Tour de France. Dwa dni w Pirenejach

Robert Laiseka wygrał 14. etap - korespondencja Olgierda Kwiatkowskiego z trasy wyścigu.
"Mordercy" powiedział kolarz Oscar Lapize do organizatorów wyścigu po wjeździe na legendarną górę Tourmalet w 1910 roku. Miałem ochotę powtórzyć to samo, choć jechałem samochodem

Pięć metrów przed szczytem tej najsłynniejszej górskiej premii Tour de France zgasł silnik mojego samochodu. W jednej chwili zaczął staczać się w dół. Trwało to na szczęście kilka sekund. Z tyłu w panice pierzchał tłum ludzi. Na szczęście nikt nie ucierpiał. Wszyscy beztrosko się śmiali. To jest chyba jakiś miejscowy obyczaj. Kibice wybuchają śmiechem, gdy auta stają na podjazdach i kierowcy z rozpaczą wypisaną na twarzy w pierwszej chwili nie wiedzą co robić - a zdarza się to często. Zresztą, jak się nie śmiać - pomyślałem - gdy z górą nie radzi sobie samochód, a kolarze pokonują ją bez podpórki.

Po raz pierwszy Tour de France wjechał w Pireneje w 1910 roku, jeszcze zanim wytyczono pierwsze alpejskie etapy. To właśnie wtedy po wjeździe na Tourmalet Lapize wykrzyknął w stronę organizatorów: - Mordercy.

Jeden z nich - Henri Desgrange - był przeciwny przeprowadzeniu wyścigu przez pasmo gór na granicy hiszpańsko-francuskiej. - Jesteś szalony. To zbyt trudne - powiedział, gdy jego współpracownik Alphonse Seins wytyczył trasę przez Pireneje. "Trzeba przez to przejść, aby ukończyć Tour" - pisze dziś z dumą i podziwem dla najtwardszych kolarzy lokalna gazeta "La Nouvelle Republique des Pyrenees".

W Pirenejach męczą się wszyscy: kolarze, organizatorzy, dziennikarze i nawet kibice. Ci ostatni wykazują najwięcej poświęcenia. Aby dostać się na szczyty, przez które przejeżdżają zawodnicy, trzeba zdążyć przed zamknięciem trasy. Zazwyczaj jest to kilka godzin przed startem. Wczoraj było to około godziny 8 rano. Wjazd na góry musi więc zakończyć się dla większości przed nocą poprzedzającego etap dnia. Ludzie rozbijają namioty wszędzie, nawet na cmentarzach. Stają samochodami w tak niebezpiecznych miejscach, że gdyby kierowca otworzył swoje drzwi wpadłby prosto w przepaść. Najczęściej są to auta z przyczepami kempingowymi.

Zamiast samochodu łatwiej dostać się na górę rowerem. Na wąskich dróżkach mija się kilkuset kolarzy amatorów, którzy mierzą swoje siły na trasie najtrudniejszego wyścigu świata. Wykorzystują chwile, kiedy górskie drogi są zamknięte dla ruchu. Co roku na jednym z etapów miesięcznik Velo organizuje wyścig dla amatorów. W tym poprowadził on przez Pireneje i przez Tourmalet. - 145 kilometrów przejechałem w sześć godzin. Zająłem około 80. miejsca. Najlepsi jechali pięć godzin - opowiada były mistrz Polski juniorów Henryk Sobiński, który dziś mieszka we Francji. - Nawet się nie zbliżyłem do prędkości jaką osiągają na tych podjazdach Armstrong, czy Ullrich. Jechałem pod górę najwyżej 18 km na godzinę.

Pierwsi amatorzy wystartowali o godzinie 7.30. Zakończyli etap po godzinie 18. Wzięło w nim udział blisko pięć tysięcy kolarzy.

Ci co nie jadą na rowerze, cierpliwie stoją na trasie i czekają na wspinających się zawodników. Im bliżej szczytu, tym tłum bardziej gęstnieje. Podczas przejazdu kibice dają mało miejsca kolarzom na przejazd. - Dobrze jak przed kolarzem jedzie pilot na motorze. Wtedy rozrzedza tłum. Jak jedzie się samotnie, kibice usuwają się dopiero w ostatniej chwili - mówi Tomasz Brożyna. - Ale mi ci kibice nie przeszkadzają. Dzięki nim lepiej mi się jedzie.

- Nigdy nie jeździłem dobrze w górach, ale dzięki temu, że ludzie stali tak blisko i dopingowali mnie, udało mi się przejechać dwa górskie etapy w żółtej koszulce. A przecież nie jestem dobrym góralem - opowiada Francois Simon.



W sobotę na mecie etapu w Saint-Laury-Soulan pojawiło się ponad 100 tysięcy ludzi. 100 tysięcy ludzi na wysokości 1680 m npm. Samochody stojące na drogach wokół gór, odbijały w słońcu światło i w sosnowym lesie wyglądały jak światełka na gigantycznej choince. Policja ocenia, że podczas weekendu każdy górski etap oglądało blisko pół miliona ludzi. W Kraju Basków - baskijscy kibice ubrani w pomarańczowe koszulki grupy Euskatel byli najliczniej reprezentowaną grupą narodową w Pirenejach - od kwietnia nie można było wynająć przyczep kampingowych na weekend między 21 i 22 lipca. Podobno wszystko z powodu Tour de France.

O takiej frekwencji dobrze słyszeć. Gorzej jej doświadczać. Jak jedną górską drogą ma po zakończeniu etapu zjechać do doliny 100 tysięcy ludzi? Z Plat-d'Adet w Saint-Lary-Soulan do autostrady zjeżdżałem dwie godziny. Dłużej niż na wzniesienie podjeżdżał Vicente Garcia-Acosta, ostatni na etapie. Na szczęście tym razem silnik nie zgasł. Było z górki.

Wyniki 14. etapu, Tarbes - Luz Ardiden (141,5 km)

1. Robert Laiseka (Hiszpania/Euskaltel) 4:24.30

2. Wladimir Belli (Włochy/Fassa Bortolo) 54 s straty

3. Jan Ullrich (Niemcy/Telekom) 1.08

4. Lance Armstrong (USA/US Postal) 1.08

5. Roberto Heras (Hiszpania/US Postal) 1.29

6. Joseba Beloki (Hiszpania/ONCE) 1.39

7. Oscar Sevilla (Hiszpania/Kelme) 1.39

8. Didier Rous (Francja/Bonjour) 2.01

9. Andriej Kiwiliew (Kazachstan/Cofidis) 2.27

10. Igor Gonzalez Galdeano (Hiszpania/ONCE) 2.30

31. Francois Simon (Francja/Bonjour) 7.31

48. Tomasz Brożyna (Polska/iBanesto.com) 13.16

69. Piotr Wadecki (Polska/Domo Farm Frites) 19.43

Klasyfikacja generalna

1. Armstrong 62:15.04

2. Ullrich 5.05 straty

3. Kiwiliew 5.13

4. Beloki 6.33

5. Simon 10.54

6. Gonzalez Galdeano 12.04

7. Sevilla 13.55

8. Santiago Botero (Kolumbia/Kelme) 17.49

9. Marcos Serrano (Hiszpania/ONCE) 19.20

10. Stefano Garzelli (Włochy/Mapei) 19.45

21. Brożyna 46.51

66. Wadecki 1:50.00