- Wizerunek polskiego komitetu jest ważny dla MKOl niezależnie od tego, czy Polska walczy o igrzyska, czy nie. Wszystkich bolą konflikty i to nam nie sprzyja, ale w kontekście igrzysk cieszy mnie, że wszystkie strony są zainteresowane i zaangażowane w nasze starania - mówi Maja Włoszczowska, była wybitna kolarka górska, która chce przekonać Polaków do pomysłu organizacji igrzysk olimpijskich.
Politycy i przedstawiciele sportu chcą zorganizować igrzyska olimpijskie w Warszawie. Padają już konkretne daty: 2036, 2040 lub 2044 rok. Pierwszy wspomniał o tej idei dwa lata temu ówczesny prezydent Andrzej Duda, zainteresowanie potwierdził premier Donald Tusk, a w ostatnim czasie zaangażował się w tę sprawę prezydent Karol Nawrocki. Oficjalne starania zainicjowało Ministerstwo Sportu, a PKOl rozpoczął już procedurę zgłoszenia.
Rozmawiamy z Mają Włoszczowską, mistrzynią świata i dwukrotną wicemistrzynią olimpijską w kolarstwie górskim, a obecnie wiceprzewodniczącą Komisji Zawodniczej w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim. Czy igrzyska w Polsce są realne? Czy polityczne konflikty w kraju nam nie zaszkodzą? I czy w tej sprawie powinno odbyć się referendum?
Dominik Senkowski: Polska chce starać się o igrzyska olimpijskie. To realny plan, czy wciąż sfera marzeń?
Maja Włoszczowska: Na pewno jesteśmy w stanie zorganizować igrzyska. Należymy do grona 20 największych gospodarek świata. Mamy świetnych sportowców. Uważam, że jest dobry czas, by takie starania podjąć, jeżeli tylko idea zyska poparcie społeczne. Organizacja igrzysk to oczywiście wielka promocja dla kraju-gospodarza, ale także okazja, by zadbać o zdrowie i aktywne społeczeństwo.
Na jakim etapie starań o igrzyska dziś się znajdujemy?
- Bardzo wstępnym. Jako kraj jesteśmy w nieoficjalnym dialogu z MKOl. Odbyły się pierwsze spotkania, w tym podczas zimowych igrzysk w Mediolanie, gdy prezydent Karol Nawrocki spotkał się z szefową Komitetu Kirsty Coventry i przekazał wstępne zainteresowanie Polski. Ponadto odbyło się spotkanie z moim udziałem, a także Tomka Chamery [wiceprezes Międzynarodowej Federacji Żeglarskiej - red.] oraz Magdy Szozdy, reprezentujących PKOl - takie już robocze - z przedstawicielami MKOI, którzy zajmują się współpracą z potencjalnymi gospodarzami igrzysk.
A w naszym kraju?
- Powstały grupy robocze - jedna przy Polskim Komitecie Olimpijskim, druga przy Ministerstwie Sportu. Temat trochę ucichł, gdy rozpoczęła się wojna w Iranie, bo wiadomo, że uwaga skoncentrowana jest na czym innym. Generalnie to dopiero początek naszych starań - nie mamy jeszcze zatwierdzonej koncepcji, jak igrzyska miałyby u nas wyglądać.
Ostatnio głośno było o problemach wizerunkowych PKOI, kwestiach sponsorskich. Czy to osłabia naszą pozycję w kontekście walki o igrzyska?
- Jesteśmy na początku drogi, więc myślę, że to nie ma znaczenia. Aczkolwiek wizerunek polskiego komitetu jest ważny dla MKOl niezależnie od tego, czy Polska walczy o igrzyska, czy nie. Natomiast na pewno ostatnie wydarzenia to twarda lekcja dla PKOl, z której musimy wszyscy wyciągnąć wnioski i wprowadzić odpowiednie procedury, które pozwolą nam weryfikować sponsorów. Nie sądzę jednak, by to, co się stało, mogło wpłynąć na nasze szanse powodzenia. Dużo więcej mamy do zrobienia przy samym opracowywaniu projektu.
A spór na linii Ministerstwo Sportu - PKOl ma wpływ na szanse w staraniach o igrzyska?
- Myślę, że pojawiła się nić porozumienia i wierzę, że idziemy w dobrym kierunku. Owszem, wszystkich bolą konflikty i to nam nie sprzyja, ale w kontekście igrzysk mnie osobiście cieszy, że wszystkie strony są zainteresowane i zaangażowane w nasze starania: zarówno przedstawiciele ministerstwa, jak i polskiego komitetu. Jest powszechne poparcie, a być może potrzebujemy właśnie odpowiedniego projektu, który nas wszystkich połączy.
Co dla MKOI jest najważniejsze w kontekście oceny danej kandydatury?
- Wiele jest tych czynników, ale więcej będzie można powiedzieć od lipca. W tej chwili w MKOl trwają konsultacje w ramach inicjatywy Fit for the Future, która rozpoczęła się po tym, jak prezydenturę objęła Kirsty Coventry. Zasady olimpijskie, regulacje, mają zostać przeanalizowane pod kątem zmian, jakie zachodzą w świecie, w sporcie. W MKOl trwa pełna analiza wszystkiego, co jest związane z ruchem olimpijskim - począwszy od programu igrzysk, zasad przyjmowania nowych dyscyplin, kwestii organizacyjnych, wsparcia dla sportowców, po procedury przyznawania organizacji igrzysk itd. Konsultacje potrwają do czerwca i dopiero po nich będziemy wiedzieli, na czym stoimy.
Co się nie zmieni?
- Dużą rolę na pewno wciąż będą odgrywać kwestie logistyczne: czy jesteśmy w stanie przyjąć nie tylko dużą grupę sportowców, ale i kibiców z całego świata. Kwestia zakwaterowania, transportu, ale i odpowiedniej infrastruktury. MKOl od lat naciska - i nie sądzę, by to się zmieniło - by wykorzystywać istniejącą infrastrukturę lub stawiać tymczasową. Wszystko po to, by uniknąć obiektów-widmo.
Rozumiem, że chodzi o tzw. białe słonie - ogromne obiekty zostające po igrzyskach, których nikt nie jest w stanie utrzymać, co widać było m.in. w Atenach.
- Sugestie MKOI są właśnie takie, że jeśli chcemy tworzyć nową infrastrukturę pod rywalizację olimpijską, trzeba mieć na to szerszy plan, by służyła potem społeczeństwu. To ważne pod kątem oceny poszczególnych kandydatur.
Myślę, że Paryż pokazał pod tym względem dobry kierunek. Francuzi w niesamowity sposób umiejscowili igrzyska w środku miasta, tworząc tymczasową infrastrukturę olimpijską, wykorzystując obiekty, co do których nikt by się wcześniej nie spodziewał, że mogą stać się areną walki o medale. To na pewno pożądany model ze strony MKOI, jak i samych gospodarzy, którzy mogą ograniczać koszty organizacji igrzysk.
Polska sprzeciwia się, by Rosja wracała do wielkiego sportu. Czy to może być problem w kontekście naszej walki o igrzyska? Mówimy o dalekiej perspektywie organizacji, czyli 2040 czy 2044, ale sytuacja geopolityczna w naszej części świata jest skomplikowana.
- Trudno to jednoznacznie stwierdzić, bo nie wiemy nawet, kiedy zapadnie decyzja o przyznaniu igrzysk we wspomnianych datach. Ale patrząc na inne imprezy sportowe, które w Polsce się odbywają, czy o które się staramy, z całą pewnością jest to przeszkoda. Znajdziemy już kilka federacji sportowych, które dopuściły zawodników z Rosji i Białorusi do międzynarodowej rywalizacji.
MKOI kilka dni temu zniósł rekomendacje dotyczące sankcji wobec Białorusinów, pozostawiając je jednak w przypadku Rosjan. Jeśli dany kraj nie będzie wpuszczał wszystkich zawodników na imprezę rangi mistrzowskiej, to taką imprezę może stracić lub nie być brany pod uwagę przy przyznawaniu roli gospodarza.
Jak wypadamy na tle takich państw, jak m.in. Niemcy, Indie czy Katar, które ponoć także są zainteresowane organizacją igrzysk?
- Na pewno są bardzo zaawansowani w rozmowach i przygotowaniach, choćby dlatego, że o nich słyszymy. Krajów ubiegających się jest więcej, wiele z nich od lat prowadzi szerokie działania - organizując największe imprezy sportowe i oczywiście lobbując. Ale to absolutnie nie przekreśla naszych szans. Jeżeli naprawdę będziemy chcieli zorganizować igrzyska, razem przygotujemy w Polsce odpowiedni projekt, droga jest otwarta.
Czego nie ma konkurencja, co może być argumentem po naszej stronie?
- Możemy konkurować entuzjazmem do idei igrzysk, dobrze opracowanym pomysłem organizacji. Do tego podkreślać, że igrzyska nigdy nie odbywały się w tej części Europy. Ten ostatni argument traktowałabym nawet jako jeden z głównych w rozmowach z MKOI. Komitetowi zależy, by ruch olimpijski rozwijał się w różnych częściach świata.
Warto pokazywać, że mamy świetnych sportowców, jesteśmy rozwiniętym krajem. Potrafimy się jednoczyć w pomaganiu, co pokazuje naszą wspólnotowość. Do tego mamy doświadczenie w postaci organizacji Euro 2012 czy Igrzysk Europejskich 2023. Jeśli chcemy mieć igrzyska, powinniśmy równolegle starać się o imprezy najwyższego formatu w różnych dyscyplinach sportowych.
Często mówi pani o poparciu społecznym. Jak przekonać Polaków do igrzysk? Z sondażu CBOS z września 2024, gdy pierwszy raz usłyszeliśmy ze strony rządzących o pomyśle organizacji zawodów, wynika, że 45 procent ankietowanych było za, a 41 przeciw.
- Na pewno trzeba pokazywać, jak państwa zyskują na organizowaniu igrzysk olimpijskich. Ostatni przykład Paryża jest tutaj cenny [nadwyżka budżetowa komitetu organizacyjnego wyniosła 27 mln euro - red.]. Igrzyska w ostatnich latach zmieniają się na korzyść gospodarzy, a inwestycje w infrastrukturę są i mają być docelowo znacznie mniejsze.
Jest także sporo korzyści, których nie da się w tym momencie policzyć, a mają znaczenie dla społeczeństwa. We Francji ich wpływ był kolosalny. Oczywiście Francuzi mieli rekordowy dorobek medalowy, ale przy okazji igrzysk powstało także mnóstwo projektów aktywizujących obywateli, jak chociażby codzienne 30-minutowe lekcje WF w szkołach. Ten projekt dobrze przyjął się i jest kontynuowany.
Z jednej strony po to, by zbudować kadrę olimpijską, a z drugiej, by doczekać się zdrowszego społeczeństwa. Igrzyska można wykorzystywać jako napęd, który przekona ludzi do zdrowego trybu życia, do codziennego ruchu. To zarazem wielka siła sportu oraz inwestycja w przyszłość kraju.
Dlaczego?
- Bo regularna aktywność fizyczna to najlepsza profilaktyka zdrowotna. Nie da się przeliczyć na złotówki tego, ile oszczędzimy na służbie zdrowia, ale jestem przekonana, że naprawdę dużo. W swoim otoczeniu mam wiele osób powyżej 70. roku życia, które są aktywne fizycznie i praktycznie nie korzystają z pomocy lekarzy, mają układ krążenia w dużo lepszym stanie, podobnie układ mięśniowy, oddechowy. Są sprawniejsi i szczęśliwsi.
Przy okazji jest to także wielka szansa, by pokazać światu nasz kraj. Zapraszam gości z zagranicy, którzy są trochę zaskoczeni, a zarazem zachwyceni, jak jesteśmy rozwinięci, jaką mamy infrastrukturę, w tym sportową, jakie wydarzenia kulturalne. Na co dzień mieszkam w Jeleniej Górze i współorganizuję tam liczne imprezy rowerowe, które robią wrażenie na osobach z zagranicy.
Ale mam dostęp tylko do garstki ludzi, a igrzyska mogłyby pokazać Polskę całemu światu. To jest wyjątkowa platforma marketingowa, z której moglibyśmy skorzystać.
Powinno się odbyć referendum w Polsce w tej sprawie?
- To trudne pytanie. Jeżeli miałoby się odbyć referendum, musiałoby zostać poprzedzone właściwą kampanią informacyjną, by pokazać obywatelom, z czym wiąże się organizacja igrzysk. Na pewno ewentualny korzystny wynik referendalny stanowiłby spory argument w rozmowach z Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim.
Na pewno większy niż sondaż pracowni badań społecznych.
- Tak, ale z drugiej strony przeprowadzenie referendum wiąże się z kosztami i trzeba byłoby to wszystko wyważyć.
Igrzyska powinny odbyć się w Warszawie, czy raczej zostać rozplanowane w całej Polsce?
- Najważniejszy na pewno jest hub transportowy, tu być może argumentem byłby Centralny Port Komunikacyjny. Aczkolwiek myślę, że wiele miast w Polsce pod względem lotniczym jest dobrze skomunikowanych. Jednak o ile MKOI dopuszcza rozproszenie igrzysk, to jednak intensywny tego charakter nie stanowi atutu.
Przykładem są ostatnie zimowe zawody we Włoszech, gdzie było siedem wiosek olimpijskich. To było zarówno spore wyzwanie logistyczne dla narodowych komitetów, jak i zmieniało trochę ducha olimpijskiego, bo sportowcy nie przebywali wszyscy razem w jednej wiosce. Jeśli jest możliwość, lepiej by podobna impreza była bardziej scentralizowana.
Igrzyskom ma towarzyszyć wprowadzanie strategii rozwoju sportu. Wychowamy w ten sposób kolejnych mistrzów, by osiągnąć sukces sportowy, być w czołówce klasyfikacji medalowej?
- Mam nadzieję. Na pewno wiele jest do zrobienia u korzeni, czyli w szkołach i w lokalnych klubach, które wyławiają młode talenty. Do tego związki sportowe mogą zawsze działać lepiej, ale przede wszystkim musimy wzmocnić sport powszechny. Zwykle z dużej liczby sportowców jesteśmy w stanie wyłonić mistrzów, którzy sięgną po medale olimpijskie.
Wzorem jest Słowenia, która liczy ponad dwa miliony mieszkańców, a osiąga sukcesy sportowe w wielu dyscyplinach. Tam lekarze wystawiają dzieciom recepty na ruch. Czy możemy kiedyś zbliżyć się do Słoweńców?
- Jasne, że możemy, ale to przede wszystkim kwestia zmiany mentalności całego społeczeństwa, tego, w jaki sposób spędzamy czas wolny. Mamy tu dużo do zrobienia. Nawet jeśli nie dobijemy do poziomu Słowenii, warto do tego dążyć.
Mieszkam bardzo blisko granicy z Czechami i widzę różnicę w mentalności. W Czechach praktycznie wszyscy wolny weekend spędzają, uprawiając sport całymi rodzinami. W naszym kraju wygląda to inaczej, choć trzeba przyznać, że powoli to się zmienia. Polacy więcej się ruszają, przykładem niech będzie padel w Warszawie czy różne inicjatywy rowerowe, biegowe czy triatlonowe w całej Polsce. Ale wciąż może być pod tym względem lepiej.
W proces walki o igrzyska powinni się włączyć także czynni sportowcy?
- Pewnie, że tak. Najlepiej, jeżeli wykorzystamy olimpijczyków do promocji tej idei w Polsce, żeby przekonać nasze społeczeństwo, ale także lobbować w środowisku międzynarodowym. Ja generalnie strasznie nie lubię określenia "działacze". Funkcjonując w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim spotykam tam po prostu byłych sportowców, którzy mają ducha olimpijskiego w sercu, a jak już nie mogą biegać na bieżni, chcą działać na rzecz olimpizmu.
Przykładem niech będzie Tony Estanguet, szef komitetu organizacyjnego igrzysk w Paryżu, a wcześniej świetny kajakarz, czy nasza prezydentka Kirsty Coventry, utytułowana pływaczka. Im więcej sportowców na pokładzie, tym - moim zdaniem - lepiej.
A pani widzi siebie w podobnej roli jak Tony Estanguet, czyli szefowej komitetu odpowiadającego za organizację kiedyś igrzysk w Warszawie?
- Na pewno to nie jest moment na takie dywagacje. Przed nami długa droga, a jeżeli będziemy w stanie powalczyć o igrzyska, wtedy zastanowimy się, kto najlepiej sprawdzi się w podobnej roli. Na razie najważniejsze, by opracować dobry projekt i przekonać obywateli.