Nanga Parbat. Piotr Pustelnik: Mam do Pakistańczyków ogromny żal. Kim trzeba być, żeby przedkładać banknoty nad życie?

- Pakistańczycy nie mają w sobie za grosz empatii. Mam do nich ogromny żal. Powinni poderwać helikoptery natychmiast, nie czekając na gwarancje finansowe. Czterech doskonałych alpinistów będzie ryzykowało życie, żeby ocalić inne. - ocenił akcję ratunkową Piotr Pustelnik, prezes Polskiego Związku Alpinizmu, zdobywca korony Himalajów i Karakorum.

Wielkie sukcesy Kamila Stocha i jego kolegów, zimowe igrzyska olimpijskie, bohaterska akcja Adama Bieleckiego i Denisa Urubki pod Nanga Parbat, piłkarskie mistrzostwa świata, obfitujące w polskie medale lekkoatletyczne mistrzostwa Europy, mistrzostwo świata polskich siatkarzy, koniec kariery Agnieszki Radwańskiej, powrót Roberta Kubicy do Formuły 1 i wiele, wiele innych. Tyyyle działo się w sportowym 2018 roku. Przypominamy #najlepsze2018 teksty Sport.pl.

Paweł Wilk, Sport.pl: Jakie szanse na przeżycie ma Mackiewicz i Revol?

Piotr Pustelnik, prezes Polskiego Związku Alpinizmu: Nie będę się bawił w procenty. Sytuacja jest poważna z dwóch powodów: po pierwsze działali w odosobnieniu, przez co akcja ratunkowa dotrze do nich z opóźnieniem, a po drugie - warunki na Nanga Parbat są trudne, o tej porze roku w Karakorum jest bardzo zimno. Nie wiem, w jakim stanie jest Tomek, to że nie widzi, jest dyskomfortem, ale ślepota lodowcowa przechodzi, wiem z doświadczenia. Problemem jest wysokość, na jakiej się znajduje, choć i to nie jest pewne, bo polegamy tylko na wiadomościach od Elisabeth Revol. Mamy równanie z wieloma niewiadomymi. Teoretycznie wiemy, gdzie są, ale to szeroki teren. Pogoda też jest niepewna. Czas pokaże, jak ten pułap zniosą koledzy spod K2, którzy nie są zaaklimatyzowani powyżej 7 tys. m n.p.m. Ważny jest również stan psychiczny Tomka, to kluczowe. O ile jest silny, to wytrzyma dużo, ale jeśli wda się w niego zwątpienie - będzie niewesoło. To bardzo poważna sytuacja. Niezależnie, co się stanie, musi to zostać poddane szczegółowej analizie. Nie mam pełnych informacji, ale przeczucie mi mówi, że w czasie prowadzenia akcji górskiej popełniono szereg błędów.

Francuzka twierdzi, że Polak nabawił się choroby wysokościowej, ma obrzęk płuc i mózgu.

- Niech pan nie kończy pytania. Choroba wysokościowa i dwa obrzęki to zły prognostyk. Jeśli jest tak, jak mówi Elisabeth, to każda godzina może być tragiczna w skutkach. Widziałem ludzi chorujących na tę przypadłość, potrzeba natychmiastowej reakcji, radykalnego obniżenia wysokości, podania tlenu i leków.

Ekipa spod K2 jest w stanie pomóc Tomkowi?

- Na pewno są w stanie dotrzeć do niego. Pytanie, czy uda się sprawnie przeprowadzić proces ewakuacji. Nie wiem, gdzie Mackiewicz się znajduje, choć znam tę górę. Konsultując dziś tę sprawę, uznałem, że akcja ratunkowa będzie szalenie trudna. Zanim dojdą do "Orlego gniazda", będą musieli go "ciągnąć", co jest wyczerpujące. Sam pan wie, że przesuwanie kogoś w poprzek stromej ściany jest szalenie trudne. Łatwiej jest spuszczać poszkodowanego w dół, korzystając z lin poręczowych, które na Nanga Parbat pozostały po jesiennej wyprawie Alego Sadpary. Jeśli dotrą do miejsca, w którym będą w stanie z nich korzystać, to pół biedy.

Elisabeth Revol postąpiła słusznie, podążając w dół, zostawiając chorego kolegę wyżej?

- Nie sposób ocenić jej zachowania, bo nie mamy pewności, co wydarzyło się na górze. Dotarły do mnie informacje, że Tomek jest w namiocie, a ona schodzi.  Nie wiem tego na 100 proc. Może - hipotetycznie - doszła do wniosku, że sama nie jest w stanie efektywnie pomóc. Jeśli doszło do obrzęków, to mam nadzieję, że ma coś do picia, ponieważ to nic innego, jak zatrzymanie wody. Musi dużo pić. Nie wiem, czy Tomek wziął przed atakiem szczytowym środki nawadniające, czy ma ze sobą dexamethason. Znaków zapytania jest wiele.

Podobno nie ma nawet maszynki.

- Jeśli faktycznie doszli do namiotu, to muszą mieć urządzenie. Gorzej, jeśli nie mają gazu. Jednak nie wiem, czy Tomek jest w stanie zaparzyć herbatę. Nie ma co gdybać. Liczmy na to, że potwierdzą się pozytywne wieści. Nie chce mi się wierzyć, że Revol opuściłaby źle zaopatrzonego partnera w potrzebie. Zakładam, że wiadomość o dotarciu do biwaku nie jest wyssana z palca.

Jak pan ocenia władze Pakistanu? Decyzyjność wojska była niewojskowa, a agencje życzyły sobie 50 tys. dolarów z góry za ratowanie życia.

- Gdyby Tomek i Eli mieli kaprysy, byli członkami komercyjnej wyprawy oczekującej transportu powietrznego, zrozumiałbym ich.  W przypadku polsko-francuskiego zespołu ważna jest każda sekunda. Po jaką cholerę potrzebowali deklaracji pieniężnych?! Na portalach crowdfundingowych środki znalazły się szybko, należało działać od razu. Bez interwencji Ministerstwa Spraw Zagranicznych! Mam do Pakistańczyków ogromny żal. Kim trzeba być, żeby przedkładać banknoty nad życie?

Jeśli środki były niezbędne, to powinni pomóc, a temat rozliczeń podjąć później.

- Oczywiście. Pakistańczycy wydusiliby te pieniądze, takie mechanizmy nimi kierują. W 1992 r. poznałem je na własnej skórze. Nie zapłacono za "rachunek" i gdy kolejnym razem pojawiłem się na tej ziemi, powiedziano mi, że mam długi i należy je uregulować przed wyprawą. Nie mają w sobie za grosz empatii.

Podobno śmigłowiec nie mógł wylecieć w piątek, bo zmierzchało. A z tego, co wiem, pakistańskie maszyny wojskowe mogą latać po zmroku.

- Tak, ale nie wymagajmy od niewytrenowanych w warunkach górskich pilotów, żeby latali nocą po Karakorum. To wielka słabość nuklearnego kraju. Śmieszne jest to, że państwo, w którego granicach znajdują się góry wysokie, nie dysponuje wykwalifikowaną służbą ratowniczą, jednocześnie dysponując bombami masowego rażenia. Paradoksalnie poważni ratownicy są nawet w klepiącym biedę Nepalu.  A Pakistan ciągnie z portfeli zagranicznych sportowców, ile się da, nie oferując w kryzysie nic w zamian. To żenujące.

Brzmi absurdalnie.

- Skoro maszyny prowadzą piloci chętni zrzucić bombę gdziekolwiek, twierdząc jednocześnie, że nie da się wylądować w danym miejscu, bo wieje wiatr, to brzmi jak żart.

Ryszard Pawłowski powiedział mi, że pod kątem finansów Pakistańczycy są bezwzględni.

- Kiedy współpracowaliśmy z agencjami posiadającymi kontakty w armii, wśród generałów, wtedy "śmigło" leciało. W innym przypadku nie. Od dwunastu lat tam nie byłem, ale chyba nic się nie zmieniło. Co kraj, to skomplikowane helikoptery.

I obyczaj.

- Wydaje mi się, że kultura górska nie jest u nich zakorzeniona. Każdy kraj w Europie posiada przygotowane na wszystko służby, a oni, mimo gigantycznego zainteresowania zdobywania wierzchołków położonych na tym terenie, nie mają tego. Dogadanie się z nimi to orka na ugorze.

Słowacka Horska Zachranna Sluzba najpierw ratuje, a później wręcza paragony.

- Oczywiście! Nawet Polacy często latają na Słowację, bo jest bliżej i bezpieczniej. TOPR i HZS "wymieniają się usługami", potrafią rozmawiać ze sobą. Żyjemy w cywilizowanym świecie, a tam nastąpiło dziwne bicie piany, przepadł cały piątek, żeby ocalić ludzi. Podobno konsul leciał z pieniędzmi do agencji obsługującej helikoptery, żeby mieli gwarancje. To XIX wiek, zacofanie.

Wspinacze z K2 zaaklimatyzowani są do wysokości 6300 m n.p.m. Żeby uratować Tomasza Mackiewicza, będą musieli pokonać w pionie kilometr więcej. W czasie akcji ratunkowej będą wspomagać się dodatkowym tlenem?

- Nie mają go na tyle, żeby iść w górę w maskach. Czterech doskonałych alpinistów będzie ryzykowało życie, żeby ocalić inne. Oczywiście dojdą do chorych, ale muszą zrobić to w podziale na dwa zespoły. Najpierw, na lekko, musi wyjść dwóch najszybszych wspinaczy wykazujących na K2 najwięcej wigoru, a akompaniować im powinna pozostała dwójka wyposażona w tlen, medykamenty, namiot i liny. Idealnie byłoby, gdyby ci pierwsi dotarli do Eli i Tomka, jak najszybciej, zanim efekt wysokości ich nie "sieknie". Na takiej wysokości w 2018 r. jeszcze nie byli, a więcej problemów nam nie trzeba. Niepokojące wydają się warunki atmosferyczne, pan Jałocha z TVN-u, specjalista od góry wysokich wskazywał, że wg Accuweather nad Nanga Parbat nadchodzi załamanie pogody. Sobotnie warunki będą gorsze od piątkowych.

Mountain Forecast pokazuje to samo.

- Jeśli dwa portale podają te same prognozy, to dużo znaczy, może mają te same modele pogodowe.  Nie jest to dobry prognostyk, jeśli w czasie akcji ratunkowej ma być gorzej. W piątek nie było słodko, bo wiało ok. 60 km. na godz., i choć nie jest to Jet Stream, to wiatr daje się we znaki.  Temperatura odczuwalna wynosiła minus czterdzieści stopni, więc w sobotę wyniesie jedną trzecią więcej. Jeśli Tomek jest w namiocie, to kołatanie serca mi przechodzi, ale gdyby okazało się, że miał spędzić noc w szczelinie - czarno to widzę.

Kto panu powiedział, że znajduje się w namiocie?

- Wiadomość przekazał mi Janusz Majer (szef programy Polski Himalaizm Zimowy - przyp. red.) korespondujący z Eli Revol i źoną Tomka. Francuzka napisała SMS-a, że jest w namiocie. Oby to była prawda, bo na myśl o nocy spędzonej w szczelinie, w takim stanie, przechodzą mnie ciarki.

Co się wydarzy w sobotę rano?

- Musimy uzbroić się w cierpliwość, nie polemizujmy. O brzasku okaże się, czy pogoda będzie na tyle "lotna", żeby helikoptery doleciały do bazy pod K2. O ile tak się stanie, to nie wiadomo, jakie to będą maszyny, ilu chłopaków zabiorą na pokład. Plan zakłada, że będzie ich czterech lub pięciu. Po lądowaniu u stóp Nanga Parbat zacznie się akcja górska. Nie sądzę, żeby alpiniści dotarli do Mackiewicza w ciągu kilku godzin, szacuje, że dotrą do niego późnym wieczorem lub nocą.

Andrzej Bargiel powiedział mi, że powodzenie akcji zależeć będzie od tego, czy ratownicy będą szli "na tlenie", dniem i nocą.

- Również uważam, że powinni się wspomagać. Używając tlenu, mogliby iść w górę bez przerwy, niezależnie od pory dnia. Mocno by ich rozgrzał, ponieważ ma wartości odżywcze. Dzięki niemu organizm dzięki utrzymuje ciepło, co przekłada się na komfort psychiczny. Mówi się, że ciepły alpinista jest mądrzejszy od zimnego.

Gdyby zdecydowano o przebiegu akcji ratunkowej z użyciem tlenu, to czy później, w przypadku ewentualnego sukcesu na K2, ktoś zakwestionuje styl wspinaczki?

- Zabiłbym taką osobę śmiechem. Akcja ratunkowa nie ma nic wspólnego ze sportowym atakiem na K2. Wręcz przeciwnie - wysiłek podjęty na Nanga Parbat może zdewastować organizmy himalaistów, przez co będzie im ciężej realizować założony plan.

Czy wyprawa na K2 jest zagrożona?

- Nie będzie zagrożona, ale jej przebieg został zakłócony. Pięciu alpinistów zostało wyłączonych z akcji, a ci, którzy zostali w bazie, muszą wziąć na siebie dalsze poręczowanie i wynoszenie depozytów do założonych obozów. Wyprawa na K2 jest we wstępnej fazie, więc incydent, z jakim się zmagamy nie ma znaczenia dla jej powodzenia.

Niezależnie od tego, co się wydarzy na Nanga Parbat?

- Jeśli ktoś z ratujących zginąłby w czasie akcji, to zmieniłoby to postać rzeczy. Natomiast wiem, na co stać chłopaków i jestem pewien, że wrócą do bazy pod K2 cali i zdrowi.

A gdyby Mackiewicz lub Revol nie przeżyli?

- Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. To zależy od chłopaków, od ich psychiki. Przy tak czarnym scenariuszu decyzja musi być demokratyczna. Byłem w podobnej sytuacji na Makalu, wtedy zdecydowaliśmy się kontynuować wspinaczkę, mimo śmierci kolegi. Była to decyzja całego zespołu. Ludzie różnie reagują na śmierć, my podjęliśmy rękawice.