W poniedziałek rozpoczyna się turniej wimbledoński

Roddick czy Agassi? Ta amerykańska konfrontacja staje się głównym motywem tegorocznego Wimbledonu. Wśród pań pytanie jest oczywiste, banalne, czytelne: czy ktoś zdoła przeciwstawić się dyktatowi pary belgijskiej Kim Clijsters, Justine Henin-Hardenne i amerykańskich sióstr Williams?


W 1978 roku, kiedy młodziutki Bjorn Borg przed oczyma osiemnastu tysięcy kibiców tenisowych zgromadzonych na kortach Rolanda Garrosa i setek milionów telewidzów na świecie zmiażdżył w finale w trzech krótkich i bezlitosnych setach Guillermo Vilasa, do swego trenera Lennarta Begelina powiedział tylko dwa słowa: "Wygram Wimbledon".

Przed miesiącem, kiedy Hiszpan Juan Carlos Ferrero po trzysetowej egzekucji, jakiej dokonał w finale w Paryżu wobec rewelacji turnieju - Holendra Martina Verkerka, ochłonął, odebrał gratulacje, puchary i czeki, też powiedział: "Kiedyś wygram Wimbledon".

Obaj zatem, w innych czasach i w innych realiach, nawet w chwili największego triumfu, jakim dla każdego tenisisty jest pierwszy w karierze wielkoszlemowy tytuł, myślami byli już gdzie indziej - w Wimbledonie. Dlaczego?

Terror tradycji

Bo nie ma w tenisie adresu ważniejszego niż Church Road w Londynie, nie ma terminu ważniejszego niż przełom czerwca i lipca, nie ma też dla tenisisty trofeum cenniejszego, niż tytuł zdobyty w wimbledońskiej katedrze tenisa. Bo tenis - jako dyscyplina sportu, a nie zabawa dworska znana od stuleci - narodził się właśnie tu niedługo przed 1877 rokiem, kiedy to rozegrano, jeszcze przy Worple Road, pierwszy turniej w Wimbledonie - The Championships.

Wimbledon, warto to powtórzyć i warto o tym pamiętać, jest symbolem, wręcz synonimem tenisa, kojarzy się z tą królewską grą w stopniu chyba jeszcze większym niż Indianapolis z automobilizmem, Ascot z wyścigami konnymi i Maracana z futbolem. Jest nie tylko wielką imprezą sportową, najstarszym i najbardziej prestiżowym turniejem tenisowym na świecie. Jest też największą atrakcją letniego tradycyjnego festiwalu sportowego na wyspach, w skład którego wchodzą również wspomniane już królewskie wyścigi konne w Ascot, seria test-meczów w krykieta oraz słynne regaty wioślarskie na torze w Henley. Stanowi także rytuał będący częścią angielskiej tradycji, podobnie jak herbata o piątej po południu, whisky i rodzina królewska.

Celowo powtarzam w nieskończoność słowo tradycja, bo Anglicy zdają sobie sprawę z tego, że mają u siebie najbardziej prestiżowy turniej na świecie i tę tradycję, ten prestiż wykorzystują po mistrzowsku jako doskonale sprzedający się produkt. Co ciekawe, w Wimbledonie - w odróżnieniu od wszystkich innych turniejów tenisowych na świecie - nie ma bezpośrednich sponsorów. Łatwo to zrozumieć: Wimbledon ma coś z mitu i za żadne pieniądze nie chce tego stracić. Oto dlaczego sponsor, tak niezbędny właściwie wszędzie, w Wimbledonie nie jest ani potrzebny, ani pożądany. Gospodarze wiedzą, że połączenie się z kimkolwiek odebrałoby turniejowi część kultowego, magicznego wręcz charakteru. Komercyjni partnerzy z kolei też mają świadomość, że zawsze pozostawaliby w cieniu wielkiego słowa "Wimbledon". Trafnie więc powiedział przed laty jeden z poważniejszych agentów działających w tenisie - Mark McCormack:"Możliwość sponsorowania Wimbledonu jest niewiele większa, niż możliwość sponsorowania Koronacji Królewskiej".

Nie ma więc w Londynie sponsorów, jest natomiast "Wimbledon Compendium", książka, której warto poświęcić chwilę uwagi. Wydawcą i właścicielem wszystkich praw jest oczywiście All England Lawn Tennis and Croquet Club, natomiast redaktorem, już od ponad dekady - pan Alan Little przedstawiany jako "honorowy bibliotekarz Wimbledońskiego Muzeum Tenisowego". Pietyzm, z jakim na kartach tego kompendium przedstawiane są kolejne, rok po roku następujące, zdarzenia będące składowymi wimbledońskiej tradycji, jest wręcz wzruszająca. Dowiadujemy się o każdej innowacji, każdej inwestycji (z drobiazgowo podanymi kwotami), każdym wydarzeniu towarzyskim, niezręczności, skandalu. O tym na przykład, że w 1958 roku nie tylko było bardzo wilgotno, często padało, w związku z czym półfinały panów, po raz pierwszy w historii, rozgrywane musiały być jednocześnie na korcie centralnym i korcie nr 1, lecz także, że chłopcy do podawania piłek po raz pierwszy byli ubrani w wygodne szorty, zamiast w obowiązujące dotychczas długie spodnie.

Rok wcześniej zaś, a wszystko to jest podawane tak, jakby było tak samo ważne, Królowa Elżbieta II po raz pierwszy pojawiła się w Wimbledonie, mało tego, wręczała trofea zwycięzcom singla pań i debla mężczyzn. Wówczas zresztą, podczas finału debla panów miał miejsce przypadek doprawdy niecodzienny: Pani Helen Jarvis z Croydon wtargnęła na kort centralny, wznosząc okrzyki i wymachując plakatem na rzecz własnego, przez siebie wymyślonego nowego światowego systemu bankowego. Królowa, niewzruszona, obserwowała incydent ze swojej loży, natomiast intruzka z Croydon została usunięta z kortu przez sędziego meczu wspomaganego przez policjantów. Wystarczy więc jeden rzut oka na dzieło pana Little, by upewnić się, że nudów na wimbledońskiej trawie nie było nigdy, osobliwości zaś zdarzały się daleko wcześniej, zanim swoje harce na trawie zaczęli tacy mistrzowie i showmani jak Connors, Nastase, McEnroe czy Becker.

Jak będzie w tym roku?

Nie sposób przewidzieć. Skoro już zacytowałem Ferrero, to warto chyba przypomnieć, że jedynym dotąd Hiszpanem, który wygrał w Wimbledonie, był Manolo Santana. Jak każdy Hiszpan wychowany na kortach ziemnych, zwyciężył zresztą dwukrotnie na Roland Garros. Ale Manolo, pochodzący ze skromnej rodziny i bez nadzwyczajnych warunków fizycznych, miał taki talent, że w 1965 roku był mistrzem US Open w Forest Hills, a rok później wygrał Wimbledon. On również, jako pierwszy chyba tenisista w historii, regularnie stosował liftowanego loba. Tak jest - top-spin lob pojawił się na światowych kortach daleko wcześniej, zanim przyszedł na świat dzisiejszy faworyt i idol Australii Lleyton Hewitt, który to właśnie uderzenie, oprócz returnu, sam uznaje za największy atut ze wszystkich, jakie ma w repertuarze. Wystarczy poszperać w starych książkach, by po raz kolejny przekonać się, że wszystko już było - również w tenisie.

Ale poważnie mówiąc - nie sądzę, by Juan Carlos Ferrero, choć talentu mu nie brakuje, już w tym roku mógł powtórzyć triumf Santany, powszechnie uważanego za największego hiszpańskiego tenisistę wszech czasów. Mało tego - wśród mężczyzn zdecydowanie najbardziej intrygująco zapowiada się pojedynek trenerów. Tak jest, to nie pomyłka. Andre Agassi, przeżywający chyba najwspanialszy okres w życiu, rozstał się nie tak dawno z Bradem Gilbertem, byłym świetnym tenisistą i jeszcze lepszym coachem, który walnie przyczynił się do pokonania przez Andre wielkiego kryzysu, jaki Amerykanin przeżywał, z rozmaitych powodów, sześć lat temu. Teraz Andre pracuje ze spokojnym Australijczykiem Darenem Cahilem i oczywiście Gilem Reyesem, natomiast Brad Gilbert, ten wyśmienity strateg i alchemik tenisowych zwycięstw, prowadzi karierę Andy'ego Roddicka, tenisisty o nieokiełznanym temperamencie, ogromnym potencjale, fantastycznym serwisie, refleksie, szybkości i właściwie wszystkim, co jest niezbędne, by zwyciężać na trawie. Teraz ma jeszcze do towarzystwa Brada Gilberta w roli Cicerone. Jeżeli do tego dodamy, że niedawno Andy pokonał po raz pierwszy w karierze Andre, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że Agassi jest rozstawiony z nr. 2, Roddick zaś z nr. 5 - to trudno się dziwić, że ta Amerykańska konfrontacja staje się głównym motywem tegorocznego Wimbledonu. Jak zwykle nie sądzę, by czegokolwiek wielkiego mógł dokonać ulubieniec gospodarzy (i naszego starego mistrza Wojtka Fibaka) - Tim Henman. On chyba, pomimo rodzinnych tradycji (dziadek grał w Wimbledonie) oraz niewątpliwie pięknej dla oka, klasycznej gry, nie jest tenisistą tego kalibru, by dotrzeć w wielkim szlemie wyżej niż do półfinału, gdzie był już czterokrotnie. W tym roku, moim zdaniem, zatrzyma się wcześniej.

Zatem Hewitt, Agassi, Ferrero, Roddick, a może niesamowity Martin Verekrk, który po finale w Paryżu jest już w Londynie rozstawiony? A może inny Holender Richard Krajicek, który już na Wimbledonie wygrywał?

W turnieju pań pytanie jest jedno - oczywiste, banalne, czytelne: czy którakolwiek z rywalek zdoła przeciwstawić się dyktatowi pary belgijskiej Kim Clijsters, Justine Henin-Hardenne i niesamowitych amerykańskich sióstr Williams? Zwycięstwo każdej innej tenisistki byłoby supersensacją, przy całej mojej nieustającej sympatii dla dręczonej kontuzjami i, niestety, nie najlepszymi trenerami Lindsay Davenport.

Ale pamiętam, że jeszcze na kilka dni przed rozpoczęciem turnieju na kortach Rolanda Garrosa obie siostry Williams (Serena w sposób zdecydowanie seksowny, Venus w klimacie bardziej prowokacyjnym i przewrotnym) uczestniczyły we wręczaniu sportowych Oscarów w Monte Carlo. Monte Carlo, podobnie jak Cannes, to nie są stolice sportu. Raczej mody, kina, show businessu. W Paryżu Venus natychmiast po porażce wróciła do domu, do USA, siostry nie grały razem debla, co było swego rodzaju niespodzianką. Przypominam o tym, bowiem kluczem do zrozumienia ich postaw w rozpoczynającym się dziś Wimbledonie jest właśnie to, w jakim stopniu tenis jest teraz dla sióstr Williams ważny? Ile są w stanie poświęcić dla kolejnych zwycięstw, skoro milionów mają dosyć, a świat mody, architektury, kina, innych wyzwań, czegokolwiek wreszcie, jawi się w sposób nie mniej fascynujący?

Wydaje się, ale to ocena skrajnie subiektywna, że Serena wciąż pozostaje sportsmenką, tenisistką upokorzoną w Paryżu i żądną rewanżu, Venus zaś, jak się zdaje, zgodnie z przypuszczeniami papy Richarda, odpływa gdzieś na inną planetę, coraz bardziej oddalając się od świata tenisa. No, ale jak zawsze, już za dwa tygodnie będziemy mieli w tej sprawie bliższe informacje.