Władimir Semirunnij prowadził w połowie olimpijskiej rywalizacji na 1500 m w Mediolanie, a komentatorzy żartowali, ale i sprowadzali na ziemię będących w euforii kibiców. Już gest wykonany tuż po przekroczeniu mety przez panczenistę, który sześć dni temu zdobył dla Polski srebro na 10 000 m, był wymowny. Z czasem 1.45,37 zajął 10. miejsce. Miesiąc temu taki wynik dałby mu złoto.
Nieco ponad miesiąc temu Władimir Semirunnij został niespodziewanie w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka i trenuje, wicemistrzem Europy na 1 500 m. Ale wiadomo było, że - realnie patrząc - jego medal na igrzyskach w Mediolanie w tej "dziwnej" konkurencji byłby sensacją. Nie doszło do niej. A pochodzący z Rosji 23-latek, który od pół roku ma polski paszport, mógł tylko patrzeć, jak traci drugi olimpijski krążek.
Semirunnij ledwo przekroczył metę i wykonał wymowny gest. To nie był jego świat
Dlaczego 1 500 m w łyżwiarstwie szybkim nazwałam wcześniej dziwną konkurencją? Bo spotykają się tu przedstawiciele dwóch światów – sprinterzy i długodystansowcy. I choć bliżej samym dystansem tej pierwszej grupie, to historia zna przypadki, gdy olimpijskie medale zdobywali w niej też zawodnicy specjalizujący się w panczenowych maratonach. Ale eksperci podkreślają, że to już raczej przeszłość.
Powiedzmy sobie wprost – Semirunnij wykonał już 100 procent normy, gdy w miniony piątek wywalczył olimpijskie srebro na swoim koronnym dystansie. Dzięki temu cały dotychczasowy dorobek medalowy Polski w tej imprezie nie zawdzięczamy tylko skoczkom narciarskim, a głównie Kacprowi Tomasiakowi. 23-letni panczenista był wymieniany w gronie tych, którzy mogą stanąć na podium na 10 000 m, a w czwartek nie dawano mu zbytnio szans. Obie prognozy się sprawdziły.
Gdyby w styczniu Semirunnij miał taki wynik jak w czwartek, to zdobyłby złoto ME (wtedy zmierzono mu 1.46,50). Ale w igrzyskach poziom jest znacznie wyższy. Zdawał sobie świetnie z tego sprawę też sam reprezentant Polski, który tuż po przekroczeniu mety pokazał ręką, że nie jest zbyt zadowolony.
Semirunnij prowadził, a komentatorzy żartowali. Czy reprezentant Polski popełnił błąd?
Startował w szóstej parze z Amerykaninem Caseyem Dawsonem i jeszcze w dwóch kolejnych duetach nikt nie był w stanie go wyprzedzić. Potem nastąpiła przerwa na czyszczenie lodu, po której startowała druga - mocniejsza - grupa. Gdy pokazano wyniki na półmetku, z Semirunnijem na czele, to komentujący rywalizację w TVP Sport Zbigniew Bródka (mistrz olimpijski na 1500 m z 2014 roku) i Piotr Dębowski żartowali nieco.
- Zapamiętajmy ten widok. Szkoda, że to nie koniec tych zawodów. Ale bądźmy realistami – mówił drugi z nich. Obaj bowiem dobrze zdawali sobie sprawę, że nierealne jest, aby taki układ pozostał do końca.
Tak samo wypowiadały się obecne w studiu osoby, które świetnie znają panczenowe realia, czyli Luiza Złotkowska i Paweł Zygmunt. Dwukrotna medalistka olimpijska w drużynie mówiła, że nie da się już obecnie raczej odnosić olimpijskich sukcesów, będąc specem od długich dystansów. Dawny brązowy medalista mistrzostw świata i wicemistrz Europy na 10 000 m wskazywał zaś dodatkowo, że u Semirunnija brakło mu ruchu ręką, który jego zdaniem jest pomocny przy dystansie 1 500 m. Zwłaszcza na wirażach.
Przy okazji omawiania zmagań na 10 000 m w Zygmunt w charakterystyczny dla siebie sposób opisywał doznania, jakie mają zawodnicy startujący na tym morderczym dystansie oraz jak trenują. Tam kluczem jest wytrzymałość i przetrwanie kryzysu, którego nie sposób uniknąć. Na 1 500 m najistotniejsze jest zaś utrzymanie przez cały dużej prędkości i mocy. Doznania też jednak nie należą do przyjemnych.
- To jest dystans, po którym czuć krew w płucach. Często pluje się krwią po starcie - zaznaczył jeszcze przed czwartkową rywalizacją Zygmunt.
Dominator niespodziewanie bez złota. Semirunnij dostanie jeszcze jedną szansę
Ale wróćmy do tego, co działo się na torze. Po wkroczeniu do gry drugiej grupy szybko nastąpiła weryfikacja wyniku Semirunnija. Od razu wyprzedził go reprezentujący Węgry Min-Seok Kim i pokazano wtedy obserwującego wszystko razem z trenerem 23-latka, który machnął lekko ręką. Zapewne był już pogodzony z tym, że za chwilę też straci finalnie szanse na medal. Stało się to już jasne po dotarciu do mety zawodników z 11. pary. Reprezentant Polski spadł wtedy na czwartą pozycję, a ostatecznie wyprzedziło go potem jeszcze sześciu rywali.
Sytuacja przed rozpoczęciem czwartkowych zmagań była jasna – murowanym faworytem był Jordan Stolz. Amerykanin brylował na torze w Mediolanie już na 500 i 1000 m, kiedy liczyliśmy na medal Damiana Żurka. Do tego wygrał wszystkie biegi na 1 500 m w Pucharze Świata w tym sezonie. Ale niespodziewanie nie udało mu się tej dominacji potwierdzić triumfem w igrzyskach. W czwartek wyraźnie brakło mu sił i zdobył "tylko" srebro, a mistrzem olimpijskim został Zhongyan Ning. Chińczyk, który był trzeci na 1000 m, ustanowił rekord olimpijski (1.41,98). Stolz stracił do niego 0,77 s. Brąz wywalczył Holender Kjeld Nuis, triumfator na tym dystansie z Pekinu.
Wspomniany Bródka, który triumfował w olimpijskiej rywalizacji w tej konkurencji 4387 dni temu, w Soczi dorzucił do tego drugi krążek. Wywalczył wtedy także brąz w biegu drużynowym. Na powrót do domu z dwoma medalami ma wciąż teoretycznie także szansę Semirunnij, który nie zakończył jeszcze udziału w tych igrzyskach. W sobotę weźmie udział w biegu masowym.