Wielkie odrodzenie Polski? Tak dobrze dawno nie było. "Jesteśmy i żyjemy"

Grzegorz Galica
Fot. REUTERS/Pawel Kopczynski

"Rach, ciach, ciach!". Powiedzonko duetu komentatorskiego Tomasz Jaroński - Krzysztof Wyrzykowski zna zapewne większość kibiców polskich sportów zimowych. Swego czasu biathlon potrafił nas elektryzować. Głównie za sprawą Tomasza Sikory, a później też kobiecej kadry. Ostatnie lata były bardzo chude, a słynny okrzyk stawał się coraz cichszy. Jednak to, co wydarzyło się na igrzyskach, daje nadzieję, że za jakiś czas znów zabrzmi donośnie.

Zimowe igrzyska w Mediolanie i Cortinie d'Ampezzo już za nami. Minęły niezwykle szybko, ale z takimi imprezami jest jak ze świętami: igrzyska, igrzyska i po igrzyskach. Dla Polski były całkiem udane. Najbardziej liczyliśmy na łyżwy, tymczasem na jedno łyżwiarskie srebro Władimira Semirunnija skoki narciarskie odpowiedziały aż trzema krążkami. 

Zobacz wideo Paweł Zygmunt: Nie porównujmy biegania do biegów narciarskich! W życiu bym tego nie zrobił

Igrzyska nadziei. Skoki to nie wszystko

Potrójny medalista Kacper Tomasiak oraz oczywiście Paweł Wąsek (srebro w duetach to, jak sama nazwa wskazuje, wysiłek zespołowy) dali nam nadzieję, że następne sezony znów będą dla naszych skoczków piękne. Reprezentacja, która przez ostatnie sezony miała kłopoty z posiadaniem choć jednego skoczka w top 10 konkursu Pucharu Świata, a podia Aleksandra Zniszczoła oraz Wąska były celebrowane jak złoto mistrzostw świata, wyjechała z Włoch z tarczą. Dała przy tym potężny impuls, który może przywrócić polskie skoki na należne im miejsce w ścisłej czołówce. 

Ale to nie jest jedyna taka dyscyplina. W innych medali - jeszcze - nie było, ale pokazały się z dobrej strony, jakby mówiły kibicom: "Jesteśmy i żyjemy". Na przykład biathlon.

Kibic biathlonu miał w ostatnich latach dużo gorzej od fana skoków. O ile bowiem skoczkowie jakoś tam punktowali w PŚ, tak łączenie biegania ze strzelaniem w przypadku reprezentantów Polski wyglądało znacznie słabiej. To nie był upadek z tak wysokiego konia, jak w przypadku skoków, ale za to na pewno dużo niżej. 

Sikora był sam. Następca się dotąd nie objawił

Wracając do przeszłości, rzecz jasna jako pierwszy na myśl przychodzi Tomasz Sikora, nasz zdecydowanie najlepszy biathlonista w historii. Nigdy wcześniej i nigdy później nikt z naszego kraju nie był tak blisko zwycięstwa w Pucharze Świata (2. miejsce w sezonie 2008/09, przed nim tylko wielki Ole Einar Bjoerndalen), nie miał złotego medalu mistrzostw świata (Anterselva 1995), ani nie otarł się o olimpijskie złoto. Do dziś można wyklinać to jedno pudło w ostatnim, 20. strzale, które zabrało mu tytuł mistrzowski w biegu masowym w 2006 roku w Turynie (zdobył srebro). Ale i tak tamten bieg do dziś można spokojnie nazywać najbardziej ikonicznym w dziejach polskiego biathlonu, stawiać na równi z emocjami na skoczni czy na biegowych trasach w czasach Justyny Kowalczyk.

Tomasz Sikora teraz do Włoch poleciał jako komentator i ekspert Eurosportu. W dodatku do miejsca dla niego wyjątkowego, bo zawody biathlonowe odbywały się w Anterselvie, czyli tam, gdzie został mistrzem świata. Zresztą gdy przed biegiem masowym kobiet zaczął sypać śnieg, Sikora wspominał, że 21 lat wcześniej przez jego sensacyjnym wówczas złotem też rozpętała się śnieżyca. Historia co prawda się nie powtórzyła i medalu w biathlonie tym razem nie zdobyliśmy, mamy za to nadzieję, że w następnych latach znów pojawią się okazje. 

Sikora po zakończeniu kariery w 2012 roku musiał obserwować to, co my wszyscy, czyli niemal śmierć męskiego biathlonu w naszym kraju. Owszem, kogoś w stawce niemal zawsze mieliśmy, jednak wyniki były zatrważające. Między końcem kariery Sikory a 2023 rokiem, czyli przez 11 lat, mieliśmy tylko dwóch zawodników, którzy zdobywali punkty Pucharu Świata. Przy czym Andrzej Nędza-Kubiniec przez całą karierę zdobył łącznie trzy, a Grzegorz Guzik w najlepszych (rzadkich) występach bywał w trzeciej dziesiątce w PŚ. Łukasz Szczurek nigdy nie przekuł sukcesów juniorskich (wicemistrz świata) na dobrą karierę seniorską, a o reszcie nie ma nawet co wspominać. Sikora zresztą już w swoich czasach był niemalże sam.

Polski biathlon przez lata był kobietą

Przed kompletną zapaścią polski biathlon broniły zawodniczki. Brakowało nam co prawda gwiazdy na miarę Sikory, ale Krystyna Guzik, Magdalena Gwizdoń, Weronika Nowakowska-Ziemniak czy Monika Hojnisz (obecnie Hojnisz-Staręga) potrafiły dostarczać nam emocji. Mowa tu raczej o top 20 Pucharu Świata, nie o regularnym stawaniu na podium, jednak w porównaniu z mężczyznami i tak było o niebo lepiej.  

Zresztą były i medale. Mistrzostw świata, nie olimpijskie, ale były - jak srebro Krystyny Guzik i brąz Moniki Hojnisz w Novym Meście w 2013 roku, czy dwa lata później srebro (sprint) i brąz (bieg pościgowy) Weroniki Nowakowskiej-Ziemniak w Kontiolathi. Panie regularnie dawały nam powody, by śledzić ich poczynania i odliczać celne strzały. Jeszcze w sezonie 2019/20 Hojnisz-Staręga potrafiła być 12. zawodniczką klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. 

Jednak i tu w końcu skończyły się dobre czasy. Młodzież nie dorównywała poziomem poprzedniczkom, a nasza najbardziej utalentowana zawodniczka, Kamila Żuk, przekonała się o dwóch rzeczach; po pierwsze, utytułowana juniorka (dwukrotna mistrzyni i wicemistrzyni świata) nie ma gwarancji bycia równie utytułowaną seniorką, a po drugie, o sukcesy jest dużo trudniej, gdy się nie ma końskiego zdrowia, a do Kamili pech do urazów niestety przylgnął i długo nie chciał odpuścić.  

Trzy muszkieterki pokazały klasę na igrzyskach

Teraz w końcu coś się zaczyna budzić. Kamila Żuk, Joanna Jakieła, Natalia Sidorowicz - żadna z nich nie jest już może "młodziutkim talentem", najmłodsza Sidorowicz skończy w tym roku 27 lat, ale wszystkie podczas tegorocznych igrzysk wystąpiły w kończącym biathlonową rywalizację biegu masowym. a biorą w nim udział tylko najlepsze. Po raz ostatni trzy Polki mieliśmy w taki biegu w Soczi, w 2014 roku (Pałka, Hojnisz, Nowakowska-Ziemniak).

Sensacyjnego medalu w Anterselvie nasze panie nie zdobyły, ale 11. miejsce Jakieły jest naprawdę dobre. W dodatku na ostatnim okrążeniu Polka wyprzedziła aż cztery zawodniczki, więc bez dwóch pudeł w strzelaniu mogłaby się bić może nawet o medal. 

Świetnie poszło wcześniej Żuk w sprincie (8. miejsce Żuk w sprincie), a w biegu pościgowy wszystkie trzy Polki były w Top 16, dając nam jeden z najlepszych polskich biegów od lat. Przede wszystkim jednak zajęły 6. miejsce w sztafecie, w której pobiegła jeszcze Anna Mąka - najwyższe w olimpijskich dziejach naszego drużynowego biathlonu. Ze 2-3 dobierania na strzelnicy mniej, a biegowo były tak dysponowane, że kto wie, jak by się to skończyło. 

U panów też coś się w końcu dzieje. 21,75 - taka była średnia wieku naszej olimpijskiej męskiej sztafety,  najniższa w całej stawce. Marcin Zawół, Jan Guńka, Konrad Badacz i Grzegorz Galica zajęli 11. miejsce. Indywidualnie brakowało im naprawdę mocnego występu. Galica trzy razy był w top 40, czyli w Pucharze Świata zdobyłby punkty. Tych nasi reprezentanci w tym sezonie mają łącznie 256. Niby niedużo, ale w całym poprzednim było ich 76. 

Szczególnie Galica się wyróżnia. Oczywiście przykład Szczurka pokazuje, by uważać z obiecywaniem sobie za dużo po bardzo utalentowanych juniorach. Tylko że gdy Szczurek, a nawet Żuk, w wieku takim, w jakim dziś jest Grzegorz (18 lat), byli jeszcze bardzo daleko od punktów Pucharu Świata, a on ma ich dziś 35. Do tego miejsca w Top 40 igrzysk. Dorzućmy fakt, iż reszta kadry też ma jeszcze wiele lat biegania i strzelania przed sobą (Zawół i Guńka to rocznik 2002, Badacz 2003), a przyszłość rysuje się w dużo lepszych barwach. 

Krok po kroku, byle do celu. To zaczyna mieć ręce i nogi

Sidorowicz, Jakieła i Żuk wchodzą w najlepszy wiek sportowy, już pokazując, że stać je nawet na Top 10 PŚ. Brakuje im co prawda stabilizacji na poziomie choćby Top 20, ale na igrzyskach pokazały, iż mogą ją osiągnąć. W męskiej stawce pojawiają się punkty PŚ najmłodszej kadry w stawce i są widoki na dalszy progres. Do tego diament w postaci Galicy. Polski biathlon zaczyna w końcu obierać stabilny kurs, a nie rozpaczliwie szukać dla siebie drogi.

Kto wie? Jeśli wszystko pójdzie dobrze, może w 2030 roku w Alpach Francuskich, 24 lata po swoim wielkim sukcesie w Turynie, Tomasz Sikora będzie miał okazję skomentować polski medal olimpijski? Trzymajmy kciuki, bo jest za kogo. W nadchodzącym czteroleciu biathlon zdecydowanie warto wpisać na listę "do bacznego obserwowania". 

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...