Zdzisław Ambroziak: Dyktatura sukcesu

Martina Hingis zaczęła ślizgać się na łyżwach, jeździć na nartach i grać w tenisa, mając dwa lata. Niedługo później, jako czteroletnie dziecko, startowała już w prawdziwych turniejach.
Mając lat 12, wygrała jako najmłodsza w historii wielkoszlemowy juniorski turniej na kortach Rolanda Garrosa. To był rok 1993. Widziałem ten sukces z bliska i pamiętam, że poraziły mnie nie tyle jej techniczne, choć już wówczas ogromne umiejętności, ile nieludzka wręcz odporność psychiczna i siła koncentracji tej drobniutkiej dziewczynki.

Teraz, dziesięć lat później, Martina ogłosiła, że wycofuje się z wielkiej gry. Ta decyzja tylko pozornie jest zaskakująca. Hingis, strzelisty symbol obowiązującej w dzisiejszym sporcie dyktatury sukcesu, postanowiła odejść, kiedy z całą jasnością dotarło do niej, że już nigdy nie będzie najlepszą z najlepszych. Że rywalki - siostry Williams, Clijsters, Davenport i inne - są już poza zasięgiem jej możliwości, że jej organizm, od którego wymagano więcej, niż pozwala na to fizjologia, nie będzie w stanie sprostać kolejnym wyzwaniom i coraz większym obciążeniom. W takiej sytuacji Hingis miała odwagę powiedzieć "pas". Decyzja niezwykła, jak cała kariera młodziutkiej Szwajcarki.

Wszyscy wiemy, że jej sportowy los został przesądzony, zanim jeszcze dziewczynka przyszła na świat. Rodzice ze słowackich Koszyc nadali jej imię w hołdzie wielkiej Navratilovej, co aż nadto czytelnie wskazuje na plany, jakie mieli wobec córki. Nie oni pierwsi i pewnie nie ostatni. Peter Graf, Stefano Capriati, Karolj Seles, Richard Williams, Jim Pierce, Marinko Lucić, Damir Dokić - wszyscy oni z różnym skutkiem starali się zbudować sportowe sukcesy, sławę i finansowe fortuny rodzin poprzez córki. Jaką za to zapłaciły cenę pociechy? Odpowiedź wcale nie jest łatwa.

O nadzwyczajnych sukcesach sportowych nastolatków mówi się często z podziwem, ale i z przerażeniem. Są ludzie, którzy w wielkich karierach widzą jedynie zmarnowane dzieciństwo i okaleczone życie zaprogramowane przez rodziców owładniętych dyktaturą sławy, bogactwa i sukcesu. Czy słusznie? Wcale nie jestem pewien. Jakie byłoby życie Nadii Comaneci, gdyby nie gimnastyka? Kto słyszałby o siostrach Polgar, gdyby tata nie wymyślił dla nich świata szachów? Kim wreszcie byłaby Jennifer Capriati i Martina Hingis, gdyby nie kort tenisowy? Takich przykładów, takich pytań można stawiać tuziny.

W tym smutnym dla Martiny i tenisa dniu, kiedy odchodzi wielka gwiazda, lepiej chyba pamiętać o triumfach, sukcesach i śladzie, jaki zostawiła po sobie w historii sportu, niż o cenie, jaką nieuchronnie za wszystko przychodzi zapłacić. Wszędzie jest coś za coś. Teraz Martina będzie miała jeszcze więcej czasu na ulubioną jazdę konną, może zdecyduje się na małżeństwo, macierzyństwo i kto wie... - może córka lub syn pójdą w ślady mamy.

Zdzisław Ambroziak