Tenis stołowy. Partyka: Wygrywamy, taki jest plan

Po zwycięstwie 3:2 nad Rumunią Natalia Partyka, Katarzyna Grabowska i Li Qian awansowały do ćwierćfinału rozgrywanych w Dortmundzie drużynowych mistrzostw świata w tenisie stołowym. W piątek o godz. 10 Polki zagrają w nim z potęgą ping-ponga, Chinkami. - Spoko, będzie dobrze - obiecuje Partyka.
Łukasz Jachimiak: Gratuluję awansu do ćwierćfinału drużynowych mistrzostw świata. Na więcej chyba nie możemy liczyć, bo na waszej drodze do strefy medalowej stoją Chinki.

Natalia Partyka: Jak to? Wygrywamy w piątek! Taki jest plan (śmiech).

Jak zamierzacie to zrobić?

- Wiadomo, że będzie ciężko, na pewno wolałybyśmy zagrać z jakimś innym zespołem. Ale skoro są Chinki, to trzeba podejść do stołu i z nimi walczyć. My nie mamy nic do stracenia, one muszą wygrać, więc możemy zagrać na luzie. Zobaczymy, może nam się uda.

Trudno w to uwierzyć. Chinki wygrały pięć meczów w stosunku 3:0, a wy do ćwierćfinału dotarłyście po wygranym 3:2 maratonie z Rumunią.

- Bez przesady, to że grałyśmy w czwartek nie będzie miało znaczenia. Niedawno Rumunki pokonały nas w ćwierćfinale mistrzostw Europy w Gdańsku, więc teraz się zrewanżowałyśmy. W ogóle spotykamy się z nimi w tych składach od czasów juniorskich i częściej one były górą, więc skoro je pokonałyśmy, to znaczy, że jesteśmy w dobrej formie. Spoko, w piątek rano wszystko będzie dobrze.

Gorzej, że to nie Rumunki, tylko Chinki zajmują pierwsze cztery miejsca w światowym rankingu.

- No tak, w Dortmundzie grają właśnie te dziewczyny. Rumunki mają dwie bardzo dobre zawodniczki, one należą do ścisłej czołówki europejskiej, ale wiadomo, że Chinki grają inaczej. Prezentują najwyższy poziom, ale przecież i one mogą mieć słabszy dzień. My musimy zagrać tak dobrze, jak potrafimy.

Miałyście już okazję mierzyć się z tymi rywalkami?

- Grałyśmy z nimi na mistrzostwach świata dwa lata temu. W Moskwie byłyśmy z nimi w grupie, niestety przegrałyśmy 0:3. Ale nie strasznie gładko, była walka. Poza tym pamiętam, że jedną Chinkę ograła kiedyś Kasia Grzybowska, ale tej zawodniczki akurat w składzie przeciwniczek nie ma. Szkoda, bo byłby pewny punkt (śmiech). Mówiąc serio - znamy je, wiemy jak grają, na pewno niczym nas nie zaskoczą.

Liczysz na to, że wy je zaskoczycie? Chinki tego meczu pewnie się nie boją. Może myślą, że wygrają z marszu?

- One są faworytkami, muszą wygrać, na pewno czują presję. Dlatego nas nie zlekceważą, wiedzą, że to byłby duży błąd.

Kiedy mówisz o presji, masz na myśli ich porażkę z Singapurem w moskiewskim finale?

- Tak zawodniczki z Singapuru sprawiły wtedy niespodziankę. Tam są dwie zawodniczki, które kiedyś grały w reprezentacji Chin, więc ta rywalizacja jest szczególnie ciekawa.

W Chinach uznano, że są za słabe?

- Podobno jedna z nich miała problemy z sercem i z tego powodu w Chinach została skreślona. Wtedy wyjechała do Singapuru i w finale zdobyła dla niego dwa punkty. Nie wiem, ile jest w tym prawdy. Pewne jest, że dziewczyny z Singapuru tez grają bardzo dobrze. Te dwie drużyny to absolutnie najwyższa półka tenisa stołowego.

W sierpniu 2009 roku z reprezentacją Europy pojechałaś na treningi do Chin. Miałaś okazję ćwiczyć z najlepszymi Azjatkami?

- Z pierwszą reprezentacją Chin nie trenowałyśmy. Ta drużyna liczy około 30 zawodniczek, które cały czas przebywają tylko we własnym gronie i nikt nie jest do nich dopuszczany. Z nami ćwiczyły najlepsze chińskie juniorki, które już czasem jeździły na międzynarodowe turnieje. One prezentowały naprawdę wysoki poziom, więc trening z nimi był świetny. To nie dziwi, bo tam w tenisa stołowego grają miliony. W Chinach to sport narodowy. U nas, niestety, ciągle kojarzy się on ze świetlicą, z wakacjami, z odbijaniem dla zabawy. Nasza walka z Chinkami przypomina rywalizację Justyny Kowalczyk z biegaczkami narciarskimi z Norwegii. Tylko że my mamy tych Chinek jeszcze trochę więcej.

Latem w Londynie Chińczycy spróbują powtórzyć swoje wyniki z Pekinu. Tam wywalczyli komplet olimpijskich medali w singlu kobiet i mężczyzn oraz złote krążki w turniejach drużynowych. Na co liczycie wy?

- Na razie walczymy o prawo startu w igrzyskach. W gronie 16 drużyn powinnyśmy się znaleźć, ale punkty będą przeliczane dopiero za jakiś czas. W turnieju indywidualnym już na pewno w Londynie zagra Li Qian. Natomiast ja i Kasia Grzybowska od 10 do 15 kwietnia będziemy grać w europejskich kwalifikacjach w Luksemburgu, z których awans wywalczy 11 najlepszych zawodniczek. Łatwo nie będzie, żeby się zakwalifikować trzeba będzie wygrać trzy mecze z rzędu, a w turnieju zagra kilka naprawdę mocnych dziewczyn. Pocieszające jest tylko, że nie będzie Chinki z Niemiec, dwóch Chinek z Holandii i Chinki z Austrii.

Jeśli w piątek pokonacie Chinki z Chin, to później już żadne rywalki nie będą wam straszne.

- Tak jest, wtedy pójdzie z górki!