnieju tenisowego w roku stają przed szansą rewanżu, ale cały turniej Australian Open będzie się toczył w osobliwej aurze niepewności i niedomówień. Mówiąc najkrócej, ten turniej będzie poważną weryfikacją realnej krzepy i stanu zdrowia światowego tenisa, weryfikacji przebiegającej na trzech co najmniej płaszczyznach.

Finanse

O kryzysie pukającym do drzwi tenisowego eldorado mówi się od lat: o spadku oglądalności TV, pustkach na trybunach podczas wielu turniejów ATP i WTA, nawet tych z milionowymi pulami nagród. Tylko te nagrody pieniężne i kontrakty reklamowe, jakby wbrew logice, rosły nieustannie, przybierając monstrualne rozmiary. Wiadomo było, że prędzej czy później ta sztucznie rozdęta, w poważnej mierze bez realnego pokrycia finansowa koniunktura, musi się załamać. Wiele wskazuje na to, że ta chwila nadeszła. Do bilansów gigantycznej struktury sportowej i biznesowej, jaką jest ATP, wkroczył audytor. Wielka firma marketingowa ISL obiecująca ATP miliardy w wieloletnim kontrakcie właśnie ma ogromne kłopoty z płynnością finansową. Tenisiści, trenerzy, a także szef Association Tennis Professionals Mark Miles zarabiają miliony dolarów, tymczasem wiele wskazuje na to, że nawet dla tenisowych krezusów nadchodzą czasy opamiętania i zaciskania pasa.

Z tenisa, nawet z tych najbardziej prestiżowych turniejów, jak choćby Miami, wycofują się strategiczni sponsorzy. Przykład telekomunikacyjnego giganta - firmy Ericsson, której nie stać na dalsze sponsorowanie nieopłacalnego przedsięwzięcia - jest symptomatyczny, choć nieodosobniony. Nie chcę teraz kontynuować hiobowych perspektyw, bo światowy tenis z pewnością nie zwiędnie z braku pieniędzy, ale sytuacja staje się poważna. Przy zachowaniu wszelkich proporcji - przypominają się bilanse naszego rodzimego Polskiego Związku Piłki Siatkowej: wszystko się zgadza, oprócz kasy. Co do zainteresowania publiczności, to fakt, że pokazówkę, w której wzięli udział tacy gracze jak Agassi, Sampras i Kafielnikow, odwiedziła w ubiegłym tygodniu na kortach Kooyong dosłownie garstka widzów, jest aż nadto wymowny.

Paradoksalnie, w tych coraz trudniejszych czasach lepiej radzi sobie Woman Tennis Association, kobiecy odpowiednik ATP. Wprawdzie finansowe równouprawnienie pań i panów, jeżeli chodzi o pule nagród w wielkoszlemowych turniejach, jest już faktem, ale władze WTA przynajmniej nie przekraczają granicy szaleństwa przy wypłacaniu sobie własnych honorariów. Dla przykładu - Miles zarabia rocznie 1mln 400 tys. dol., natomiast szef WTA - ok. 400 tys. dolarów. Niezależnie jednak od tych kłopotów materialnych i przy wszystkich związanych z tym subtelnych rozróżnieniach jeden element ponad wszelką wątpliwość jest dla kobiecego i męskiego tenisa wspólny:

Kontuzje

Tutaj także spodziewana jest pozytywna weryfikacja, bo punkt wyjścia nie jest, niestety, optymistyczny. Przyzwyczailiśmy się do tego, że każdorazowo pod koniec sezonu, przed turniejami Masters i finałem Pucharu Davisa, zarówno tenisistki jak i tenisiści, wyczerpani trudami całorocznego sezonu, przypominają szpitalny oddział intensywnej terapii. Dość przypomnieć heroiczne, daremne zresztą wysiłki Raftera w ostatnich dwóch latach walki o "Srebrną Salaterę" - Barcelona 2000 i Melbourne 2001. Walki nie tylko z fizycznym wyczerpaniem, ale przede wszystkim z kontuzjami barku, grzbietu, nadgarstka, właściwie wszystkiego. Teraz wiadomo, że Patrick w tegorocznym turnieju nie wystąpi w ogóle i wcale nie jest pewne, czy powróci jeszcze do wielkiego tenisa. Na początku roku lista nieszczęśników pokonanych przez kontuzje jest pokaźna i - obym był złym prorokiem - już w pierwszym tygodniu Australian Open może się powiększyć.

W niedzielę wieczorem z tegorocznego turnieju wycofał się zwycięzca Australian Open 2001 Andre Agassi. Amerykanin miał po raz pierwszy pokazać się na wielkim turnieju w towarzystwie żony - Steffi Graf - i dziesięciomiesięcznego synka Jadena. "Kocham tu być" - mówił Andre na tenisowym panelu w Melbourne. "Wspaniali są tu ludzie, ich entuzjazm, warunki panujące dookoła. Wszystko to sprawia, że mogę pokazać tu najlepszy tenis, na jaki mnie stać" - zapewniał obrońca tytułu. Uraz nadgarstka pokrzyżował jednak plany Agassiego.

Wielki talent, piąty tenisista świata ubiegłego roku, Hiszpan Juan Carlos Ferrero nie zagra w Melbourne z powodu kontuzji kolana. Z takiego samego powodu musiała wycofać się z turnieju przesympatyczna Lindsay Davenport, fantastycznie grająca w ostatnich miesiącach ubiegłego roku. Przedziwnej kontuzji, nie bardzo wiadomo, czy kolana, czy stawu skokowego, doznała w Sydney Serena Williams. Młodsza z niesamowitych sióstr oczywiście zagra, ale sposób poruszania się po korcie zarówno Sereny, jak i Venus, ich niesamowicie energochłonny, wręcz obsesyjny rytm gry, w każdej chwili może zakończyć się fatalnie. Zresztą w ostatnich latach mieliśmy tego liczne przykłady. O mężczyznach nie będę nawet wspominał, bo lista zabiegów chirurgicznych, jakim musieli się poddawać gracze czołowych miejsc rankingów ATP, mogłaby zniechęcić młodych adeptów do tego wspaniałego sportu.

Dosyć jednak z krytycznymi uwagami i czarnowidztwem. W każdym sporcie największą atrakcją, zagadką i magnesem dla kibiców są zawsze wielkie

Gwiazdy

I pod tym względem Australian Open także będzie osobliwą weryfikacją. Doszliśmy bowiem do momentu, w którym największe tenisowe nazwiska z wolna tracą swą magiczną siłę. Pete Sampras, mój sportowy idol ostatniej dekady, zapowiada wprawdzie, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, ale patrząc na niego na korcie, cały czas martwię się, czy mistrzowi wytrzymają mięśnie grzbietu, bo okrutnych praw biomechaniki i fizjologii oszukać się nie da.

Rywali, młodszych, silniejszych, głodnych wielkich zwycięstw, jest co nie miara. Przede wszystkim fenomenalny zwycięzca US Open, idol gospodarzy Lleyton Hewitt, dręczony zresztą jakąś tajemniczą formą wietrznej ospy. Jeżeli Hewitt przetrwa pierwszy tydzień - może wygrać turniej. Ale w swojej połówce Lleyton ma i fantastycznie grającego Szwajcara Rogera Federera, i nadzieję USA Andy Roddicka, i Agassiego, i Samprasa, nie zapominając takich nazwisk jak Marat Safin czy Carlos Moya. Istna droga przez mękę, prawdziwa tenisowa weryfikacja: który z młodych gniewnych, zajmie miejsca nieuchronnie opuszczane przez ustępujących mistrzów.

Podobna sytuacja jest wśród pań. Wiemy od lat, jak niezłomną i waleczną tenisistką jest Monika Seles. Widać gołym okiem, jak niezwykły apetyt na zwycięstwa i pieniądze mają obie siostry Williams. Pewnie znów spotkałyby się w finale, gdyby nie fakt, że będąc rozstawione z nr 2 i 5 - obie są w dolnej połówce turniejowej drabinki.

Broniąca tytułu Jennifer Capriati, podobnie jak Andre Agassi, tryska humorem, energią i zapewnia, że nigdy nie czuła się tak wspaniale jak teraz. Ale każdy, kto zaledwie kilka dni temu widział jej niepewny serwis, niewymuszone błędy i przygnębiającą porażkę z czarnoskórą Alexandrą Stevenson, musi mieć wątpliwości, czy ten optymizm Jenny jest usprawiedliwiony. Weryfikację, jak zwykle, przyniesie kort.

Dla mnie najciekawsze zagadki kobiecego turnieju w Melbourne są następujące:

Czy fantastycznie przygotowana atletycznie, technicznie i psychicznie Belgijka Kim Clijsters udowodni, że już jest gwiazdą pierwszej wielkości, to znaczy zdobędzie tytuł?

Czy Martina Hingis, cudowne dziecko, które w rzadko spotykany sposób zdominowało światowy tenis ostatniej dekady, zaprzeczy zgodnym opiniom ekspertów, że jej czas już upłynął, że teraz zwyciężać mogą tylko muskularne atletki, i po przeszło dwóch latach znów sięgnie po wielkoszlemowy tytuł? Aby tego dokonać, musiałaby pokonać Serenę Williams w ćwierćfinale i jej siostrę Venus w walce o finał. Zadanie, rzeczywiście, chyba niewykonalne, ale charakterystyczną cechą tenisowej widowni, do której się zaliczam, jest zawsze wspieranie i kibicowanie teoretycznie słabszej. Teraz jest nią Hingis.

Jedna rzecz natomiast nie stanowi żadnej zagadki: przecudnej urody Anna Kurnikowa, która nic jeszcze na korcie nie wygrała, a zarobiła już ponad 8 milionów dolarów, znów najpewniej będzie miała sporo czasu wolnego dla sponsorów. W pierwszej rundzie zmierzy się ze świetną Belgijką Justine Henin i byłoby prawdziwą sensacją, gdyby Rosjanka awansowała do drugiej rundy.