Sylwetka nominowanego do miana siatkarza wszech czasów Tomasza Wójtowicza

Chyba nie byłbym dobrym trenerem. Nie potrafiłbym zrozumieć, że mimo wielu prób komuś nie wychodzi zagranie, które mi przychodziło z dziecinną łatwością - mówi nominowany do miana siatkarza wszech czasów Tomasz Wójtowicz, który po zakończeniu kariery odsunął się od sportu
Chyba nie byłbym dobrym trenerem. Nie potrafiłbym zrozumieć, że mimo wielu prób komuś nie wychodzi zagranie, które mi przychodziło z dziecinną łatwością - mówi nominowany do miana siatkarza wszech czasów Tomasz Wójtowicz, który po zakończeniu kariery odsunął się od sportu.

Wójtowicz przyjął mnie w prowadzonej przez siebie i wspólniczkę lubelskiej restauracji Piwnica pod Fortuną. Pamiętająca średniowiecze kamienica, przed wiekami mieszcząca winiarnię, zachowała dużo ze swojej dawnej atmosfery. Schowane, ledwie widoczne drzwiczki, przez które człowiek postury Wójtowicza z trudem może się przecisnąć, niski, kopulasty strop, sala z przedstawiającymi mitologiczne sceny renesansowymi malowidłami - to pozostałości sprzed lat. Obecni właściciele lokalu wzbogacili je o wymalowane na ścianach cytaty z dzieł polskiej literatury odrodzenia i oświecenia - od Jana Kochanowskiego po Franciszka Bohomolca.

Lokal ma styl i klasę, czyli te cechy, które przed laty najtrafniej określały Wójtowicza-siatkarza. Mimo to jego obecny pomysł na życie, w czasie gdy członkowie "złotego" zespołu Huberta Wagnera gremialnie wrócili do siatkówki, zaskakuje. Zwłaszcza gdy prześledzi się jego biografię.

Kamienna twarz

Na siatkówkę Wójtowicz był wręcz skazany. Ojciec - trener, matka - zawodniczka, w siatkówkę grał też jego młodszy brat. Gdy dodać do tego predyspozycje fizyczne - wzrost, koordynację - wiadomo było, że kontynuacji rodzinnych tradycji nie uniknie. - Nie tylko dlatego nie miałem wyboru - mówi. - Szybko okazało się, że mam do tego wyjątkową smykałkę. Powołanie do reprezentacji juniorów, później kadry trenera Wagnera sprawiło, że nigdy nawet przez myśl mi nie przemknęło, iż mógłbym robić coś innego.

Jako junior był wicemistrzem Europy, w wieku 21 lat - mistrzem świata, dwa lata później - złotym medalistą olimpijskim. Karierę reprezentacyjną rozpoczął równocześnie ze startem Wagnera w roli selekcjonera. - Kto wie, gdyby nie on, być może nie zaszedłbym tak daleko? Wybitnego siatkarza tylko w 15-20 procentach tworzy talent. Reszta to efekt potu wylanego na treningach. A naprawdę ciężkiej pracy nauczył mnie Wagner. Były okresy, w których codziennie wykonywaliśmy 400 skoków przez metrowej wysokości płotek, i to z 15-kilogramowym obciążeniem! Zdarzały się momenty załamania, kiedy mieliśmy dosyć wszystkiego, wyzywaliśmy go w duchu od najgorszych, ale jego broniły wyniki. Mnie było zresztą łatwiej słuchać, bo nie byłem - jak część kadrowiczów - jego ekskolegą z boiska, który nagle zaczął im rozkazywać. A jakie stawiał wymagania! Ktoś kiedyś wyliczył, że mamy większe obciążenia niż górnicy dołowi. Przyznam szczerze - nie wiem, czy w innych okolicznościach, z innym człowiekiem, potrafiłbym tak harować - nawet 10 godzin dziennie. A Wagner wytworzył coś takiego, że w domu długo nie mogliśmy wytrzymać. Po dwóch, trzech dniach odpoczynku ciągnęło nas z powrotem, jak marynarza na morze. Wyjeżdżając ze zgrupowania, nienawidziliśmy trenera z całych sił.

Wójtowicz dostał powołanie i z miejsca stał się kluczowym graczem pierwszej szóstki. - Oprócz umiejętności, miał wyjątkowe predyspozycje psychiczne - wspomina Ryszard Bosek. - W dramatycznych momentach trudno było odgadnąć, czy jest tak mocny wewnętrznie, czy po prostu nic go nie obchodzi. - Dla niego nie miało znaczenia czy jest 0:0 czy 15:15 - wtóruje Boskowi Hubert Wagner. - Z kamienną twarzą robił swoje w każdych okolicznościach.

Kuba zamiast igrzysk



Medale polskich siatkarzy w latach 70. w kraju postrzegane są jako sukcesy bardzo zespołowe, silnie utożsamia się je też z trenerem Wagnerem. Tym większą niespodzianką była nominacja przyznana Wójtowiczowi przez Międzynarodową Federację Piłki Siatkowej (FIVB), przy pominięciu kandydatur legendarnego "Kata" (kategoria "trener XX wieku") i reprezentacji z lat 1974-76 (kategoria "drużyna XX wieku"). Polak znalazł się w ósemce najlepszych graczy wszech czasów (wygrał Karch Kiraly). Takiej pozycji w historii swojej dyscypliny nie ma żaden przedstawiciel gier zespołowych w Polsce. - Nigdy nie czułem się jak największa gwiazda tego zespołu - wspomina Wójtowicz. - Siatkówka to gra najbardziej drużynowa ze wszystkich. Nie można przeprowadzić indywidualnej akcji, samemu zdobyć punktu. No, chyba że z serwisu. Gdyby nie świetnie wykonywana przez Ryśka Boska "czarna robota" w postaci precyzyjnego przyjęcia, ułatwione dzięki temu rozegranie śp. Wieśka Gawłowskiego, w życiu nie atakowałbym tak skutecznie. Wyróżnienie ogromnie mnie ucieszyło, ale nie przeceniam go. Po prostu miałem szczęście, że moja rola na parkiecie była najbardziej spektakularna, do mnie szły najważniejsze piłki.

- Odkąd pamiętam, Tomek był zaprzeczeniem gwiazdora - mówi była żona Wójtowicza Barbara, z którą rozstał się przed trzema laty. - Nigdy nie obnosił się ze swoim dorobkiem, w towarzystwie wręcz niechętnie opowiadał o osiągnięciach. Kiedy się poznaliśmy, a było to już po igrzyskach w Montrealu, w kawiarni, odpowiadał na dziesiątki pytań mojej koleżanki zakochanej w siatkówce. Robił to w taki sposób, że ja znudzona rozwiązywałam krzyżówki. Mimo to wielu uważało go za człowieka wyniosłego, nawet zarozumiałego. Dlaczego? Bo był i jest małomówny, zamknięty w sobie. I to w każdym towarzystwie - obcych ludzi, ale też najbliższej rodziny. Mogę nawet powiedzieć, że ma problemy z nawiązywaniem kontaktów. Ci, którzy go nie znają, odbierają to opacznie. Ale tak naprawdę jest naturalnie skromny, nie zabiega o niczyje względy.

Tę opinię Wójtowicz w 100 procentach potwierdził w poniedziałkowe przedpołudnie w Piwnicy pod Fortuną. Sprawiał wrażenie introwertyka. Mówił półsłówkami, a kiedy padały pytania o zalety, predyspozycje, które uczyniły go wielkim, wręcz unikał odpowiedzi. A przecież jego nazwisko może uchodzić za synonim powodzenia. Niczym mityczny król Midas zamieniał w złoto wszystko, czego się dotknął. Szczęśliwa passa nie skończyła się nawet po wyjeździe do Włoch. Zaadaptował się błyskawicznie i z Santalem Parma wywalczył tytuł najlepszej drużyny w Europie, pierwszy w historii klubu. Przyczyną jedynego niepowodzenia w karierze stała się polityka. - Gdy zapadła decyzja, że nie jedziemy na igrzyska w 1984 roku, poczułem bezsilność, wściekłość i żal. Na konieczność pracy, wyrzeczeń nigdy nie narzekałem, ale żeby kilka lat wyrwanych z życiorysu poszło na marne? Tego nie mogłem zrozumieć. To miała być moja trzecia olimpiada. W zamian zaproponowano nam... turniej przyjaźni na Kubie. Trener Wagner powiedział uczciwie - kto chce, może nie jechać, bez groźby zawieszenia i innych konsekwencji. Ale gdy zrezygnowałem z gry w kadrze, Wagner zareagował furią. A w "Sportowcu" napisali, że jestem zdrajcą, który woli grać za dolary niż reprezentować ojczyznę.

Wcześniej czy później wróci?



To, że po zakończeniu kariery, pozostanie przy siatkówce, wydawało się nieuchronne. Wójtowicz jednak całkowicie zerwał ze sportem. - Po latach wyrzeczeń chciałem odpocząć - opowiada. - Od cygańskiego życia, zmieniania klubów co kilka sezonów itp. Siatkówce podporządkowywałem wszystko. Nie było czasu na żadne hobby, rodzinę widywałem tak rzadko, że po powrocie ze zgrupowań czy turniejów bała się mnie własna córka. Nie poznawała własnego ojca. A gdy po kilku dniach przyzwyczajała się, znów musiałem się pakować. Miałem tego dość. Zresztą nawet w Warszawie zgiełk był dla mnie za duży, więc po kilku latach wróciłem w rodzinne strony, do Lublina. Czemu nie zająłem się siatkówką? Najpierw nie było okazji, teraz pochłania mnie prowadzenie restauracji, do której zapraszam m.in. znanych sportowców. Na razie zorganizowałem spotkania z Boskiem, Wagnerem, myślę o kolejnych gościach ze świata sportu. Nie sądzę, żebym sprawdził się jako trener. Nie potrafiłbym zrozumieć, że mimo wielu prób komuś nie wychodzi zagranie, które mi przychodziło z dziecinną łatwością. Po prostu wystawiałem rękę i odbijałem piłkę. Poza tym widziałem w życiu kilku trenerów i wiem, ile zdrowia to zajęcie ich kosztowało. Ojciec zmarł na serce. Ja na boisku byłem spokojny, ale myślę, że na ławce zjadłyby mnie nerwy. Siatkówka wciąż jest dla mnie bardzo ważna, ale nie aż tak, by poświęcić jej wszystko.

Niemal wszyscy dawni partnerzy Wójtowicza są dziś związani z siatkówką. W ostatnich miesiącach zapanowała wręcz moda na złotych medalistów z Montrealu. Ryszard Bosek jest trenerem kadry, Hubert Wagner jego doradcą, jako szkoleniowcy pracowali lub pracują Marek Karbarz, Stanisław Gościniak, Edward Skorek i Zbigniew Zarzycki, tragicznie zmarły Wiesław Gawłowski miał kandydować na prezesa PZPS. Wójtowicz - jeśli według FIVB największy spośród nich - nie zrobił ze swoją sławą nic.

- Powody, do których przyznaje się Tomek, to tylko część prawdy - uważa Barbara Wójtowicz. - Zaszkodziły mu cechy, które w innym wypadku byłyby wielkimi zaletami. Nigdy nie był małostkowy, zawistny, chciwy, ale to wszystko wiązało się też z brakiem inicjatywy. Jeśli ktoś go o coś nie poprosił, nie pchał się. Sam nie potrafił prosić, brakowało mu przebojowości. Z jego dorobkiem sportowym w zajęciu się szkoleniem nie przeszkodziłyby mu nawet nie skończone studia. Ale nikt do niego nie wyciągnął ręki. Gdyby po powrocie do kraju dostał jakąś propozycję pracy w środowisku, pewnie by jej nie odrzucił. A tak nie potrafił sobie znaleźć nowego miejsca. Myślę nawet, że mimo osiągnięć, w głębi duszy czuje się trochę przegrany. Nie wierzę, by nie tęsknił do siatkówki. To było całe jego życie. Może nawet zaczęła ona go pochłaniać zbyt wcześnie, bo przez to nigdy nie miał okazji, by zapalić się do czegoś innego. Być może nie wierzy, że powiodłoby mu się również w innej dziedzinie. Zaś o jego przywiązaniu do siatkówki świadczy to, że kilka lat temu wrócił na parkiet...

Trzy lata temu lubelski zespół Fryderyk wywalczył awans do drugiej ligi. Działacze, chcąc przyciągnąć ludzi do hali, namówili Wójtowicza na gościnny występ. - Miałem wyjść na parkiet dosłownie na chwilę, odbić parę razy piłkę, zaserwować i koniec - opowiada siatkarz. - Dałem się przekonać i wpadłem. Ci, którzy mieli zmieniać mnie, zastępowali innych i w efekcie zagrałem pięć setów, a młodzież odpoczywała. Później miałem wpaść na trening i ... z kilku minut zrobił się cały sezon. Niestety, sponsor się wycofał i klub upadł.

Na pożegnanie Wójtowicz pokazał mi zdobiący sufit jednej z sal renesansowy wizerunek Venus Mariny, trzymającej maszt z żaglem na wzburzonym morzu. - Stąd wzięła się nazwa lokalu. To uosobienie Fortuny, symbolizującej zmienność ludzkich losów, zależnych tylko od tego, jak zawieje wiatr - wyjaśnił.



Ta zasada doskonale oddaje losy Wójtowicza. Najpierw wszyscy w rodzinie grali w siatkówkę, więc zaczął i on. Po zakończeniu kariery nikt się nie zgłosił, więc z niej zrezygnował. Czy wróci do ukochanej dyscypliny?

- Nie widzę go w roli działacza, i on chyba ma podobne odczucia. Dobrze, że zajął się tym, co lubi - mówi Wagner.

Gdy o powrót pytam Wójtowicza, na twarzy pojawił się wyraz niezdecydowania. - Gdyby pojawiła się jakaś oferta, rozważyłbym ją. Nie wiem, czy bym się zgodził. Może przez te lata trochę się odzwyczaiłem od siatkówki?

- To nie do końca prawda, że Wójtowiczem nikt się nie interesował. Kilka miesięcy temu dostał nieoficjalną propozycję od związku, by promować naszą dyscyplinę, może reprezentować ją za granicą. Odmówił - twierdzi trener Bosek. - Ale ja nie jestem z tych, co się poddają za pierwszym razem. To byłaby ogromna strata - nie wykorzystać takiej osobowości. Nie wiem w jakiej roli, ale wcześniej, czy później do nas wróci.