- Często spotykam swoich rówieśników, i to pełnosprawnych, którzy mi mówią: "Lucyna, przychodzę do domu z pracy, wypiję dwa piwka, siądę w fotelu, obejrzę mecz albo film. Rano jest dokładnie tak samo i życie tak się kręci w kółko". Mówię mu wtedy: "No to znajdź sobie pasję". Pasja powoduje, że nabieramy wigoru i chęci życia. Przecież ja bym mogła już dawno iść na sportową emeryturę, ale to sport daje mi siłę do dalszego życia - mówi Sport.pl Lucyna Kornobys, kulomiotka, dwukrotna srebrna medalistka igrzysk paralimpijskich, która w Paryżu z Maciejem Lepiato stworzyła duet chorążych reprezentacji Polski.
Do trzech razy sztuka – tak może sobie powtarzać Lucyna Kornobys, dla której igrzyska paralimpijskie w Paryżu będą trzecimi w karierze. Z poprzednich dwóch startów przywoziła srebro. Przywoziła dosłownie – Lucyna od 15. roku życia jeździ na wózku inwalidzkim, ale do przeszłości wracać nie chce. – Dzięki temu, że jeżdżę na wózku, mogę być w Paryżu, mogę startować na igrzyskach, możemy rozmawiać, mogę się spełniać w sporcie. To z tego wyciągam – mówi w rozmowie ze Sport.pl, a uśmiech nie schodzi jej z twarzy. Taka już jest – nie tylko dzień po ceremonii otwarcia igrzysk paralimpijskich, podczas której pełniła zaszczytną funkcję chorążej reprezentacji Polski. Przekonuje, że pozytywne myślenie to klucz. Sama na co dzień walczy o to, aby paralimpijczycy traktowani byli na równi ze sportowcami pełnosprawnymi. Nawet jeśli ich codzienność nieco się różni.
Filip Macuda: Tysiące sportowców i kibiców z całego świata, a na czele reprezentacji Polski właśnie ty. Rozmawiamy kilkanaście godzin po ceremonii otwarcia, podczas której pełniłaś zaszczytną funkcję chorążej.
Lucyna Kornobys: Na pewno jest to bardzo podniosła chwila. Ogromna duma, ogromne wzruszenie – nawet nie przypuszczałam, że bycie chorążą może być taką chwilą. Zawsze myślałam, że to nic takiego. Przejście z flagą i tyle. Ale jednak nie – to wszystko się udziela. Jeden z kolegów powiedział mi, że byle kto nie zostaje chorążym. Bardzo się cieszę, bo to było dla mnie wielkie wyróżnienie. Stałam tam wraz z Maćkiem Lepiato i prowadziłam całą naszą reprezentację. To, co istotne, to różnica w porównaniu do poprzednich igrzysk. W Tokio nie było kibiców – tutaj zupełnie inaczej. Bardzo mi się podobało i może to brzydko zabrzmi, ale bardziej podobało mi się nasze otwarcie od otwarcia pełnosprawnych.
Dużo emocji wywołała tamta ceremonia otwarcia. Jak wyglądały kwestie organizacyjne i techniczne związane z otwarciem igrzysk paralimpijskich? Mówimy przecież o dużym przedsięwzięciu.
Podwieziono nas autobusami aż na Pola Elizejskie i tam ustawiano. To długo trwa – każdy, kto był na otwarciu, wie, że czeka się naprawdę długo, zanim przejdzie jedna, druga, kolejna ekipa. Przyznam szczerze, że chyba jestem tradycjonalistką. Wolę takie normalne podejście, gdzie jest to w jednym miejscu, a nie jest to rozbite na wiele różnych – tak, jak było to na igrzyskach pełnosprawnych. Część na rzece, część na zamku, część jeszcze gdzie indziej. Mi się bardziej podobało tutaj. Nie byłam też do końca, bo inne sprawy są dla mnie ważniejsze. Mniej więcej pół godziny przed końcem wyszliśmy na autobus. To, na co jeszcze bym chciała zwrócić uwagę, to wielkie telebimy. Nawet jeśli nie było czegoś widać na żywo, to mogliśmy zerkać na transmisję. Tam dopiero było widać, jak wielka jest to uroczystość. Dużo ludzi, naprawdę bardzo dużo. Kibice z wielu krajów – to ogromne przeżycie, nie do zapomnienia.
Rozmawiamy dzień po ceremonii otwarcia, ale w Paryżu jesteś już od soboty. Miałaś okazję się zaaklimatyzować. Jak wygląda zainteresowanie całą imprezą?
Rzeczywiście jestem tutaj od sobotniego wieczora. Niestety nie miałam możliwości wyjścia na miasto – dosłownie – żeby coś zwiedzić. I raczej takiej możliwości już nie będę miała, chyba że 4 września, po starcie. Do swojego startu już nie wychodzę. To też chodzi o obciążenie organizmu. Wiem, po co tu przyjechałam. Zwiedzanie to tylko dodatek.
Natalia Partyka w wywiadzie dla Sport.pl przyznała, że igrzyska paralimpijskie nie są wycieczką.
Dokładnie, a czasami ludzie o tym zapominają. Miałam możliwość pozwiedzać w niedzielę – to był jedyny dzień, kiedy miałam rozruch po podróży, a jeszcze przed treningami. Niestety, wzięli mnie na kontrolę antydopingową i nie pojechałam. Teraz skupiamy się na treningach i na tym, co mamy do zrobienia, a nie na zwiedzaniu. Tak naprawdę zbyt wiele nie widzimy. Ale zainteresowanie czujemy – ludzie do nas machają i są mile nastawieni. Kiedy wychodziliśmy z ceremonii otwarcia, to było dobrze po wpół do dwunastej w nocy. Tam cały czas były tłumy. Wiwatowały, oklaskiwały – koleżanka podbiegła z taką malutką polską flagą, żeby im dać, to byli szczęśliwi. Ludzie chcą nas oglądać i chciałabym, żeby niósł się taki przekaz.
Cieszę się, że w końcu troszkę więcej będzie materiałów z igrzysk. Dla nas to megaważne. Po pierwsze, żeby zachęcić innych do uprawiania sportu, bo ciągle nam brakuje tych ludzi – szczególnie młodych – którzy chcieliby w ten sport wejść. Po drugie, to się wiąże z częścią finansową. Pozyskanie sponsorów uzależnione jest od tego, czy ktoś nas zobaczy. Jeśli telewizja nas nie pokazuje, nie jest o nas głośno w mediach, to sorry, ale większość sponsorów powie nam: "adios, nie ma cię". Myślę, że to się powoli zmienia. Mam nadzieję, że te igrzyska będą pokazywane. Jest lepiej z każdym rokiem, ale marzy mi się, żeby nie było tego podziału. Żebyśmy byli traktowani na równi z pełnosprawnymi.
W którą stronę zmierza paralimpizm?
Przygotowujemy się od igrzysk do igrzysk. To jest cykl czteroletni, teraz akurat wiadomo, że był trzyletni. To nie takie proste. Borykamy się z kontuzjami, ze swoimi problemami. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi też o finanse. Pamiętam, jak zaczynałam w 2008 roku – od siatkówki na siedząco. To, co było wtedy, a to, co jest teraz, to jest niebo a ziemia. Mamy większe stypendia, w ogóle mamy stypendia. Więcej jest też szkoleń centralnych, możliwości, funduszy na sprzęt. Pewnie, że człowiek chciałby czegoś więcej, ale nauczyłam się cieszyć z tego, co mam. Nie mogę narzekać.
Przez ostatnie pół roku byliśmy w Wałczu – tam przygotowywaliśmy się do igrzysk. Bardzo dobrze nas przyjmują w tych ośrodkach. Nie powiem złego słowa. Powstała hala, ustawiono specjalną klatkę do pchnięcia kulą. Często pchaliśmy z pełnosprawnymi. Warunki, jedzenie, warunki pokojowe dla wózkowych – to wszystko jest na dobrym poziomie. Nie ma się do czego przyczepić, jeśli chodzi o obiekty. Myślę, że większość z nich jest dziś już przystosowana do osób z niepełnosprawnościami. Pod tym kątem na pewno nastąpiła znacząca poprawa.
Oczywiście problemem jest głównie finansowanie. Chodzi o zakupy sprzętu, często drogiego. Dlaczego nikt u nas nie skacze na protezie? Dlaczego nikt się nie ściga na tych wózkach? To jest, brzydko mówiąc, cholernie drogie i nas na to nie stać. Świat nam trochę ucieka. Są pewne techniki, które inni wykorzystują, a na które my nie możemy sobie pozwolić. Co do samego szkolenia – uważam, że dobrze wykorzystaliśmy ten czas. Popracowaliśmy trochę bardziej nad siłą – szczególnie w tym roku – trochę więcej nad techniką.
Dlaczego?
Musiałam trochę zmienić pozycję siedzącą. Nie pcham już bardziej na bok, a bardziej do przodu. Głównie chodzi o to, by nie podnosić tyłka, bo się tak mocno przywiązujemy, że przy bardzo mocnym przypięciu zaczęły się odzywać przepukliny kręgosłupowe. To jest standardowe. Jakbym ciebie przypięła i kazała nagle się gwałtownie skręcać, to siłą rzeczy tak samo byś to odczuwał. Na treningu oddajesz 40-50 pchnięć, a to jest tylko jeden trening. Do tego dochodzi siła, technika, motoryka i inne elementy. Ciało dostaje w kość, ale robimy tak, żeby było dobrze. Przede wszystkim trzeba podkreślić jedną rzecz – na to wszystko pracuje sztab ludzi. To nie tak, że jestem tylko ja. Wiadomo, to ja muszę wypchnąć kulę, ale jest trener, fizjoterapeuta, psycholog sportu. To my stoimy na podium i odbieramy medale, ale ich wkład jest nieoceniony.
Wspominasz o zdrowiu. Nie mogę nie zapytać o bark, który mocno dokuczał ci przed igrzyskami w Tokio. Jak wygląda to teraz?
Odpukać, na razie jakichś specjalnych kontuzji nie ma. Z tego się bardzo cieszę. W 2021 roku bark został zoperowany, działa dobrze. Na pewno nie będę już nigdy rzucać oszczepem, bo z barkiem nie jest jak z kołem w samochodzie. Zmienisz na nowe i będzie jeździło tak samo.
Nie przepadałaś chyba za oszczepem.
Na szczęście. Moją koronną konkurencją i tą, którą najbardziej lubię, jest pchnięcie kulą. Teraz bark mi nie przeszkadza. Straciłam trochę dynamiki i szybkości, tego nie przeskoczę. Nie ma tych ścięgien, które trzymają. Jest wszystko pozszywane, więc żeby to się nie zerwało, niestety musiałam z części ćwiczeń zrezygnować. Robiliśmy trochę mniej dynamiki i dopasowaliśmy do moich możliwości całą resztę. Tak, żeby broń Boże go nie przeciążyć.
Kiedyś powiedziałaś, że sport pomógł ci wstać z kolan. Wracasz czasami do tego, co zdarzyło się, kiedy miałaś 15 lat?
Nie wracam, zapomniałam. Znaczy… Nie zapomniałam, ale staram się kompletnie odciąć od tamtych wydarzeń. Staram się żyć dniem dzisiejszym. Po pracy z terapeutą i psychologiem sportu wiem, że wracanie nie zmieni mojego życia, wprowadzi mnie tylko w negatywny nastrój. W to, że się wydarzyło coś…
... na co nie masz wpływu.
Dokładnie. Powiem szczerze – gdy dziś patrzę na to, jak wygląda moja sytuacja, staram się myśleć tylko pozytywnie. Dzięki temu, że jeżdżę na wózku, mogę być w Paryżu, mogę startować na igrzyskach, możemy rozmawiać, mogę się spełniać w sporcie. To wyciągam. Nie to, że nie mogę robić tego, co bardzo lubiłam – stać, biegać, jeździć na nartach – ale to, że mogę rywalizować z innymi dziewczynami. Pokazać też innym, że choć jeżdżę na wózku, to nie znaczy, że mam teraz siedzieć zamknięta w czterech ścianach i najlepiej nigdzie nie wychodzić. Nie – od wielu lat jeżdżę po szkołach, żeby pokazać sport paralimpijski i uświadamiać młodych ludzi. Szczególnie tych z niepełnosprawnościami. Wiem, ile pozytywnych rzeczy mi dał ten sport. Ile radości, ale ile samodzielności. Przecież to jest też samodzielność w codziennym funkcjonowaniu. Po części też poprawił mój stan zdrowia – po części oczywiście, no bo nie całkiem. Poprawił zdrowie psychiczne. Wychodzę z domu, funkcjonuję w grupie, pracuję nad sobą. Wiesz co, ja nawet nie mam czasu pomyśleć, że coś mnie boli. Pewnie, że są takie dni – muszę czasami przełożyć trening, bo od kręgosłupa szyjnego mam dość duże migreny. Wtedy cały dzień jestem kompletnie wyłączona. Nie jestem w stanie wtedy zrobić nawet posiłku. Ktoś, kto miał migrenę, to wie, o czym mówię. To jest jeden dzień, staram się od razu potem wrócić do formy. Nie może powstać miejsce na jakąkolwiek lukę, gdzie wpadną negatywne emocje. Im więcej takich emocji, tym bardziej życie staje się – przepraszam – do dupy.
Uczę się tego, by cieszyć się z tego, co mamy. Dziś rozmawiałam z koleżanką w wiosce na temat otwarcia. Ile wdzięczności w nas jest, że tu możemy być. Mogłam w pierwszym rzędzie nieść tę polską flagę. To jest przeogromna wdzięczność, że tak się dzieje. Za każdy dzień powinniśmy być wdzięczni. Pewnie, myślę o tym, co będzie za parę dni, bo będzie start i trzeba się przygotować. Pewnie, myślę o tym, że jak wrócę, to trzeba będzie iść do pracy: jestem radną w Jeleniej Górze, zaraz zaczną się sesje, ale dziś cieszę się z tego, co mam. My tego nie doceniamy na co dzień. Chodzi o podejście – trzeba być uśmiechniętym, a nie zgorzkniałym i mówić o wszystkim, jakby się było obrażonym na cały świat. Nikt wtedy nie podejdzie i nie będzie chciał z tobą rozmawiać, bo wyglądasz jak z krzyża zdjęty. Wyjrzyj przez okno, świeci słoneczko. Ciesz się, bo jutro może padać. To chcę przekazywać osobom z niepełnosprawnościami. Przecież nie każdy musi być sportowcem, ale wyjdź z domu i znajdź pasję. Działaj, bo to ci pomoże.
Chodzi o to, żeby coś robić.
To jest najważniejsze. Wiesz, często spotykam swoich rówieśników, i to pełnosprawnych, i oni mi mówią: "Lucyna, przychodzę do domu z pracy, wypiję dwa piwka, siądę w fotelu, obejrzę mecz albo film. Rano jest dokładnie tak samo i życie się kręci w kółko". Mówię mu wtedy: "No to znajdź sobie pasję". Ta pasja powoduje, że nabieramy wigoru i chęci życia. Przecież ja bym mogła już dawno iść na sportową emeryturę, ale to sport daje mi siłę do dalszego życia. To jest poczucie, że jestem spełniona. Uwielbiam to, co robię. Pewnie, zimą jest trudno, bo tego sprzętu przenosimy 10-12 ton, albo może i więcej. Człowiek jest wtedy zmęczony, mięśnie bolą. Tylko jak sobie później pomyślę, co mi to zmęczenie daje, to wiem, po co to robię.
Możesz liczyć też na życzliwych ludzi. Pomagają ci nie tylko trenerzy i fizjoterapeuci.
Muszę przyznać, że, kurczę, mam szczęście do ludzi. Odkąd pamiętam, to miałam. Zawsze na takich trafiałam. Z sąsiadami to ja mam tak dobrze... Piotrek, który przywozi mi jedzenie – śmieję się do niego, że ma konkurencję, bo pani Krysia pierożki przyniosła. Z góry sąsiadka czasami przyniesie jakieś słodkości do zjedzenia, a tutaj jeszcze jest Marysia, która czasami pełni rolę asystentki osoby z niepełnosprawnością. Mimo że jestem sportowcem, to potrzebuję tej pomocy. Okien sama sobie nie umyję, czasami chałupy też nie posprzątam. Wiadomo, że tak jest. Ona mieszka obok, ale czasami odgrywa taką rolę. Bardzo mi pomaga. Dużo jest takich osób. Czasami gdy robię zakupy w pobliskim sklepie, jest takie standardowe pytanie: "co tam, szefowa, co kupujemy?". Aż mi się serducho otwiera, kiedy widzę życzliwość ludzi. Jakbym była ponura, to może też nie byliby tacy przyjaźni.
Sprawiasz wrażenie najszczęśliwszej osoby na świecie, takiej która myśli tylko pozytywnie. Skąd czerpiesz tę energię?
Wiesz co, nie wiem. Od kilku lat słucham wszelkiego rodzaju medytacji. Wizualizuję, dużo słucham podcastów, audbiooków. To mnie chyba nakręca, daje takiego powera. Jeden z trenerów, z którym niedawno rozmawiałam, powiedział: "fajnie, że jeśli masz pracę, którą kochasz, to nawet nie wiesz, że pracujesz". Ja tak mam ze sportem. Lubię się męczyć, lubię trenować. To, czego się uczę, to przebywanie z ludźmi. Kiedyś tak nie miałam, ale wszystko jest kwestią wypracowania. Możesz się zmienić, jeśli tylko chcesz. Chcesz siedzieć przed telewizorem, to siedź. Tylko szkoda życia, bo nie wiesz, jak długo będzie ci dane żyć.
16 lat startów, bycia przy sporcie i w sporcie. Po ludzku: nie boisz się tego, jak będzie wyglądać pierwszy dzień po zakończeniu kariery? Strach jest w to pewnie wpisany.
Pewnie, że się boję. Chcę być w sporcie dopóty, dopóki mi zdrowie pozwoli. Marzy mi się, żeby za kolejne cztery lata polecieć do Los Angeles. Później już na pewno będę rezygnować. Kolega się śmieje ze mnie, bo przegrałam już dwie flaszki. Mówiłam, że po Rio będę kończyć – nie skończyłam. Mówiłam, że po Tokio kończę – nie skończyłam. Na szczęście przed Paryżem takiej deklaracji nie było.
Wiesz, mi jest ciężko się z tym rozstać. Nauczyłam się tego funkcjonowania, bycia tutaj. Nie jest nagle łatwo zapomnieć i zrezygnować. Rękoma i nogami się trzymam tego sportu, ale dobra – Los Angeles 2028 to będą ostatnie igrzyska. Będę miała pięćdziesiątkę na karku. Choćby się waliło i paliło, to wtedy skończę. Powoli zaczynam większą pracę w radzie miasta, działania społeczne.
W Paryżu jest was mnóstwo – zawodników i zawodniczek. Jak wygląda interakcja na początku tych igrzysk? Za każdym stoi inspirująca historia. Każdy musiał pokonać jakąś drogę, aby się tam znaleźć.
Od znajomego Waldemara Płusy z Rotary e-Club Polonia International – organizacji pomagającej osobom z niepełnosprawnościami – dostałam flagę i pięć monet rodziny smoków. Miałam je na igrzyskach rozdać tym, którym uznam, że warto. Rozdałam i te osoby były pozytywnie zaskoczone, że dostały taką monetę i że zostali wciągnięci do drużyny. To niby nic takiego, ale przekaz jest taki, że robisz coś dla innych. Dużo zależy od nas samych – jestem tu jedną z najbardziej doświadczonych zawodniczek. Muszę wkręcać młodzież, to jest też jedna z moich misji. Niektórzy nie wiedzą, jak funkcjonować. Dla niektórych to są pierwsze igrzyska, niektórzy w ogóle od niedawna są w sporcie. Też trzeba to pokazać – jak funkcjonować przed kamerą, żeby się nie bali. Taka jest rola starszych zawodników, którzy pojechali na igrzyska już któryś raz. Przecież nas zaraz nie będzie, inni będą musieli przejąć pałeczkę.
Na igrzyskach walka toczy się o medale. Masz porównanie z Rio i Tokio. Miejmy nadzieję, że będziesz miała też z Paryża. Co dostaje zdobywca krążka paralimpijskiego?
Na to pytanie odpowiadam w Paryżu już chyba po raz piąty. Prawda jest taka, że nie dostajemy takich nagród, jakie dostają pełnosprawni. Za to odpowiada Polski Komitet Olimpijski, on pozyskuje sponsorów. My takich sponsorów niestety nie mamy. W związku z tym nie dostajemy takich nagród. Podam ci przykład. Byłam na siłowni, a trwały jeszcze igrzyska pełnosprawnych. Kolega powiedział mi "ooo, dostaniecie mieszkanie po medalu". Mówię mu, żeby oglądał ze zrozumieniem – to są nagrody Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Niestety, nasz komitet paralimpijski nie posiada takiego budżetu i takich finansów, i nie dostajemy od niego żadnych nagród finansowych ani rzeczowych. Po prostu ich na to nie stać, taka jest prawda.
Dlatego mówiłam o tych sponsorach i pokazywaniu nas w telewizji. Dzięki temu będzie nam łatwiej. Jeśli nie masz sponsorów, to ciężko jest ci ogarnąć wysłanie 150 osób na igrzyska – w tym 84 zawodników i siedmiu przewodników. To nie jest łatwe. Musisz zapewnić odzież, musisz zapewnić funkcjonowanie. Wiadomo, że dostajemy środki z ministerstwa czy patronów, sponsora Orlenu. Mamy takie stroje jak pełnosprawni – to bardzo miłe. Założyłam też biżuterię, którą dostali pełnosprawni, ale i my. To się na pewno zmienia, ale po zdobyciu medalu ja – jeśli już – mogę dostać nagrodę z Ministerstwa Sportu i Turystyki. Nie wiem jaką, to nie zależy ode mnie. Ewentualnie też od Jeleniej Góry – mojego miasta – lub od Wrocławia, gdzie należę do klubu Start Wrocław. To jedyne nagrody, na jakie mogę liczyć. To nie wygląda tak pięknie i różowo jak u pełnosprawnych.
Na igrzyskach zdobyłaś dwa srebra – teraz będzie złoto? Mówi się, że do trzech razy sztuka.
Bardzo ciężko na to pracuję. Realnie patrzę też na to, że do Chinki brakuje mi ponad 75 centymetrów. To jest dużo w kuli. Ale, jak to mówią, niemożliwe nie istnieje. Może akurat to będzie ten dzień, gdzie ta kula poleci daleko. Staram się myśleć pozytywnie i wyobrażać sobie to, że udaje mi się przepchać tę rywalkę. Nigdy nie staram się myśleć negatywnie o tej osobie, żeby się rozchorowała czy coś. Nie, to ja muszę być w najlepszej dyspozycji. Wtedy zwycięstwo będzie dla mnie satysfakcjonujące. Jak się nie uda? No trudno, będę walczyć i dam z siebie wszystko. Przyjmę to, co pokaże życie.



