Amerykański mistrz plywacki chce być Polakiem

- Mam pewność, że jeśli dostanę szansę, to zakwalifikuję się do igrzysk olimpijskich w Atenach i będę walczył o medal - mówi Ron Karnaugh, światowej klasy amerykański pływak, który stara się o polskie obywatelstwo


37-letni ortopeda Ron Karnaugh od 1986 do 2002 roku startował w reprezentacji USA. Jest olimpijczykiem z Barcelony, dwukrotnym brązowym medalistą mistrzostw świata. I ma jedno marzenie - na rok porzucić badania naukowe i z dwudziestolatkami ciężko trenować od 5.30, by jeszcze raz wystartować na igrzyskach. I to w barwach Polski. Ron wrócił właśnie z wyprawy do Grudziądza, aby pierwszy raz w życiu zobaczyć swoją polską rodzinę.

Radosław Leniarski: Dlaczego chce Pan startować w reprezentacji Polski?

Ron Karnaugh: Przed rokiem startowałem na zawodach Pucharu Świata w Paryżu razem z Bartem Kizierowskim, który trenuje na uniwersytecie, na którym i ja kiedyś pływałem - Berkeley. Znaliśmy się trochę i ścigałem się z nim na 100 m zmiennym. W hotelu gadaliśmy sobie i w tej rozmowie wyszło, że jestem z pochodzenia Polakiem. W luźniej rozmowie rzucił: "To może popływasz dla Polski?". "Dobry pomysł" - zaśmiałem się, ale poważnie to do mnie nie dotarło. Dopiero gdy się nad tym zastanowiłem... To byłoby super. Jestem z rodziny o mocnych polskich korzeniach. Bartek powiedział, że musiałbym tylko złożyć podanie o obywatelstwo i udowodnić polskie pochodzenie. "To nie będzie trudne" - pomyślałem. Bartek opowiedział mi o nigeryjskim napastniku Emanuelu Olisadebe, który otrzymał obywatelstwo. Ja oczywiście urodziłem się w Ameryce, moi rodzice też, ale dziadek i babka od strony mamy urodzili się w Polsce, dziadkowie od strony ojca są zaś Ukraińcami. Genetycznie jestem więc Europejczykiem w 100 procentach, urodzonym w USA w połowie Polakiem, w połowie Ukraińcem.

Nie byłbym wyjątkiem. Sara Poewe z RPA startuje w barwach Niemiec ze względu na pochodzenia ojca. Massimiliano Borsolino jest urodzonym Australijczykiem, który zdobywa trofea dla Włoch ze względu na pochodzenie ojca. Gary Hall Jr zastanawiał się nad poproszeniem o obywatelstwo Australii, bo tak bardzo szanował i podziwiał sportową, a zwłaszcza pływacką kulturę i entuzjazm Australijczyków.

Latem zeszłego roku spotkałem się z prezesem PZP Krzysztofem Usielskim i dyrektorem związku Jerzym Kowalskim. Powiedziałem im o moim pomyśle. Byli zaskoczeni, ale pozytywnie. Obaj mnie znali, bo przecież od lat byłem światowej klasy pływakiem, a w 2002 roku całkiem nieźle mi szło w PŚ. Powiedzieli, że pomogą mi. Po powrocie do USA w listopadzie złożyłem pierwsze dokumenty w konsulacie polskim w Nowym Jorku. Od poniedziałku mój wniosek z kompletem dokumentów jest w Kancelarii Prezydenta RP i czeka na decyzję. To ostatni etap moich starań.

Jeśli otrzyma Pan obywatelstwo, to...

- Za rok są igrzyska olimpijskie w Atenach. Jestem w świetnej formie pod względem siły i wydolności. Mój plan to zacząć bardzo intensywny trening po powrocie do USA. I mam nadzieję, że zakwalifikuję się do igrzysk już jako obywatel Polski. Nie mam wątpliwości, że będę pływał na światowym poziomie i będę walczył o medal. Nie mam zamiaru być tam tylko dla samego udziału w igrzyskach. Mam przewagę nad młodymi pływakami - olbrzymie doświadczenie na najwyższym poziomie. Dla mnie nie istnieje pojęcie tremy. Oczywiście w igrzyskach nie ma żadnych gwarancji sukcesu. Można być rekordzistą świata i mieć gorszy dzień. I odwrotnie. Na mistrzostwach świata w Barcelonie specjalista od stylu grzbietowego Matt Welsh wszedł do finału na 50 m delfinem z ostatnim czasem i zdobył złoty medal, bijąc rekord świata. A płynął na skrajnym torze.

Po powrocie do USA przyniosę się z New Jersey, gdzie teraz mieszkam i trenuję, do północnej albo do południowej Kalifornii. W północnej - na uniwersytecie Berkeley - byłbym pod opieką mojego byłego trenera Northa Thorntona. Z nim miałem sukcesy. Druga możliwość to Mission Viejo, gdzie pływałem w sezonie 1991-92, przygotowując się do igrzysk panamerykańskich i igrzysk olimpijskich w Barcelonie.

W wieku 37 lat będzie Pan wstawał na trening o 5 rano? Znajdzie Pan motywację?

- Co za pytanie!? Nie ma problemu. Jestem sportowcem ze starej szkoły. Nie poddawać się, nie wycofywać. Z etosem pracy, z determinacją do osiągnięcia sukcesu, dyscypliną. Mając przed sobą spełnienie marzeń, nie myśli się o wstawaniu czy wysiłku. To drobiazg. Zresztą tak było od 1986 roku - moje życie to pot i łzy. I fajnie, jestem na to przygotowany. Wiek to dla mnie dwie cyfry: 3 i 7. Mam taką samą determinację, tę samą formę fizyczną co w 1992 roku. Spójrzmy na sportowców innych dyscyplin - bokserzy Holyfield i Foreman, sprinter Christie, ile mieli lat, gdy osiągali sukcesy?

Czy uda się Panu pogodzić sport z pracą ortopedy?

- Pracuję naukowo, a nie z pacjentami na stole. Od dwóch lat prowadzę badania, które rozwijają technikę operacji ortopedycznych. Mam zamiar poprosić o to, aby badania już z udziałem pacjentów rozpoczęły się dopiero po igrzyskach. W ten sposób będę mógł poświęcić cały czas treningowi.

Czy źródeł Pańskiej determinacji można szukać w zdarzeniach z 1992 roku? Miał Pan najlepszy czas na świecie na 200 m stylem zmiennym, był Pan wielkim faworytem igrzysk w Barcelonie, ale podczas ich otwarcia zmarł Pański ojciec. Szóste miejsce było porażką.

- W 1992 przeżywałem naprawdę ciężkie chwile. Śmierć mojego ojca na ceremonii otwarcia igrzysk w Barcelonie, kilka dni potem przegrana w wyścigu, w którym z powodów emocjonalnych skazany byłem na porażkę... Od tamtej pory zmieniło się tylko to, że teraz mogę o wszystkim mówić spokojniej. Minęło już ponad dziesięć lat. Z tego nieszczęścia płynęła oczywiście część mojej motywacji do treningu, chęć powrotu na igrzyska olimpijskie i startu w nich bez takich obciążeń. Ale powiedzenie, że chcę pojechać na olimpiadę ze względu na ojca, nie byłoby prawdą. Robię to dla siebie.

Tymczasem Pańskie dokumenty z prośbą o obywatelstwo znalazły się w Kancelarii Prezydenta RP. Aby je otrzymać, trzeba wykazać polskie pochodzenie...

- Mam rodzinę w Grudziądzu, która żyje tam od wielu lat. Moja babka urodziła się i mieszkała w Polsce aż do 20. roku życia. Urodziła się niedaleko Rypina, w Rogowie. Wyemigrowała do USA w 1925 roku. Miała sześcioro rodzeństwa i oni zostali w Polsce. Oczywiście dziś każde z nich ma swoje rodziny i właśnie odwiedziłem dzieci sióstr mojej babki. Moja babka 30 lat temu odwiedziła Polskę, jeden jedyny raz po emigracji. Zmarła w 1999 roku. Zostawiła mi listy, adresy, dzięki którym się z nimi skontaktowałem.

No i pojechałem do Rogowa. Zobaczyłem małą wioskę otoczoną polami. Taka mi została w pamięci z opowiadań. Teraz w Rogowie nie ma już mojej rodziny, przeniosła się do Grudziądza. Razem z tłumaczem, dziewczyną z Niemiec, odwiedziliśmy kościół, w którym moja babka została ochrzczona w 1904 roku. Zrobiłem masę zdjęć i pojechałem do Grudziądza. Pierwszy raz w życiu widziałem kuzynów mojej mamy. Wycałowali mnie i wyściskali, jakby mnie znali całe życie i jakbyśmy tylko nie widzieli się jakiś czas. To było wzruszające - jakbym zatoczył wielkie koło i wrócił do źródła. Długo rozmawialiśmy o rodzinie, o przyczynach emigracji babki, o tym, że gdyby nie wyjechała, mając 21 lat, to bym się nie urodził, o wszystkich krewnych, jak się nazywają, gdzie mieszkają, jak im się wiedzie, ile mają dzieci, jak te dzieci się nazywają. Dali mi zdjęcie babki mojej mamy - Rozalii. W sumie spotkało się ze mną w Grudziądzu i w Kozłowie około 20 osób i wszyscy się śmiali. Długo rozmawialiśmy. Po dwóch dniach byłem wyczerpany, ale jednocześnie szczęśliwy, zostałem jeszcze jeden dzień.

Kiedy pierwszy raz postanowił Pan odwiedzić rodzinę?

- Około rok temu byłem tutaj w Warszawie, bo wracałem z zawodów na Ukrainie. Odwiedziłem tam Tarnopol, skąd pochodził mój dziadek. Wtedy miałem za mało wiadomości, za mało czasu i choć myślałem o wizycie w Rogowie i Grudziądzu, nie zdecydowałem się. Żałowałem straconej okazji i przyrzekłem sobie, że tu przyjadę i odwiedzę ich.

Rozmawiał