Sport.pl

Chcę być tenisistą - jeden dzień na kortach Warszawianki

Prawdziwą stawką mistrzostw Polski jest ?dzika karta? choćby do eliminacji sopockiego turnieju ATP i WTA


Dokładnie w tym samym tygodniu, kiedy w Wimbledonie rozstrzyga się najstarszy i najbardziej prestiżowy turniej na świecie, na kortach Warszawianki trwa walka o tytuły mistrzyń i mistrzów Polski.

Sam fakt rozgrywania narodowych tenisowych mistrzostw kraju jest we współczesnym sporcie osobliwością. Niewiele państw praktykuje tego rodzaju rozgrywki, my należymy do tej mniejszości. Przecież wielki tenisowy szlem to w istocie cztery międzynarodowe mistrzostwa krajów, w których się odbywają. Ta informacja zawarta jest nawet w nazwach wszystkich imprez, oczywiście, jakżeby inaczej, z wyjątkiem Wimbledonu, który ma w nazwie tylko jedno słowo "the Championships" - mistrzostwa.

Pomiędzy Wimbledonem i Warszawianką różnic jest więcej. Nie tylko tradycja, royal-box i nawierzchnia. Również pula nagród. Pani, która w najbliższą niedzielę wygra finał, odbierze czek na 5600 zł minus 10 proc. Panowie zarabiają więcej, ale też w turnieju wystąpiło ich aż 64., dwukrotnie więcej niż pań. Zatem mistrz Polski w tenisie na rok 2001 dostanie 6400 zł, oczywiście minus 10 proc. Ale te pieniądze nie są najważniejsze. W tle przewija się miraż wielkiego tenisowego święta i naprawdę wielkich pieniędzy. Przecież w ostatnim tygodniu lipca odbędzie się turniej, jakiego w Polsce jeszcze nie było.

Podczas Idea Prokom Open korty Sopockiego Klubu Tenisowego będą gościć plejadę graczy ATP i WTA i tam czeki będą wystawiane w dolarach. Prawdziwą stawką turnieju na kortach Warszawianki jest więc "dzika karta" choćby do sopockich eliminacji, bo rankingi nie upoważniają do poważnej gry żadnego z naszych graczy. Nawet dyrektor sopockiego turnieju Ryszard Fijałkowski nie jest dziś pewnie w stanie dokładnie podać, ile tych specjalnych zaproszeń będzie przyznanych Polakom, bo jeśli w ostatniej chwili chęć gry w Sopocie zgłosi ktoś kalibru Ferrery czy Hewitta, to z pewnością nie zostanie odprawiony z kwitkiem.

Nie wykorzystał szans

W Wimbledonie, żeby pozostać przy tym porównaniu, nie można rozpoczynać gier przed 11 ze względu na poranną rosę na trawie. W Warszawie tenisistki i tenisiści rozpoczynają zajęcia już o 9.30. Wczoraj, kiedy rozgrywano mecze trzeciej rundy, pogoda dopisała, ale na początku tygodnia bywało rozmaicie, niekiedy trzeba było chronić się w balonie przed deszczem. Organizatorami mistrzostw są wspólnie Polski Związek Tenisowy oraz Warszawianka i Tie-Break Bernarda Rejniaka. Wszystko działa bez zarzutu.

Pierwsze czwartkowe mecze panów rozgrywane na głównych kortach nr 3 i 4, tych z trybunkami dla widzów, miały wręcz rangę symbolu, zderzenia tenisowych generacji. Bliżej tarasu dla dziennikarzy i gości walczył Adam Skrzypczak z AZS Poznań i dużo młodszy Maciej Domka z Warszawianki. Na korcie obok zaś rozstawiony z nr. 2 19-letni Łukasz Kubot z KKT Wrocław z doświadczonym i walecznym Pawłem Motylewskim z MKT Łódź.

Nigdy nie byłem dobrym tenisistą, ale mam niezłą pamięć. Pamiętam więc, jak kibicowałem Adamowi z górą dziesięć lat temu na którymś z bocznych kortów Rolanda Garrosa. W turnieju juniorskim Skrzypczak walczył wówczas z Andriejem Miedwiediewem i Adam (tak jest!) był bliski wygranej. Wiemy wszyscy, kim w światowym tenisie stał się niedługo później Miedwiediew. Gdyby nie hazard i szybkie samochody, pewnie byłby jeszcze bogatszy i wygrał jeszcze więcej. Adam zaś, rogata dusza i ostry temperament, nie wykorzystał szans, jakie się przed nim zarysowały. Z Domką dość pechowo przegrał pierwszego seta, 6:8 w tie-breaku, w drugim Maciek zwyciężył łatwiej, ale przecież i Skrzypczak ma prawo walki o swój kawałek podłogi na polskich kortach.

Nie najgorszą mam głowę

Natomiast Łukasz Kubot jest w naszym tenisowym światku postacią wyjątkową. Ma 19 lat i jest już dojrzałym mężczyzną. Moim zdaniem jest jedynym prawdziwym polskim zawodowcem, który może dołączyć do światowej czołówki. Jego spotkanie z Pawłem Motylewskim wcale nie zapowiadało się banalnie. Motylewski ma duże umiejętności, więcej doświadczenia, jest twardy. Jednakże wynik 6:4, 6:2 dość dokładnie oddaje przebieg walki.

Łukasz, sądząc po dźwięku, jaki wydaje odbijana przez ciebie piłka, dość luźno masz naciągnięte struny w rakiecie.

- Rzeczywiście, gram dość miękkim naciągiem - na 23-24 kg.

Każdy z branży wie, że miękki naciąg daje większe możliwości przyspieszenia piłce, ale też trzeba mieć dobrą rękę, żeby zachować kontrolę nad uderzeniem. McEnroe grał takim miękkim naciągiem jak siatka na motyle, ale on miał dobrą rękę. Czy i ty masz dobrą rękę?

- Najlepszej nie mam, ale i najgorszej też nie.

To co masz dobrego?

- Myślę, że nie najgorszą mam głowę. Tzn. nie chcę się przechwalać, ale chyba mam niezłą psychikę. No i pracuję nad tym, żeby zdrowia nie zabrakło.

- Czy ważniejszy jest dla ciebie tytuł mistrza Polski, czy "dzika karta" na Idea Prokom Open?

- Na to nie ma prostej odpowiedzi. Z jednej strony każdy zawodowiec startuje w turnieju po to, żeby wygrać. Z drugiej, prawdę mówiąc, ja w ogóle nie miałem grać w mistrzostwach. Planowaliśmy cykl turniejów na Węgrzech.

- Uciekasz od odpowiedzi...

- Zaraz przejdę do sedna. Otóż, kiedy okazało się, że warunkiem ubiegania się o dziką kartę do Sopotu jest udział w MP, zmieniłem plany. Gram w Warszawie, bo to jest ważny etap. Chcę być dobrze zrozumiany, ale ja tu nie gram o pieniądze. Chcę być tenisistą. Oddałbym swoją premię, gdybym mógł zagrać w Sopocie z kimś ze światowej czołówki. Dla mnie byłoby to bajeczne doświadczenie.

Rok temu, gdy byłem w juniorskim ćwierćfinale w Wimbledonie, to był dla mnie sukces, ale przede wszystkim święto. Kurczę, myślałem, to na takiej samej trawie gra wielki Sampras! Wszyscy najlepsi! Doświadczyłem też, że między mną i rówieśnikami z całego świata nie ma wcale przepaści. To nie są cyborgi, to faceci tacy jak ja. Trzeba tylko harować, żeby się przebić. Taki jest mój cel i zrobię wszystko, żeby nie zaprzepaścić szans, jakie się przede mną rysują.

W tym roku zdałem maturę. Dyrektor Liceum Ogólnokształcącego nr 5 w Legnicy pan Edward Dobosz i całe grono pedagogiczne mieli dla mnie świętą cierpliwość. Bez ich wyrozumiałości i pomocy nic by z tej mojej matury nie było.

Na lekkoatletycznej bieżni

Tak mówi 19-letni, smukły, swobodnie mówiący po angielsku Łukasz Kubot. Nikt nie potrafi przewidzieć, jak potoczą się jego dalsze losy w mistrzostwach Polski - czy zostanie, jak przed laty Wojtek Fibak, prawdziwym zawodowym tenisistą. Rozstawiony z nr. 1 Bartłomiej Dąbrowski, na razie wygrywa swoje mecze z lekkością motyla.

Bartek też miał swoje wielkie szanse. Pamiętam - przed laty sam Fibak gościł go w swoim domu w Paryżu, by podczas turnieju Roland Garros wesprzeć chłopaka, o którym wszyscy mówili, że ma wielki talent. Teraz, blisko trzydziestki na karku, Dąbrowski gra lepiej niż kiedykolwiek. Niedawno w Pucharze Davisa przez pięć setów wspaniale walczył z Harelem Levy z Izraela, ale to jednak Harel wygrał ostatnią piłkę. Teraz Levy jest w ścisłej światowej czołówce, Bartek walczy o przepustkę do Idea Prokom Open. Dziś na kortach Warszawianki ćwierćfinały. Warto wpaść, bo i wśród pań walka jest do ostatniej piłki. Ale na Łukasza Kubota trzeba patrzeć nie tylko z ciekawością, ale i z nadzieją. Kiedy wczoraj odjeżdżałem z kortów, Łukasz cierpliwie wykonywał swoją pracę na lekkoatletycznej bieżni, a przecież był po dość męczącym meczu. Ale on wie, że zdrowia na korcie zabraknąć nie może, jeżeli pragnie się wedrzeć do eleganckiej strefy tenisa.