Jeliński: Pieniądze w sporcie są. Korol może zacząć dobrze je wydawać

Premier Ewa Kopacz ogłosiła w poniedziałek, że nowym ministrem sportu będzie Adam Korol. - AWF-y wypuszczają absolwentów, którzy nie zawsze umieją pływać, ale co by o naszym sporcie nie mówić, to jednak jakieś pieniądze w nim są - mówi Michał Jeliński. Zawodnik, który razem z Korolem zdobył olimpijskie złoto i cztery mistrzostwa świata, jest przekonany, że nowy minister będzie wiedział, nad czym pracować, by w przyszłości Polska zdobywała na igrzyskach olimpijskich nie 10, a 20 medali.
Łukasz Jachimiak: Jest pan zaskoczony nominacją Adama Korola na ministra sportu?

Michał Jeliński, wioślarz AZS AWF Gorzów: Zaskoczenie jest pozytywne, bo wreszcie wybrano prawdziwego człowieka sportu, a nie urzędnika, których w ostatnich latach mieliśmy zbyt wielu. Adam ma bardzo trudne zadanie, bo przez cztery miesiące [do wyborów parlamentarnych] trudno zrobić coś naprawdę konstruktywnego. Z drugiej strony wiem, że na pewno postara się zapoczątkować rzeczy idące w dobrym kierunku. Jako zawodnik, który na sporcie zjadł zęby, który wie, jak sport wygląda od poziomu juniorskiego do najwyższego, olimpijskiego, na pewno jakieś mądre inicjatywy podejmie. Zwłaszcza że ostatnio pracuje w Polskim Związku Towarzystw Wioślarskich, gdzie odpowiada za zaplecze pierwszej reprezentacji, ma więc trochę doświadczenia, które mu teraz pomoże. Jestem przekonany, że skoncentruje się na tym, co ważne, zamiast podniecać się, czy na najbliższych igrzyskach zdobędziemy 10 czy 11 medali.

A co jest ważniejsze niż jeden krążek więcej albo jeden mniej w Rio?

- To, jak sport wygląda na samym dole.

Zgoda, tylko czy powołanie na stanowisko Korola nie jest krokiem wyłącznie wizerunkowym? Bo co konkretnie może zrobić przez tę chwilę, którą dostał?

- Co by o naszym sporcie nie mówić, to jednak jakieś pieniądze w nim są. Wcale niemałe. Ale ich wydatkowanie nie jest dobrze zorganizowane. Moim zdaniem za dużo idzie na kilkoro największych mistrzów, na zawodników już po kilku medalach, będących pod koniec swoich karier. Trzeba myśleć tak, żeby każdy olimpijski medal przełożyć na promowanie dyscypliny, w której został zdobyty. Muszą być środki na promocję sportu wśród najmłodszych, na stworzenie jak największej grupy uprawiającej sport. Tu trzeba nowego pomysłu. Mamy akcje dot. wyeliminowania plagi zwolnień z lekcji wychowania fizycznego, trzeba iść za tym z konkretami. Dać pieniądze, żeby dzieciaki mogły popróbować różnych dyscyplin, żeby dostały szansę przekonania się, czy coś jest dla nich. Na razie te inicjatywy robi się tak, że działania są nieźle marketingowo zrealizowane, ale nie przekładają się na odsetek aktywnych dzieciaków i młodzieży. My, jako społeczeństwo, coraz bardziej lubimy sport. Jest moda na bieganie, na coraz więcej różnych aktywności, i to trzeba rozwijać. Już szkoły podstawowe i gimnazjalne muszą dostawać pieniądze na rozwój sportu masowego. Wtedy poprawi się też kondycja sportu akademickiego, który jest w dołku. Wielu moich znajomych kończących AWF-y twierdzi, że nie na wszystkich kierunkach absolwenci umieją pływać. Uczelnie sportowe rezygnują ze wstępnych egzaminów sprawnościowych - czy to tylko znak czasów i niżu demograficznego?

Pójście w kierunku sportu masowego sprawi, że za ileś lat znów będziemy zdobywać na igrzyskach 20, a nie 10 medali?

- Dzisiaj możemy pod niebiosa wynosić Justynę Kowalczyk, bo to fenomenalna zawodniczka, która już ma mnóstwo medali i pewnie jeszcze kilka zdobędzie. Ale czas zająć się tym, co się dzieje poza nią, popatrzeć na ośrodki, jakimi poza Jakuszycami dysponuje nasze narciarstwo. I coś wreszcie zrobić, żeby zmienić wyniki w najmłodszych kategoriach wiekowych.

Adam to człowiek z trzeźwym, naturalnym spojrzeniem na sport, więc on dostrzeże to, co dostrzec trzeba. Kogoś takiego zawsze mi brakowało. Kilku ministrów jako zawodnik przeżyłem i nie poznałem takiego, który byłby prawdziwym człowiekiem sportu.

Były sytuacje, w których wasza czwórka trafiła w jakiejś sprawie na opór ministra?

- Jestem ostatnią osobą, która mogłaby narzekać, bo dzięki sukcesom, jakie osiągaliśmy, związek dbał w ramach swoich możliwości i obowiązującego prawa, żebyśmy mieli wszystko, na co zasługujemy i czego potrzebujemy. Za to trenerzy innych osad i zawodnicy, którzy nie osiągnęli takich wyników jak my, często odpowiedniego wsparcia nie dostawali. Choć sportowo byli na podobnym poziomie do nas. A my i tak mieliśmy lepiej, bo wioślarstwo jest dyscypliną olimpijską. Innym dyscyplinom warto pomóc w zdobyciu finansowania, choćby tworząc odpowiednie przepisy podatkowe. Kapitał trzeba zachęcać do inwestowania w sport. Ale to oczywiście zadanie nie na cztery miesiące, tylko na kilka lat. I nie tylko dla ministra sportu.

Jeśli jesienią zmieni się władza w kraju, to wprowadzi do resortu swojego ministra. Myśli pan, że Korol ruszy z tak dobrymi projektami, że ewentualny nowy człowiek będzie chciał je kontynuować?

- Wszystkich pracowników w ministerstwie się nie zmienia, zdecydowana część zostanie, więc będzie szansa kontynuowania dobrych projektów. A przecież czasami zdarza się też tak, że na stanowisku zostaje człowiek, który nie wywodzi się z partii, ale który się po prostu sprawdza. Ja wierzę, że Adam ma ogromną szansę zapoczątkować myślenie o sporcie także w kategoriach pasji oraz natchnąć do takiego myślenia inne osoby decyzyjne w sporcie.

Przez ile lat Korol sprawdzał się jako pana mentor i kolega?

- Wszystko zaczęło się w 1996 roku. Lubię wspominać tę historię. Z łezką w oku wracam do swojego debiutu w mistrzostwach Polski. Wtedy, w Bydgoszczy, płynąłem, będąc pod wrażeniem igrzysk w Atlancie. Adam startował tam w dwójce z Kajetanem Broniewskim i awansował do półfinału. Dla chłopaka, który dopiero zaczynał, ich wynik to była wielka sprawa. Wyobrażałem sobie, jak na igrzyskach musi być fajnie. Za pięć lat z Adamem jeździłem już na wszystkie obozy, bo dołączyłem do seniorskiej reprezentacji. Na stałe w łódce razem z nim usiadłem w 2005 roku. I po kilku miesiącach razem zdobyliśmy pierwszy z tytułów mistrzowskich. Cała moja kariera wiąże się z Korolem. Najpierw był moim wzorem, później kolegą z osady, który wiosłował bezpośrednio przede mną.

W ekipie dominatorów, jaką stworzyliście z Markiem Kolbowiczem, Konradem Wasielewskim i Korolem, to właśnie Korol zawsze miał najwięcej do powiedzenia?

- Najwięcej mówił Marek, i to przeważnie na temat (śmiech). Ale dużo pokazuje to, że Adam zawsze był szlakowym naszej osady i nigdy nie było trwałego pomysłu, żeby to zmieniać. Był najlepiej, najstabilniej i najczytelniej wiosłującym zawodnikiem. Prowadził nas, a ja miałem przyjemność siedzieć za nim przez prawie osiem sezonów i wspierać jego propozycję wiosłowania. We czwórkę tworzyliśmy naprawdę niezły team.



Zwierzęta (znowu) na boisku! Kaczęta w pułapce na polu golfowym, koty na murawie [ZOBACZ]


Czy jesteś zadowolony z decyzji premier?
Więcej o: