ME w curlingu. Polki nie dostaną pieniędzy potrzebnych na start w mistrzostwach Europy? Jest apel do ministra sportu

Zawodniczki POS Łódź zostały mistrzyniami Polski i uzyskały prawo startu w mistrzostwach Europy grupy C w curlingu. Polski Związek Curlingu zobowiązał się do pokrycia tylko części wydatków, które wiążą się ze startem na mistrzostwach. Polskie curlerki podniosły tę sprawę w mediach społecznościowych i do dyskusji zaangażowały ministra sportu - Witolda Bańkę.
Podczas rozegranych niedawno mistrzostw Polski w curlingu, najlepsze okazały się zawodniczki POS Łódź, które dzięki zajęciu pierwszego miejsca uzyskały prawo startu w mistrzostwach Europy. Wbrew pozorom było to tylko początkiem problemów, które nagle wyrosły przed polskimi curlerkami. Polski Związek Curlingu poinformował, że pokryje jedynie 30% kosztów związanych z wyjazdem na mistrzostwa, a federacja przeznaczy na czempionat tylko 12 tysięcy złotych. Składa się na to 10 tysięcy złotych na opłacenie spraw logistycznych związanych z mistrzostwami oraz 2 tysiące na sprzęt. - Wygląda na to, że za 10 tysięcy złotych z trudem opłacimy lot i tanie miejsce noclegowe. W tym budżecie na pewno nie zmieścimy odpowiedniego wyżywienia oraz takich spraw jak dojazdy, transfery, reprezentacyjne ubrania, ubezpieczenia, a co najważniejsze, raczej nie pojedziemy na zgrupowanie w Bratysławie. Będziemy musiały wyłożyć z własnych kieszeni około 24 tysięce złotych, żeby reprezentować Polskę. Nasza drużyna liczy przecież pięć osób - mówią zawodniczki Curling Team Łódź.

Wszystko z własnej kieszeni

Koszty są duże, bo zawodniczki muszą zakupić m.in sprzęt umożliwiający równą walkę, a ten do najtańszych nie należy. Polki muszą mieć również specjalne uniformy dopuszczone przez Światową Federację Curlingu. To nie pierwsze koszty jakie muszą ponieść nasze curlerki. - Od lipca ubiegłego roku pracowałyśmy niezwykle ciężko, żeby zbudować formę na mistrzostwa Polski. Jeździłyśmy po Europie na najwyższej rangi turnieje z cyklu Curling Champions Tour, same organizowałyśmy trening campy dla naszej drużyny. Zaangażowałyśmy i opłaciłyśmy jednego z czołowych światowych szkoleniowców. Trenowałyśmy za granicą i w Polsce (często w temperaturze -13 stopni na hali w Bełchatowie). Wydatki na cały sezon oscylowały w okolicach 50 tysięcy złotych. Wszystko sfinansowałyśmy same - zauważają polskie curlerki.

Nie ma infrastruktury

W Polsce nie ma ani jednego profesjonalnego obiektu do curlingu, dlatego przygotowując się do mistrzostw konieczne jest przeprowadzenie przynajmniej kilku treningów na nawierzchni porównywalnej z tą, na której odbędą się ważne zawody. Brak odpowiednich środków prawdopodobnie sprawi, że Polki będą zmuszone zmienić swoje plany. - Mamy w Polsce kilka torów, ale we wszystkich tych miejscach lód mocno odbiega od tego, który będzie na mistrzostwach. Potrzebny jest przede wszystkim równy, szybki i bardzo kręcący kamieniami. Taki lód można utrzymać w zasadzie tylko w obiektach dedykowanych, czyli profesjonalnych halach curlingowych, które mają dobrą wentylację, właściwą temperaturę powietrza i lodu, a takze dejonizowaną wodę i dobrze naostrzonego icekinga (maszynę, która idealnie równa lód). To tak, jakby porównać grę w piłkę nożną na dobrej murawie do gry na sztucznej trawie - zauważają polskie zawodniczki.

Związek ma pieniądze z budżetu państwa

Polski Związek Curlingu działa na podstawie ustaw, które nadają mu podstawy do ubiegania się o subwencje z budżetu państwa. Curling to mało popularna w Polsce dyscyplina, która w świadomości kibiców pojawia się prawdopodobnie tylko podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich. W związku z tym subwencja nie jest powalająca, ale wynosi 300 tysięcy złotych. Wydaje się jednak, że wyjazd na mistrzostwa Europy jest idealną okazją na promocje dyscypliny, dlatego związek powinien znaleźć nić porozumienia z zawodniczkami i zapewnić im takie środki, na jakie stać federacje.

Nasz wyjazd na ME kosztuje 36tys. zł. 24 tys. mamy zapłacić z własnych portfeli, bo PZCurling nie ma ??na najważniejszy start @WitoldBanka

? Curling Team Łódź (@curlingteamlodz) 14 kwietnia 2017

Polska na ostatnich mistrzostwach Europy przegrała wszystkie mecze i spadła do dywizji C. Ówczesna drużyna zmagała się wówczas z dużymi problemami i wiele osób zauważa, że tamten zespół był skazany na niepowodzenie. W tym roku nasza reprezentacja będzie chciała ponownie wywalczyć awans do drugiej grupy. Taką szanse daje zajęcie jednego z dwóch pierwszych miejsc na zbliżającym się czempionacie. Polki zauważają, że w tym roku sytuacja różni się od tej z poprzedniego sezonu. - W zeszłym roku była zupełnie inna drużyna, można wręcz powiedzieć, że sklecona naprędce z różnych zawodniczek, gdyż skład, który wygrał mistrzostwa Polski się rozsypał. Teraz presja na naszym zespole jest bardzo duża, bo wszyscy oczekują powrotu Polski do grupy B. Niestety, z takim deficytem pieniężnym nie mamy większych szans na zatrudnienie trenera, z którym o awans byłoby znacznie łatwiej.