Kacper Tomasiak wywalczył w lutym trzy medale olimpijskie – srebro i brąz indywidualnie oraz srebro w duecie z Pawłem Wąskiem. To 19-letni skoczek na wielkich sportowych sukcesach najbardziej zyskał finansowo.
- Jak to jest nagle stać się milionerem? – zapytaliśmy Tomasiaka tuż po oficjalnej części sobotniej gali. Skoczek odebrał na niej czeki na w sumie 900 tysięcy złotych, tokeny Zondacrypto na 550 tysięcy złotych (podobno sportowcy mają mieć możliwość wymienienia ich na gotówkę), a także liczne nagrody rzeczowe.
Tomasiak z właściwą sobie skromnością miał duży problem z opowiedzeniem, jak czuje się z tymi wszystkimi nagrodami. Zapewniał tylko, że nie czuje, żeby mu to zmieniło życie. Dużo chętniej i sprawniej przemawiali inni. Zwłaszcza Radosław Piesiewicz.
- Reprezentacja olimpijska ma duże wsparcie, za które wszystkim chciałbym bardzo serdecznie podziękować. Bo bez prywatnego biznesu, bez firm, które wspierają Polski Komitet Olimpijski, nie byłbym w stanie funkcjonować. Myślę, że taki był cel. Cel był zamierzony, wymierzony w osobę, w jednostkę, w Polski Komitet Olimpijski. Proste słowo: dziękuję wam wszystkim za to, że pomogliście, za to, że daliście siłę – mówił prezes PKOl. - Dla mnie to była ogromna duma, móc was wysłać na igrzyska olimpijskie, kibicować, wspierać, co więcej, wyznaczyć najwyższe nagrody w historii – dodawał.
- Wiele mówiło się w mediach czy wypłacimy, bo przecież wróciliśmy z igrzysk i następnego dnia to wszystko już powinno być na kontach – ironizował Piesiewicz. - Chcę poinformować wszystkich, że nagrody zostały wypłacone. Finansowe znalazły się na kontach naszych sportowców. I z tego jestem bardzo dumny, bo to było dla mnie osobiście coś najważniejszego, ponieważ umówiłem się z wami na to, że to dla was robię wszystko, bo to jednostka, bo to zawodnik, bo to człowiek, który reprezentuje barwy biało-czerwone, dla mnie osobiście jest najważniejszy – przekonywał szef polskiego olimpizmu.
Bez wątpienia zebranie prawie dwóch milionów złotych na przelewy dla medalistów i ich szkoleniowców (Tomasiak dostał 900 tysięcy złotych, Władimir Semirunnij - 400 tys., Wąsek - 200 tys., a trenerzy Maciej Maciusiak i Roland Cieślak dostali po 75 tys.) w stosunkowo krótkim terminie jest sukcesem Piesiewicza.
Szeroko komentowano, że po rozstaniu z Polsatem i po wcześniejszym masowym wycofywaniu się ze sponsoringu spółek skarbu państwa PKOl ma poważne kłopoty finansowe. Tymczasem tę poolimpijską galę zorganizowano znacznie szybciej niż po ostatnich igrzyskach.
Po letnich zmaganiach w Paryżu w 2024 roku na galę czekaliśmy trzy miesiące. Oczywiście wówczas trzeba było znaleźć pieniądze na nagrody dla większej grupy olimpijczyków, bo tam mieliśmy dziesięcioro medalistów, a tu – czterech. Ale i tak niewielu wierzyło, że już półtora miesiąca po igrzyskach w Mediolanie ich bohaterowie będą mieli pieniądze na swoich kontach.
Piesiewicz podkreślał, że stało się tak, mimo braku współpracy między kierowanym przez niego PKOl, a ministerstwem sportu i spółkami skarbu państwa. Za rządów Prawa i Sprawiedliwości resort sportu znajdował się w cieniu dynamicznie działającego PKOl z Piesiewiczem u władzy, a szerokim strumieniem płynęły do komitetu pieniądze ze spółek skarbu państwa. Po zmianie rządu PKOl i ministerstwo są na ścieżce wojennej. Tak było, gdy resortem kierował Sławomir Nitras i tak jest teraz, gdy teka ministra należy do Jakuba Rutnickiego.
- Chciałbym jeszcze podziękować panu prezydentowi i panu premierowi za te listy – mówił Piesiewicz na sobotniej gali. Nawiązywał do listów Karola Nawrockiego i Władysława Kosiniaka-Kamysza, które w imieniu polityków odczytali zgromadzonym ich współpracownicy. - Żeby nie było niedomówień: minister sportu był zaproszony, bo sport jest ponad podziałami. Sport powinien łączyć. Jak widzicie, nawet nie odpowiedział na zaproszenie. My jesteśmy gotowi do dialogu, do rozmowy dla dobra polskiego sportu. My chcemy, bo tu jest dom polskiego sportu, bo tu tworzą się wspaniałe rzeczy, bo my myślimy o sporcie, myślimy o sportowcach, o związkach sportowych, bo uważamy, że polski sport powinien budować nas na arenie międzynarodowej – mówił Piesiewicz. A w końcu wyjaśnił słowa przemawiającego chwilę wcześniej Jarosława Stawiarskiego.
Marszałek województwa lubelskiego, czyli sponsora PKOl, wyszedł na scenę i kompletnie zaskoczył zebranych, mówiąc tak: "Szanowni państwo, ja tutaj stoję na tej scenie zamiast państwa polskiego chyba". - Bo jestem tym, który też decyduje o finansach publicznych. Zastępuję państwo polskie i mówię to z wielką radością – dodał po chwili.
O co chodziło politykowi Prawa i Sprawiedliwości? - Po raz pierwszy w historii podczas zimowych igrzysk olimpijskich stworzyliśmy Dom Polski. Byliście, widzieliście, jak to wygląda. Można było posmakować smaków województwa lubelskiego, które mocno nas wspiera, za co dziękuję, panie marszałku, bo bez pana wsparcia i zastąpienia w jakimś sensie państwa, nie bylibyśmy w stanie zorganizować wszystkich rzeczy, które wyróżniają nas na arenie międzynarodowej. Bo przecież to jest wielka duma – mówił Piesiewicz.
Najprawdziwszą dumę można było poczuć, gdy na scenę wyszedł Damian Żurek. Panczenista, który w Mediolanie wystartował dwa razy i zajął dwa czwarte miejsca (na 500 i 1000 m), odebrał dwa vouchery – każdy na 50 tysięcy złotych w tokenach Zondacrypto (olimpijczycy z miejsca 4-8 dostali w sumie tokeny o wartości 280 tysięcy złotych, a medaliści – wartości 1,1 mln). Do tego Żurek dostał jeszcze kilka nagród rzeczowych. A przede wszystkim zebrał chyba najwięcej braw ze wszystkich sportowców nagrodzonych podczas gali.
To naprawdę ważne i cenne, że pierwszy raz w historii nagrodzeni zostali nie tylko medaliści olimpijscy, ale też zawodnicy, którzy zajęli miejsca 4-8. Piesiewicza można lubić albo nie, trzeba punktować jego błędy, ale jednocześnie trzeba mu oddać, że za jego kadencji olimpijczycy dostają więcej niż kiedykolwiek. Nie tylko premii finansowych i rozmaitych nagród, ale przede wszystkim uwagi, docenienia. Bezsprzecznie warto było zobaczyć, że ci, którzy ciężko pracowali na sukcesy podczas tegorocznych zimowych igrzysk, teraz zostali należycie uhonorowani. I warto było przekonać się, jak wiele takie zauważenie znaczy dla tych, którzy zrobili wszystko, żeby też mieć medale, ale trochę do tego największego spełnienia im zabrakło.