Lennox Lewis rozstał się ze swoim menedżerem

Były mistrz świata wagi ciężkiej Lennox Lewis pozbył się wieloletniego menedżera Franka Maloneya dziesięć dni przed rewanżem z Hasimem Rahmanem
Maloney był z Lewisem od igrzysk w Seaulu, gdzie bokser zdobył złoty medal olimpijski w wadze superciężkiej.

- Teraz jestem menedżerem sam dla siebie - powiedział Lewis.

Brytyjczyk przygotowuje się do rewanżu z Rahmanem, który 21 kwietnia w RPA pozbawił go tytułu wersji WBC, IBF i IBO, sensacyjnie nokautując w piątej rundzie. Walka odbędzie się 17 listopada w Las Vegas.

Przed dwoma laty Lewis rozstał się z promotorem Panosem Eliadesem i rok temu przeszedł do konkurencyjnej firmy brytyjskiej Franka Warrena, opiekującej się między innymi piłkarzami Emanuelem Petitem z Chelsea i Thierry'm Henry z Arsenalu. Warren stał się znany w świecie boksu, gdy zorganizował pierwsze w Europie walki Mike'a Tysona - z Juliusem Francisem w styczniu 2000 roku i Lou Savarese w czerwcu 2000. Został mu po tym ślad na szyi (przed walką z Savarese pokazał się na stadionie w Glasgow z wzorzystej apaszce na szyi). Tyson bowiem go pobił w pokoju hotelowym, kiedy Warren chciał odzyskać pieniądze, jakie nieopatrznie założył za Tysona, który podczas poprzedniego pobytu na Wyspach zechciał nagle kupić cenny zegarek.

Frank Maloney po wyrzuceniu z interesu swojego przyjaciela Eliadesa nie mógł dogadać się ani z Warrenem, którego od dawna nie cierpiał, ani z reprezentantem biznesowym Lewisa Adrianem Ogunem. Nie uczestniczył w przygotowaniach Lewisa do rewanżu z Rahmanem. Wreszcie doszło do decydującej rozmowy.

- Maloney prawdopodobnie uznał, że moja kariera się kończy i warto zatroszczyć się o siebie - powiedział Lewis.

Ale zapewne poszło o pieniądze, Maloney stwierdził, że Lennox zaproponował mu "niewolnicze warunki nowego kontraktu". Mimo to Lewis powiedział, że po 11 latach współpracy rozstają się jako przyjaciele.

W ten sposób Lewis pożegnał się z ostatnią barwną postacią w swoim otoczeniu. Maloney - 150 cm wzrostu, szczupły, blady Londyńczyk mówiący niemal niezrozumiałym cockneyem, zawsze w dresie Union Jack - gotów był powiedzieć coś śmiesznego i jednocześnie złośliwego przy każdej okazji. Dlatego dwumetrowy Don King nazywał go swoim ulubionym "pięściarskim pigmejem". Przed walką Lewisa z Gołotą stwierdził, że "prędzej Lewis zostanie papieżem, niż Gołota go pokona".

Faktycznie obydwie rzeczy były i są nie do osiągnięcia ani dla Lewisa, ani Gołoty.