"Chciałbym dopieścić związki, bo organizacja całego sportu spoczywa właśnie na nich" - nowy minister sportu w TOK FM

- Chcemy zorganizować rywalizację na każdym poziomie edukacji, począwszy od szkoły podstawowej. Chodzi o to, by sport w wymiarze amatorskim uprawiało jak najwięcej ludzi, bo to przełoży się na olimpijskie medale - mówi w rozmowie z Radiem TOK FM Andrzej Biernat.
Nowy minister sportu i turystyki opowiada w TOK FM m.in. o organizacji zimowych igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata w siatkówce. Zdradza też swoje podejście do zamykania stadionów.

Kacper Merk: Podobno ta nominacja spowodowała małe kłopoty rodzinne?

Andrzej Biernat: Pół żartem, pół serio można tak powiedzieć, bo o propozycji premiera wiedziałem już kilka dni wcześniej i gdy wyjeżdżałem do Warszawy na ostateczne rozmowy, żona powiedziała, żebym absolutnie nie próbował się godzić na tę funkcję. Po dłuższej rozmowie telefonicznej udało mi się trochę ją udobruchać. Ale zobaczymy, co będzie, jak wrócę do domu.

Jakie zadania postawił panu premier na dwa ostatnie lata kadencji?

- Mało kto wierzy, ale premier zostawia swoim ministrom bardzo dużą samodzielność i mówi, że najchętniej widziałby nas tylko dwa razy: w momencie zaprzysiężenia i dymisji. A tak na poważnie, to minister Joanna Mucha rozpoczęła proces upowszechniania sportu, co ja chciałbym kontynuować, bo dzięki temu budujemy podstawę piramidy dla sportu. Większy nacisk chciałbym też położyć na bardzo ścisłą współpracę z poszczególnymi związkami sportowymi, bo mam wrażenie, że w tej kwestii moja poprzedniczka nie zrobiła wszystkiego, co było można. Chciałbym dopieścić te związki, bo organizacja całego sportu spoczywa dziś właśnie na nich.

Generalnie, całą koncepcję sportu powszechnego chciałbym zamknąć w - umownie - ramy amerykańskie, czyli zorganizować rywalizację na każdym poziomie edukacji, począwszy od szkoły podstawowej. Chcę, aby powstały ligi międzyszkolne czy międzyuniwersyteckie, w których każda jednostka będzie reprezentowana. Wiadomo, że w USA uczelnie mają swoje kultowe drużyny, a poprzez dumę z nich jeszcze więcej ludzi garnie się do sportu. Z drugiej strony, gdyby nasze uniwersytety miały takie drużyny, sportowcy nie musieliby się ograniczać do studiowania na AWF-ach, ale mogliby też rozwijać się w innych kierunkach.

Tylko skąd na to wszystko wziąć pieniądze?

- To jest w tej chwili najpilniejsze zadanie. Mówiąc najkrócej: planuję zracjonalizować wydawanie pieniędzy na sport zawodowy i wyczynowy, bo przecież budżet nagle się nam nie zwiększy.

Czyli rozumiem, że dla związków będzie mniej pieniędzy?

- Właśnie, mam nadzieję, że nie, bo przecież budżet ministerstwa jest ściśle zależny od rozwoju gospodarczego. Poza tym będziemy odblokowywać środki z funduszu rozwoju kultury fizycznej. I w tym miejscu dochodzimy do wspomnianej racjonalizacji - wiadomo, że pewna metodologia działań w obszarze sportu młodzieżowego sprawdzała się kilkanaście lat temu, ale dziś już niekoniecznie. Dam przykład: po co trzydzieści ośrodków szkoleniowych porozrzucanych po całym kraju, skoro to samo można robić w szesnastu? Albo: dlaczego w większości dyscyplin istnieją kadry wojewódzkie? To ostatnie rozwiązanie było zresztą krytykowane przez niektóre związki.

Powiedział pan o systemie amerykańskim - tam państwo nie finansuje przygotowań szerokiej grupy sportowców, a jedynie tych najlepszych, co przekłada się później np. na siłę kadry olimpijskiej. Rozumiem więc, że zmiana finansowania obejmie też wyczynowych sportowców?

- Zdecydowanie tak, bo co z tego, że wyślemy na igrzyska czterystu sportowców, skoro przywiozą oni zaledwie dziesięć medali? Przede wszystkim chcemy jednak zbudować możliwie jak najszersze grupy szkoleniowe, z których w przyszłości będzie można wybierać ścisłą reprezentację. Ci ludzie będą mieli zapewnione stypendia, bo bycie zawodowym sportowcem to przecież zawód taki, jak każdy inny. Ale chcemy unikać wybierania na cztery lata przed igrzyskami grupy pięćdziesięciu nadziei olimpijskich, bo później okazuje się, że setka innych, nieobjętych opieką państwa, trenuje dużo ciężej i osiąga znacznie lepsze wyniki.

A co z podziałem dyscyplin na koszyki finansowania, zaproponowane przez pana poprzedniczkę?

- W tej chwili zostało to już wprowadzone, więc niestety na żywym organizmie przekonamy się, jak to działa. Jakaś zasadność w tym podziale jest, aczkolwiek dopiero okaże się, czy dyscypliny dostały się do odpowiednich koszyków. Nie wykluczam jednak, że po zapoznaniu się ze wszystkimi dokumentami dokonamy w tych koszykach pewnych zmian.

A co pan sądzi o pomyśle organizacji w Polsce zimowych igrzysk olimpijskich w 2022 roku? Dla mnie to utopia...

- W sensie promocyjnym to doskonały pomysł, poza tym nie sposób nie zauważyć, że ze stawki odpadł jeden z najpoważniejszych kandydatów, czyli Monachium. Sama organizacja igrzysk daje całemu krajowi kolejny impuls do rozwoju - proszę zwrócić uwagę, że wiele inwestycji w Polsce nie powstałoby tak szybko, gdyby nie Euro 2012. W związku z tym, gdyby teraz miało być podobnie, to jestem jak najbardziej "za". Owszem, być może same igrzyska nie są imprezą dochodową, ale wszystkie wskaźniki pokazują, że ich pokłosie powoduje wzrost gospodarczy.

Ale żeby móc w ogóle o tym mówić, najpierw trzeba włożyć sporo pieniędzy.

- Sama aplikacja nie kosztuje zbyt wiele, dlatego nie widzę powodów, aby jej nie składać. Przygotujemy najbardziej profesjonalną z możliwych i - jeśli okoliczności będą sprzyjające, czyli dostaniemy prawo organizacji zimowych igrzysk w 2022 roku - nie będzie innego wyjścia, niż zainwestować w rzeczy, które później i tak będą służyły wszystkim obywatelom. Jedni liczą, że trzeba będzie wydać 12 miliardów, inni że nawet 20, ale gdybyśmy zostali organizatorem, to będzie idealny czas na wydanie takich środków.

A propos pieniędzy - wczoraj szef PZPS-u, Mirosław Przedpełski, dramatycznie stwierdził, że brakuje mu 16 milionów złotych na organizację przyszłorocznych mistrzostw świata w siatkówce. I co zrobić z tym fantem?

- Wygląda na to, że ktoś, kto podejmował się organizacji turnieju i przedstawił stosowny biznesplan, znacznie przeszacował. 16 milionów złotych to dla Ministerstwa Sportu poważna kwota i w tej chwili trudno mi sobie wyobrazić, żeby z dnia na dzień znaleźć ją w budżecie resortu. Najpierw jednak muszę poznać strukturę wydatków, sprawdzić, do czego zobowiązał się Polski Związek Piłki Siatkowej, a do czego ministerstwo, i dopiero wtedy będę mógł mówić, czy i o ile możemy zwiększyć dotację na organizację mistrzostw.

To na koniec dwie kwestie związane z piłką nożną, które co jakiś czas wracają na tapetę. Pan jest zwolennikiem zamykania stadionów za wybryki kibiców czy bardziej liberalnego podejścia, prezentowanego np. przez prezesa Zbigniewa Bońka?

- Ja jestem zwolennikiem zamykania tych, którzy popełniają przestępstwa i utrudniają tym samym uczestnictwo w imprezach sportowych innym. Liberalizacja przepisów wydaje mi się w tym momencie mało prawdopodobna, bo zawsze gdy przygotowujemy się do niej, strona kibolska prowokuje to, żeby jej nie wprowadzać. Ekstraklasa przygotowała niedawno projekt zmian ustrojowych, lecz podejrzewam, że trafi on do kosza, bo gdy tylko pojawiła się informacja, że możemy nad czymś takim pracować, nastąpiła eskalacja różnych dziwnych zachowań tej grupy "fanów".

A co z funkcjonowaniem Stadionu Narodowego? Wiadomo, że nie jest pan jeszcze w centrum wydarzeń i nie zna wszystkich dokumentów, ale czy ten obiekt będzie kiedyś na siebie zarabiał?

- Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale ostatnio faktycznie pojawiły się jaskółki nadziei. Stadion nie jest martwy, część eventowa jest realizowana bardzo dobrze, ale nieco gorzej z częścią sportową, a moim marzeniem jest, by mecze odbywały się tam co najmniej raz w miesiącu. Ponadto, taki obiekt musi wejść w umowny katalog aren, na których odbywają się różne międzynarodowe imprezy. Na razie nie znam wszystkich dokumentów, ale jeżeli są już jakieś propozycje, które pokazują że w przyszłym roku będziemy mieli optymistyczny wynik finansowy, to znaczy, że nowy zarządca spełnia swoją rolę. Jeżeli nie - będziemy się wspólnie zastanawiać, co dalej.