To był rok dwóch piłkarzy z innej epoki. Dali kibicom to, co najważniejsze [IKONA FUTBOLU 2020]

Antoni Partum
Na pierwszy rzut oka Josip Ilicić i Alejandro Papu Gomez nie pasują do tego elitarnego grona. Ale tak może sądzić tylko niedzielny kibic, bo gwiazdy Atalanty mają za sobą znakomity rok. A co najważniejsze: udowadniają, że po 30-stce można kwitnąć. Obaj są niczym Benjamin Button w świecie futbolu.

Ikona Futbolu to plebiscyt Sport.pl, w którym wybieramy najlepszych: piłkarza, piłkarkę oraz trenera roku. O szczegółach przeczytasz tutaj >>>

Ładnych kilka lat temu, gdy piłkarz, szczególnie ofensywny, obchodził 30. urodziny, to mówiło się, że przechodzi na drugą stronę rzeki. Że teraz czeka go już tylko równia pochyła. Współczesny futbol pokazuje jednak, że jeśli zawodnik prowadzi się profesjonalnie i nie łapie poważnych kontuzji, to wiek staje się tylko liczbą. Liderem strzelców Serie A jest 39-letni Zlatan Ibrahimović, który o dwa gole wyprzeda cztery lata młodszego Cristiano Ronaldo. 33-letni Leo Messi wciąż jest najlepszym piłkarzem ligi hiszpańskiej, a urodzony w 1988 Robert Lewandowski rozegrał dopiero co sezon życia. A przykłady można by mnożyć. 

32-letni Josip Ilicić i jego rówieśnik Alejandro Gomez mogą być zgodni, że 2020 r. był ich najlepszym w karierze. Argentyńczyk i Słoweniec różnią się jednak od wyżej wspomnianych graczy. Nigdy nie należeli bowiem do grona super gwiazd, które się pięknie starzeją. Reprezentują raczej wąską grupę, która nie tyle przedłużyła młodość, co po prostu zaczęła kwitnąć dopiero po 30-stce. 

Zobacz wideo Wybieramy Ikonę Futbolu 2020 - plebiscyt Sport.pl

Josip Ilicić, specjalista od pięknych goli i gwiazda Serie A, który przez swoją hipochondrię i depresję nigdy nie zagrał w wielkim klubie

Latem 2010 Marek Jóźwiak, ówczesny dyrektor sportowy Legii, pojechał do Słowenii, aby ściągnąć Ilicicia do Warszawy. - Świetny strzał, sposób poruszania się, nienaganna technika. Od razu było widać, że to kawał piłkarza i wielki talent. Zaoferowaliśmy za niego 400 tys. euro, ale Maribor żądał 600, więc nie mogliśmy spełnić ich oczekiwań. Później mówiono, że w moim raporcie o Słoweńcu informowałem, że choć jest świetny w ofensywie, to mało pracuje w defensywie, co miało zniechęcić Jana Urbana, ówczesnego trenera Legii. To nie była jednak prawda. Przecież dzisiaj dalej tak gra, a występuje w Lidze Mistrzów. Transfer upadł tylko ze względu na pieniądze. Później okazało się, że nie tylko Legia go chciała. Nagle zaczęło się nim interesować więcej bogatszych klubów, przez co cena Ilicicia ostatecznie znacząco wzrosła - wspomina Jóźwiak.

Zgłosiło się Palermo, które zapłaciło za 22-latka aż 2,3 miliona euro. Trzeba jednak zaznaczyć, że Ilicić do Włoch trafił przypadkowo. W sierpniu Palermo mierzyło się w eliminacjach do Ligi Europy z Mariborem, ale skauci włoskiego klubu obserwowali Armina Bacinovica. Jednak dobry występ Ilicicia sprawił, że na Sycylię trafili obaj piłkarze Maribora. Gwiazdą Serie A został Ilicić.

Mecz USA - WaliaRośnie nowa potęga piłkarska. Niedawno nie miała jeszcze swojej ligi [IKONA FUTBOLU 2020]

Ilicić, czyli "babcia"

Początek miał przyzwoity. W pierwszym sezonie zdobył 12 bramek i zaliczył tyle samo asyst. Wydawało się, że niedługo trafi do czołowych klubów Europy, interesowały się nim m.in.: Liverpool i Juventus. Ostatecznie, po trzech latach spędzonych w Palermo, podpisał kontrakt z Fiorentiną. Europejscy giganci obawiali się inwestować w Ilicicia, bo ten zbyt często łapał kontuzje. Podobno nie wynikało to tylko z pecha, ale raczej z jego charakteru. Nie przykładał się do treningów, a przy okazji uchodzi za hipochondryka. W Atalancie, która latem 2017 r. kupiła go za niespełna sześć milionów euro, otrzymał nawet pseudonim "La Nonne", czyli babcia. - Już go nie pytam: "jak się czujesz?", bo z góry wiem, co odpowie. Zawsze mówi, że coś mu dolega - opowiadał w rozmowie z "Corriere dello Sport" Gian Piero Gasperini, trener Atalanty.

Ale to właśnie w Bergamo, pod okiem Gasperiniego, którego już wcześniej spotkał w Palermo, zalicza najlepszy okres w karierze. W pierwszym sezonie w Atalancie zdobył 11 bramek i zaliczył 8 asyst w Serie A. Dorzucił do tego cztery trafienia i dwie asysty w Lidze Europy. Jednak początek kolejnego sezonu sprawił, że kibice Atalanty na moment zamarli. W wyniku poważnej infekcji węzłów chłonnych opuścił pierwszych dziewięć meczów sezonu.

- Nie mogłem spać, bo wciąż myślałem o swoim przyjacielu Davide Astorim [tragicznie zmarłym kapitanie Fiorentiny] i o tym, że może mi się przytrafić to samo. Że umrę we śnie, że już nigdy się nie obudzę. Byłem przerażony. Zastanawiałem się: co jeśli spotka mnie to samo? Co się stanie, gdy nie mógłbym już nigdy więcej zobaczyć swoich córek? To był moment, w którym bałem się pójść spać - mówił w listopadzie 2018 r. w rozmowie z „Corriere dello Sport”. Mimo to Ilicić zdołał zakończyć sezon z 13 golami i 9 asystami. Miał ogromny wkład w sukces Atalanty, która w 2019 r. po raz pierwszy w historii awansowała do Ligi Mistrzów.

W 2020 r. był na szczycie, w 1/8 finału Ligi Mistrzów wbił Valencii cztery gole w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Później wszystko się jednak posypało. Chociaż Atalanta awansowała do ćwierćfinału LM, to w sierpniowych, przełożonych przez pandemię koronawirusa meczach z PSG musiała sobie radzić bez Słoweńca.

Niemieccy trenerzy nominowani do Ikony FutboluDlaczego Niemcy dominują? Ta lista odpowiada na odwieczne pytanie [IKONA FUTBOLU 2020]

Gdy Bergamo było nazywane "europejskim Wuhan", Ilicić spędzał samotnie tygodnie w zamknięciu, w porę odesłąwszy rodzinę do Słowenii. Bał się o siebie i bliskich, a pogrążone w chaosie Bergamo zaczęło mu przypominać bośniacki Prijedor, w którym jako kilkuletnie dziecko widział, jak serbska milicja morduje Chorwatów i Bośniaków. "La Gazzetta dello Sport" pisała o depresji piłkarza.

Gdy futbol wrócił, Ilicić początkowo nie był brany pod uwagę przez trenera. Dostał wolne od klubu, by uporządkować życie prywatne. Wrócił do gry w październiku i choć nie przypomina jeszcze siebie z pierwszych miesięcy tego roku, to zagrał w czterech meczach LM (strzelił gola z Liverpoolem i zaliczył asystę z Midtjylland) i zagrał w pięciu meczach Serie A. Atalanta czeka, aż wróci do najwyższej formy, a po drodze i tak zdołała awansować do fazy pucharowej Ligi Mistrzów, wyprzedzając Ajax w grupie.

Gomez, czyli mały Messi

Nawet pod ewentualną nieobecność Słoweńca, Gasperini ma asa w rękawie. Gdy słyszy się o niskim Argentyńczyku z genialną lewą nogą i numerem "10" na plecach, to do głowy przychodzą Leo Messi i Paulo Dybala. Jednak wielu fanów ligi włoskiej odpowie: Papu Gomez.

Mierzący 167 cm ofensywny pomocnik urodził się w Buenos Aires, w ojczyźnie grał w Arsenalu i w San Lorenzo. Do Europy przeniósł się w 2010 r., gdy miał 22 lata, by podpisać kontrakt z Catanią. Na Sycylii grał dobrze, w szczególności w sezonie 2012/13. Strzelił wtedy osiem goli i miał siedem asyst, dzięki czemu otrzymał oferty od Interu, Fiorentiny i Atletico, ale skusiły go pieniądze Metalista Charków. Na Ukrainie zdobył brązowy medal, ale tęskno mu było za słońcem, więc wrócił na Półwysep Apeniński, by podpisać kontrakt z Atalantą.

Interwencja Manuela NeueraNeymar, Mbappe i Di Maria nie dowierzali. Neuer wniósł interwencję Boruca na salony [IKONA FUTBOLU 2020]

To dziś najważniejszy piłkarz w składzie Gasperiniego. Musi odcisnąć piętno na każdej akcji, czy to dryblingiem, świetnym dośrodkowaniem, sprytnym prostopadłym podaniem, czy strzałem z dystansu. Jego liczby są niezwykłe. Do tej pory zdobył dla Atalanty 59 goli i zaliczył 71 asyst. 32-letni mikrus został wybrany najlepszym pomocnikiem poprzedniego sezonu. W nagrodę otrzymał bajeczną ofertę z Zatoki Perskiej, ale tym razem pieniądze go już nie skusiły i został w Bergamo, gdzie doceniono jego wybór. Został honorowym obywatelem miasta, w którym lojalność jest droższa od pieniędzy. Być może jednak przypomną sobie o nim również w ojczyźnie. W listopadzie wrócił do kadry Argentyny, która walczy o mundial w Katarze. A przecież na transfer do Zatoki Perskiej nigdy nie jest za późno, tym bardziej po ewentualnym dobrym występie na mistrzostwach. Ale do mundialu jeszcze daleka droga. 

Ilicić i Gomez może nie mają milionów obserwujących w mediach społecznościowych, a niedzielny kibic kojarzy ich mgliście, ale dla każdego fana, który uważnie oglądał ostatnią edycję Ligi Mistrzów, musieli się stać ich ulubieńcami, bo dają to co w piłce najważniejsze, czyli piękno.