Radosław Piesiewicz, człowiek-demolka, czego się nie dotknie, zamienia w wojnę

Radosław Leniarski
Slubowanie olimpijskie
Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Sport łączy? Trudno znaleźć fragment rzeczywistości, z którym prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosław Piesiewicz nie byłby skonfliktowany.

Gruchnęła wieść, że Polkomtel nie zamierza przekazać pieniędzy, które Radosław Piesiewicz przeznaczył na premie dla multimedalisty z Mediolanu Kacpra Tomasiaka i innych olimpijczyków. Po gwałtownym zerwaniu przez PKOl współpracy z Polsatem w przeddzień startu igrzysk, trudno się jednak tej decyzji dziwić.

Zobacz wideo Interesują się sportem raz na 4 lata. "Nie mogę na to patrzeć"

Wszyscy znamy imperium Polsatu. Wiemy, że jego właściciele nie chcą, żeby ich klienci wiązali ich z jedną ze stron sporu politycznego w Polsce, nie wnikamy w motywacje. Byli więc idealnym z punktu widzenia PKOl partnerem, bo nie interesowało ich, czy Piesiewicz łasi się do prezydenta Karola Nawrockiego, czy nie, czy ma w obecnym rządzie wrogów, czy nie. I oto co robi Piesiewicz: konfliktuje się z Polsatem. Co kończy się tym, że zagrożone są premie dla olimpijczyków.

A skąd ten konflikt? Szef PKOl uznał, iż liderem opozycji wobec niego w komitecie jest jeden z jego zastępców - Marian Kmita, dyrektor ds. sportu w Polsacie.

Przychody od sponsorów PKOl lecą na łeb na szyję, najczęściej z powodu głównej postaci tej tragifarsy. Owszem, na początku działalności prezesa Piesiewicza budżet PKOl gwałtownie wzrósł. Dzięki jego znajomościom z prominentnymi działaczami PiS spółki skarbu państwa, kontrolowane wówczas przez Zjednoczoną Prawicę, nagle zapałały miłością do olimpizmu. Nawet PKP Cargo, które wkrótce musiało zwalniać tysiące pracowników. Nie tylko ja ostrzegałem, że upolitycznienie PKOl zaprowadzi go na manowce.

PKOl Piesiewicza skonfliktował się z obecnym rządem Koalicji 15 Października na skalę jakiej wcześniej w swoich kontaktach z rządzącymi komitet nie doświadczył.

Na dodatek prezes w małostkowy i niemądry sposób podgrzewa konflikty – blokuje zaproszenie ministra sportu na igrzyska (choć to nie on zapraszał) lub robi burzę o flagę, podobno pozostawioną pod krzesłem w siedzibie PKOl przez przedstawiciela rządu podczas ślubowania olimpijskiego, a także każe wyprowadzić się z gabinetu niechętnemu mu wiceprezesowi – znów w czasie ślubowania.

Piesiewicz skłócił się z częścią własnego zarządu do tego stopnia, że działacze nie kryją się już z opiniami o prezesie: że autorytarnie zarządza, że jednoosobowo podejmuje decyzje, które wpływają na wizerunek szacownej skądinąd organizacji, że wprowadza wiejskie wesele do PKOl. A ostatnio doprowadza do tego, że ogłupiałe prezydium zarządu daje mu podwyżkę do 58,5 tys. zł miesięcznie - w chwili, gdy premie olimpijczyków są zagrożone.

I jeszcze to: skłócił się z Adamem Małyszem. Każdy wie, że Małysz to legenda. Mniej osób wie, że to człowiek, którego do rany przyłożysz i wyzdrowiejesz. Nie zawsze tak było, ale od mniej więcej dwóch dekad tak właśnie jest. Mało tego, właśnie Polski Związek Narciarski, federacja Małysza, przyniosła Polsce największy sukces na igrzyskach w Mediolanie – skoczkowie wywalczyli trzy z czterech polskich medali.

Ale Piesiewicz nie jest w stanie powiedzieć o Małyszu jednego dobrego słowa, nie dodając złego. W wykonaniu Piesiewicza sport potrafi dzielić, żeby nie powiedzieć – zdzielić.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...