Vancouver 2010. Wraca koszmar z Atlanty? Kłopoty z transportem

Jeszcze przed igrzyskami organizatorzy sprowadzili 99 nowych autobusów, bo te, które przyjechały z Kalifornii, psuły się podczas podjazdów na Cypress Mountain. Autobusy psują się jednak dalej, a kierowcy nie znają tras.

SPORT.PL na FACEBOOK-u - wejdź na nasz profil, zostań fanem. Komentuj, dyskutuj, radź!

"Narzekania na transport z 1996 roku w Atlancie pojawiły się już w Vancouver. A to dopiero drugi dzień igrzysk" - piszą dziennikarze "Vancouver Sun". Mają powód - w sobotę zgubił się, a potem zepsuł autobus wiozący ich na Cypress Mountain, gdzie odbywają się konkurencje snowboardu i narciarstwa dowolnego.

Kierowca przeoczył zjazd z autostrady i zgubił drogę. - Dali mi mapę, ale i tak nie mam pojęcia, gdzie jestem - mówił. Zjechał na parking przy centrum handlowym, aby zawrócić, ale za mocno najechał próg spowalniający i uszkodził dwa koła. Zastępczy autobus przyjechał dopiero po 50 minutach.

W minionym tygodniu na trasie na Cypress Mountain dwukrotnie psuł się autobus wiozący reprezentację Kanady z Jennifer Heil - specjalistką od narciarstwa dowolnego i nadzieją na pierwsze olimpijskie złoto gospodarzy (ostatecznie Heil zdobyła w sobotę srebro). W poniedziałek zepsuła się skrzynia biegów, we wtorek doszło do kolejnej awarii.

Zgodnie z przepisami bezpieczeństwa, które obowiązują podczas igrzysk, pasażerowie nie mogą opuszczać środków transportu na trasie przejazdu, więc kanadyjskie gwiazdy musiały tkwić w autobusie czekając na zastępczy. Kierowcom nie wolno nawet otworzyć drzwi. Sportowcy czekają w zamkniętym autobusie po 30 minut, czasem dłużej.

- Po jakimś czasie to się nawet staje śmieszne - mówił Peter Judge, szef kanadyjskiej federacji narciarstwa dowolnego. - Ale oczywiście jesteśmy rozżaleni. Zwłaszcza, że doświadcza nas to w dwóch kolejnych dniach.

Organizatorzy zadecydowali o sprowadzeniu 99 nowych autobusów w miejsce tych, które przyjechały z Kalifornii, ale nie wytrzymały górskich podjazdów. Połowa z nich dostarczona zostanie z Kanady, reszta z USA. Problemem są też kierowcy, którzy nie znają tras - przed igrzyskami zwolniło się 25 z 2,8 tys. zatrudnionych na czas imprezy. To niewiele, ale kierowcy otwarcie mówią o problemach z orientacją na olimpijskich trasach.

Jak było w Atlancie?

14 lat temu w Atlancie kierowcy zastrajkowali. - Transportowanie ludzi tak niesprawnymi samochodami może być nieszczęściem gorszym niż wybuch w Parku Olimpijskim - stwierdzili w pewnym momencie kierowcy. 40 z nich podjęło strajk. Chodziło o to, że aby ratować szwankujący system transportowy igrzysk, na trasy puszczono żółte autobusy szkolne. Nieklimatyzowane, awaryjne.

- Koła naszych wozów są niedopompowane i krzywe, a nie mieliśmy zapasowych. Z rur wydechowych leciały iskry i ogień. Siedzenia były tak rozchwiane, że przypominały fotele na biegunach. W dodatku zdobiły je napisy w rodzaju: "Kocham Mary" i "Ta jędza od angielskiego jest głupia". Nie mieliśmy żadnych narzędzi do naprawy. Ludzie męczyli się jadąc tak daleko górzystą drogą - opowiadali kierowcy.

- W schoolbusach nie ma radia. W razie awarii czy wypadku nie będę mógł poprosić bazy o pomoc. Pozostanie mi wysiąść, usiąść na krawężniku i płakać - mówił jeden z nich.

- Nikt nie przypuszczał, że może być tak źle. A jest jeszcze gorzej - mówił o funkcjonowaniu transportu w Atlancie Dick Pound, wiceszef MKOl. - Zakwalifikowanie się na igrzyska zabrało nam cztery lata ciężkiej pracy. Nie możemy dopuścić, by kolejne cztery lata zajął nam dojazd na zawody - denerwował się brytyjski wioślarz Steven Redgrave, który walczył o czwarty złoty medal olimpijski. Na znak protestu wioślarze wyprowadzili się z wioski olimpijskiej.