Ciężarowiec wszech czasów dla Gazety: Nie chciałem być Szałamanowem

- Smutek i zawód przeżywaliśmy w tajemnicy. Nie można było się z nim obnosić, nie mówiąc o wypowiadaniu się przeciw bojkotowi igrzysk w Los Angeles. Gdybym domyślił się, że będzie bojkot, wcześniej uciekłbym do Turcji - mówi w specjalnym wywiadzie dla Gazety ciężarowiec wszech czasów Naim Suleimanoglu.


35-letni dziś Suleimanoglu - wcześniej Szałamanow, jeszcze wcześniej Sulejmanow - to najsłynniejszy ciężarowiec świata, trzykrotny mistrz olimpijski, 16-krotny mistrz świata, 50-krotny rekordzista świata. Wychował się w Bułgarii, ale dwa lata przed igrzyskami w Seulu, w 1988 r. uciekł do Turcji, wykorzystując mistrzostwa świata w Melbourne. Po złotym medalu w Seulu na ulicach Stambułu witały go tłumy. Mierzący zaledwie 151 cm wzrostu Suleimanoglu zasłynął też jako pierwszy człowiek, który podniósł ciężar trzykrotnie większy od ciężaru ciała - w Seulu wygrał z wynikiem 342,5 kg.

Radosław Leniarski: W wiosce Ptichar, gdzie się Pan urodził, był klub podnoszenia ciężarów? Bardzo wcześnie musiał Pan zacząć trenować, skoro już w wieku 15 lat pobił rekord świata seniorów?

Naim Suleimanoglu: W Ptichar oczywiście nie zostałbym nigdy ciężarowcem. Jednak gdy miałem dwa lata, rodzice przenieśli się do dużego miasta Kirdżali. Kiedy miałem dziesięć lat, oglądałem zawody podnoszenia ciężarów w telewizji i bardzo mi się to spodobało. Chciałem być takim mistrzem jak ciężarowcy oglądani na zawodach. W latach komunizmu bułgarski reżim był bardzo przychylny sportowi, rządowi podobały się ciężary, i ten sport stał się bardzo popularny. Nie było problemów z rozpoczęciem treningów.

Czy mówił ktoś Panu, jak treningi ciężarowca w tak młodym wieku wpływają na kręgosłup, układ kostno-stawowy?

- Ten, kto uprawia sport, zawsze będzie zdrowszy od tego, który nie uprawia. Ja mam teraz 35 lat, ale nie wyglądam na tyle. Czuję się młodziej. Uprawianie sportu wpłynęło na mnie pozytywnie.

Podnoszenie ciężarów jest bardzo zainfekowane dopingiem. Mówi się dużo o dopingu wśród bułgarskich ciężarowców. Nie miał Pan z tym nic wspólnego?

- Na całym świecie we wszystkich dyscyplinach może być lub już jest stosowany doping. Jedno, co mogę powiedzieć o sobie, to to, że nigdy świadomie nie stosowałem żadnych środków i nie widziałem, aby inni stosowali.

Czy nie uważa Pan, że właśnie doping doprowadził do spadku popularności podnoszenia ciężarów?

- Ciężary nie są teraz tak popularne jak kiedyś, ponieważ brakuje im gwiazd takich jak np. Agata Wróbel. Nie ma nowych twarzy i spektakularnych zwycięstw. Zawodnik musi być medialny, charyzmatyczny. Kiedy to wszystko występuje razem, zawody są piękne.

Dlaczego zdecydował się Pan na ucieczkę z Bułgarii? Czy rodzina z powodu tureckich korzeni była prześladowana?

- Uciekłem, ponieważ w Bułgarii musiałem zmienić nazwisko z tureckiego na bułgarskie. Urodziłem się jako Naim Sulejmanow, musiałem zmienić je na Naum Szałamanow. To zdecydowało o mojej emigracji.

Czy na decyzję nie wpłynął bojkot ZSRR i innych krajów bloku wschodniego igrzysk w Los Angeles w 1984 r.? Pana rekord życiowy wynosił wówczas ponad 30 kg więcej niż wynik dający zwycięstwo...

- Oczywiście że byłem zawiedziony. Na 99 proc. wygrałbym tamten turniej, ale rozczarowanie przyszło, zanim Bułgaria ogłosiła bojkot. Jak tylko usłyszałem o zagrożeniach dla radzieckich sportowców w Los Angeles, wiedziałem, co się święci. Kiedy ZSRR ogłosił, że nie będzie uczestniczył w igrzyskach, byłem pewien, że Bułgaria dołączy do niego.

Smutek i zawód przeżywaliśmy w tajemnicy. Nie można było się z nim obnosić, nie mówiąc o wypowiadaniu się przeciw bojkotowi. Gdybym wcześniej domyślił się, że będzie bojkot, wcześniej uciekłbym do Turcji. Przecież marzeniem każdego sportowca jest udział w olimpiadzie. To jest cel jego życia.

Bojkot nie wpłynął jednak na moją decyzję. Wówczas nie zmieniłem jeszcze nazwiska. Prawo o zmianach nazwisk i tzw. politykę asymilacji wprowadzono w 1985 r., a więc rok po igrzyskach w Los Angeles. To było główną przyczyną wyjazdu. Z nowym nazwiskiem wystartowałem po raz pierwszy na turnieju w Polsce, w Katowicach, w 1986 roku.

Kiedy w Australii uciekł Pan drużynie bułgarskiej, przez pewien czas nie było wiadomo, co się z Panem stało...

- W Australii do chwili odlotu ukrywałem się w mieszkaniu kolegi. Od początku wybuchła w mediach sensacja. Wszyscy zastanawiali się, co zrobię. A ja zamierzałem jechać do Turcji. Zgłosiłem się do ambasady tureckiej, ale miałem przecież bułgarskie nazwisko. Ambasador Turcji, który był w podeszłym wieku, nie zrozumiał wagi sytuacji, nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności. Wtedy w Turcji media mocno nagłośniły tę sprawę. Minister spraw zagranicznych na spotkaniu rządu poinformował o mojej sytuacji i zaapelował do prezydenta Turcji Turguda Ozala o podjęcie rozmów z Australijczykami w sprawie mojego przelotu do Turcji. Australia jednak nie chciała się zgodzić na podróż bezpośrednio do Turcji. Kompromis polegał na tym, że wysłano mnie do Londynu, skąd poleciałem do Stambułu samolotem prezydenta Ozala.

Stosunki między Panem a bułgarskim związkiem podnoszenia ciężarów były napięte. Nie chciał Pan pojechać na mistrzostwa Europy do Sofii w 1993 r. ze względu na bezpieczeństwo. Podobno były pogróżki pod Pana adresem.

- Nie byłem na tamtych zawodach, bo nie otrzymałem bułgarskiej wizy. W konsulacie bułgarskim doradzono mi, żebym dla własnego bezpieczeństwa zrezygnował z wyjazdu. Do Bułgarii przyjechałem dopiero w roku 1997 z dużą grupą tureckich dziennikarzy, którym opisywałem życie, miasteczko, w którym się urodziłem, i ludzi tam żyjących. Wielu z nich rozpoznawało mnie, okazywali mi szacunek i życzliwość, z tego powodu byłem bardzo szczęśliwy.

Nie tęskni Pan czasem do rodzinnych stron?

- Owszem, ale kiedy byłem w Bułgarii w 1997 r., kiedy spojrzałem za siebie, na miasto, w którym się wychowałem, zrozumiałem, że nic nie jest już takie jak kiedyś. Są nowe drogi, nowe domy, inni ludzie, inne życie. Tak więc to, co pamiętam z tamtych lat, żyje nadal, ale tylko w mojej głowie, i pozostanie w niej na zawsze.

Który ze złotych medali olimpijskich jest dla Pana najważniejszy: pierwszy z Seulu zdobyty w barwach Turcji, z Barcelony, kiedy był Pan już wielkim faworytem, czy ostatni, z Atlanty, gdzie już nikt się medalu nie spodziewał?

- Każdy jest inny. Ten pierwszy medal był ważny nie tylko dla mnie. W Turcji ostatni złoty medal olimpijski zdobyto w 1968 r., w zapasach. Po 20 latach zdobyłem go ja. Na lotnisku czekały na mnie tłumy. Cały kraj był szczęśliwy, i ja również, bo było to moje przeznaczenie. Dostałem potem dużo prezentów - od banków, firm i zwykłych ludzi. Natomiast w Atlancie zdobyłem złoto jak turysta. Jednocześnie bardzo chciałem wygrać i nie wierzyłem w to, bo nikt trzy razy z rzędu nie wygrał.

Co skłoniło Pana do startu w Sydney w 2000 r.? Raczej nie miał Pan szans na sukces...

- Gdybym wtedy wygrał, mógłbym być czterokrotnym mistrzem olimpijskim. W moim sporcie są dwa wyjścia - albo sukces, albo porażka. Dla mnie przegrana czy wygrana nie miała takiego znaczenia. Jeśli nigdy nie przegrałeś, nigdy nie zrozumiesz sensu wygranej.

Tłum. Tuba Nawrocka