157 tysięcy złotych dotacji do zwrotu, niegospodarne korzystanie z publicznych pieniędzy przy zamawianiu cateringu z restauracji, "systemowy" brak przetargów na usługi czy towary. To niektóre z zamieszczonych w raporcie NIK zastrzeżeń po trwającej niemal rok kontroli w PKOl. Jeśli ktoś liczył na trzęsienie ziemi, to dostał przejażdżkę po wertepach.
Kontrola Najwyższej Izby Kontroli w Polskim Komitecie Olimpijskim rozpoczęła się w październiku 2024 roku z inicjatywy ówczesnego ministra sportu i turystyki Sławomira Nitrasa. Minister z ramienia PO głośno domagał się wówczas od związanego z PiS prezesa PKOl Radosława Piesiewicza m.in szczegółowych rozliczeń po igrzyskach w Paryżu. Sugerował, że we Francji za publiczne pieniądze przebywały osoby, które pojechały tam bardziej na wycieczkę oraz że w zarządzaniu PKOl Piesiewicz "kierował się interesem prywatnym". To zbiegło się z zawiadomieniem do prokuratury złożonym przez Urząd Skarbowy o podejrzeniu kilku przestępstw: posługiwania się przez PKOl pustymi fakturami VAT, a nawet prania brudnych pieniędzy. Do PKOl weszli też kontrolerzy NIK.