Sport.pl

Kiedrosport. Największa ekstraklasa świata, czyli świat nie do ogarnięcia

Choć nie gra NBA Amerykanie nie narzekają na brak koszykarskich emocji. Przed kilkoma dniami ruszył sezon amerykańskiej ligi uniwersyteckiej NCAA. Z naszej piłkarskiej perspektywy to impreza nie do ogarnięcia.
Piszę - z piłkarskiej - bo statystyczny kibic w Polsce ma styczność głównie z ekstraklasą futbolową. Zresztą wszystkie ligi w naszym kraju do niedawna (od tego sezonu koszykówka i siatkówka zerwały z tradycją spadków i awansów) były też skrojone na tę miarę, a przecież można zupełnie inaczej...

Przede wszystkim nie do ogarnięcia jest liczba drużyn w ekstraklasie NCAA (w amerykańskiej terminologii to Division I). W tym sezonie jest ich 345. Codziennie co najmniej kilka meczów, w weekendy ich liczba rośnie do 130-140. I teoretycznie każdy z tych 345 uczestników ma szansę wystąpić w rozgrywanym zawsze w kwietniu Final Four. Niespodzianki są tu częste. Dokonania tzw. cinderella teams (kopciuszków) to jeden z ważnych elementów decydujących o niezwykłej popularności koszykówki uniwersyteckiej w USA. Ostatnio furorę robiła drużyna Butler Bulldogs z małej prywatnej uczelni w Indianapolis, która dwa razy z rzędu zdobyła wicemistrzostwo, choć za każdym razem była nisko rozstawiona w regionalnych eliminacjach, a ogólnokrajowe rankingi fachowców w ogóle jej nie uwzględniały. Zresztą liderzy tych rankingów bardzo rzadko zdobywają mistrzostwo. Ostatni raz - 10 lat temu.

Nie do ogarnięcia jest też system rozgrywek. Zespoły rywalizują podzielone na 32 konferencje (ligi). Żeby było ciekawiej, są też trzy niezrzeszone w żadnej, które dowolnie ustalają sobie kalendarz spotkań. Co więcej, uczestnicy sezonu zasadniczego rywalizują nie tylko w swoich konferencjach, ale także w rozmaitych imprezach pobocznych, często na zaproszenie. Cały sezon kończy turniej dla 68 drużyn rozgrywany pucharowo. Decyduje jeden jedyny mecz.

To już kompletne szaleństwo i nierzadko drużyna wyżej rozstawiona odpada.

Zasada awansu do finałowej rozgrywki też jest dla nas nie do pojęcia. Aby się do niej dostać, trzeba albo wygrać turniej finałowy swojej konferencji, albo... zostać wybranym przez specjalną komisję NCAA. W doborze uczestników kieruje się ona bilansem zwycięstw i porażek, siłą przeciwników (dlatego ważne jest, by bić się w silnie obsadzonych imprezach "pobocznych"), rankingami fachowców i wieloma innymi nie całkiem jasnymi kryteriami. Komisja ustala również kolejność rozstawionych w "drabinkach" regionalnych turniejów, które wyłaniają uczestników Final Four.

Kolejna sprawa nie do ogarnięcia - w rozgrywkach uczestniczą wyłącznie studenci, czyli amatorzy. Od uczelni dostają jedynie stypendium na naukę i utrzymanie. NCAA wydaje rocznie miliony dolarów na inspektorów, którzy sprawdzają, czy koszykarzy nie nagradza się dodatkowymi gratyfikacjami. Zabronione są nie tylko nagrody pieniężne, ale także rzeczowe, ba, uczelnia nie może płacić ani zatrudnić nikogo z najbliższej rodziny swojego studenta sportowca. Jeśli zasady złamie, to koszykarz nie może więcej zagrać w NCAA, a jego uczelnia ponosi dotkliwe kary.

Niesamowita i zadziwiająca jest też popularność ligi. Na trybunach gromadzi każdego roku 25 mln kibiców. Średnia na jednym meczu to 5 tys. w sezonie zasadniczym i 19 tys. w finałowej rozgrywce. Mecze Final Four w ostatnim sezonie zgromadziły po 70 tys. ludzi. Za popularnością idzie sukces finansowy. Większość zespołów nie tylko zarabia na siebie, ale jeszcze finansuje inne programy sportowe uczelni.

W wieczory, gdy NCAA rozgrywa swoje koszykarskie finały, nie gra nawet NBA. Z szacunku.

Więcej o: