Wioślarskie Mistrzostwa Europy w Portugalii. Profesorowie nauk wioślarskich: Korol, Jeliński, Kolbowicz, Wasielewski

Czwórka dominatorów nie poddaje się młodym wilkom. W niedzielę zdobyła tytuł mistrzów Europy - szóste z rzędu trofeum. Srebrne medale zdobyła też ósemka, czwórka bez sternika wagi lekkiej i dwie kobiece dwójki podwójne - zwykła i wagi lekkiej
Mistrzowie olimpijscy i czterokrotni mistrzowie świata zdobyli w Montemor-o-Velho medale, jakich jeszcze nie mieli na szyjach - medale mistrzów Europy. Wystartowali w tych regatach po prostu po raz pierwszy. Od 2005 roku Adam Korol, Marek Kolbowicz, Michał Jeliński i Konrad Wasielewski tworzyli osadę marzeń, najlepszą czwórkę podwójną w długiej historii wioślarstwa, więc tytuł im się należał za całokształt twórczości jak Oscar Wajdzie.

A jednak Polacy do Portugalii jechali, chociaż nie mogli być pewni sukcesu, wiedzieli, że wystartują tu najlepsze osady świata w ich konkurencji. - Nie czułem się członkiem 10-12 osady na świecie, widziałem, że w Pucharze Świata przegrywamy z młodymi nieznacznie, ale jakaś niepewność była - mówił "Gazecie" 38-letni Kolbowicz.

Wcześniej szlakowy Adam Korol musiał poddać się zabiegowi chirurgicznemu, aby pozbyć się bólu pachwiny. Wcześniej trener Aleksander Wojciechowski próbował wzmocnić rywalizację w grupie, włączając do treningów i startów młodszego od dominatorów Piotra Licznerskiego, tego zawodnika, który niejako w zastępstwie pływał w czwórkach wystawianych dotąd w mistrzostwach Europy. Szkoleniowiec wychodził zapewne ze słusznego założenia, że jeśli coś zmieniać w osadzie marzeń, w tej precyzyjnej, wypróbowanej maszynie, to tylko w tym roku - kiedy Ministerstwo Sportu nie nakłada obowiązku obrony klasy sportowej, kiedy celem jest wyłącznie start w mistrzostwach Europy, a nie w późnych w tym sezonie mistrzostwach świata w Nowej Zelandii.

Jednak w regatach Pucharu Świata okazało się, że starej gwardii najlepiej ze sobą i że transfuzja świeżej krwi jeszcze nie jest potrzebna. W Portugalii Polacy wystartowali w tym samym składzie, co na pierwszych regatach Pucharu Świata w 2005 roku, w Eton Dorney Lake, czyli pięć i pół roku temu. W tym samym, w którym zdobywali tytuły mistrzów świata w Gifu (2005), Eton (2006), Monachium (2007) i Poznaniu (2009), w tym samym, w którym wygrywali dwa lata temu na olimpijskim torze w Pekinie.

Nic się nie zmieniło z wyjątkiem otoczenia.

Po igrzyskach w Pekinie zmieniają się bowiem rywale. W tym sezonie w regatach Pucharu Świata rządzili młodzi wioślarze z Chorwacji i Niemiec. Różnica wieku między nimi a Polakami jest pokoleniowa. Chorwaci w sumie mają 87 lat, Niemcy nawet mniej, bo 85, a Polacy 130! - Eee, nie obrażam się na wiek. Szef wyszkolenia codziennie mi o tym wspomina - mówi z uśmiechem Kolbowicz.

I ma rację, bo w finale tej różnicy nie było widać, a jeżeli nawet, to była ona na korzyść Polaków. 36-letni Korol poprowadził łódź jak wioślarski guru - nie wpadając w panikę widząc tempo rywali, z żelazną konsekwencją, planowo doprowadzając organizmy dominatorów do "wyjechania" graniczącego z utratą świadomości metr za metą. A można było się zdenerwować, widząc, jak pędzą podczas pierwszego tysiąca metrów Włosi, jak po półmetku zaczynają wzmacniać tempo Niemcy i jak szybko zyskują przewagę nad stawką osad, a na końcu - jak szaleńczo finiszują Chorwaci, likwidując w każdej sekundzie metr straty do prowadzących już Polaków.

Polacy dorobili się legendy porównywalnej z Steve'em Redgrave'em, Matthew Pinsentem i wielkimi skiffistami. Przyjemnie było oglądać, jak młode wilki z Chorwacji kłaniają się Polakom w pas zaraz po minięciu linii mety. - To jest klasa. Daleko mi do tego, aby pogrozić innym paluszkiem, jak Redgrave w geście, który mówi: "Jeszcze nie jest ze mną źle, jeszcze musicie popracować, aby mnie pokonać". Ale jednak czuję, że tworzymy historię wioślarstwa, ale jest w nas jeszcze siła. Nie możemy tego zepsuć. Płyniemy dalej do Londynu - mówi Kolbowicz.

- Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się tak znakomitego wyścigu - mówił po dekoracji trener Wojciechowski. - Ten sezon nie był dla nas udany. Przegrywaliśmy, była kontuzja Adama Korola. Teraz zawodników czeka wypoczynek i po kilku tygodniach przystąpimy do pracy. Nie żałuję, że wcześniej zrezygnowaliśmy z wyjazdu do Nowej Zelandii. W przyszłym roku czekają nas mistrzostwa świata w Bled, które są kwalifikacją olimpijską.

Srebrny medal po przejściach zdobyły mistrzyni świata Julia Michalska i Magda Fularczyk. Obie szukały formy po kontuzjach, obie wróciły do pełnego treningu dopiero w lipcu. One jednak mają jeszcze przed sobą start w Nowej Zelandii.

Dla czwórki podwójnej był to w tym roku ostatni start.

Chorwaci kłaniali się w pas Polakom ?