Wynik Polki zszedł na dalszy plan. Debiut w cieniu wielkiej afery

Agnieszka Niedziałek
Aniela Sawicka
Eurosport

Aniela Sawicka zapowiadała atak w drugim przejeździe olimpijskiego slalomu, ale szybko zapłaciła za to cenę, nie kończąc rywalizacji. Debiut w igrzyskach polskiej alpejki odbywał się w cieniu afery, jaka wybuchła wokół jej powołania. Główną bohaterką w środę była Amerykanka Mikaela Shiffrin, która po 2918 dniach zakończyła medalową olimpijską posuchę.

Kobiecy slalom był ostatnią konkurencją alpejską w programie igrzysk Mediolan-Cortina 2026. Tak się złożyło, że był też pierwszym w karierze występem Anieli Sawickiej w olimpijskich zmaganiach. Droga do tego występu była bardziej kręta niż trasa środowej rywalizacji. Bo część działaczy Polskiego Związku Narciarskiego próbowała do niego nie dopuścić.

Zobacz wideo Pierwsza taka olimpijka. Polka już przeszła do historii

Spełnione marzenie Sawickiej i podwójny niesmak

- Spełniło się moje największe marzenie. Było dużo emocji - przyznała już po pierwszym przejeździe Sawicka na antenie TVP Sport. Zajmowała wówczas 49. miejsce, razem z Dunką Clarą-Marie Holmer Vorre. Ze stratą 5,9 sekundy do prowadzącej na półmetku Shiffrin.

Kibic, który nie śledzi uważnie sytuacji wśród polskich alpejczyków jeszcze kilka tygodni temu mógł o 25-latce nigdy nie słyszeć. W Pucharze Świata zadebiutowała dopiero niespełna miesiąc temu (była 38. w slalomie) i na tym jak na razie się skończyło. W środę startowała więc z odległym 60. numerem startowym. A w slalomie występy bliżej końca stawki to jasny sygnał – walkę o medale ogląda się w roli widza.

Sawicka w pierwszej próbie jechała zachowawczo, wyraźnie skupiając się na tym, by nie popełnić błędu wykluczającego ją z dalszej rywalizacji (w igrzyskach awans do drugiego przejazdu zapewnia samo ukończenie pierwszego). Być może właśnie dlatego, że mocno dawały o sobie znać emocje debiutantki, a być może z tyłu głowy miała też wielkie zamieszanie, którego padła ofiarą w ostatnich tygodniach.

Dla przypomnienia - choć spełniła wyznaczone kryteria, to część zarządu PZN uznała, że bardziej na miejsce w kadrze zasłużyła 19-letnia Nikola Komorowska. Sprawę nagłośnił wzburzony ojciec Sawickiej, zrobiło się gorąco, pisały o tym media, tematem zainteresował się również Polski Komitet Olimpijski. Władze PZN, próbując nadrabiać, zarządziły ponowne głosowanie i zmieniły decyzję. Komorowska zaś wcześniej ogłosiła, że rezygnuje z olimpijskiego startu i opowiadała o hejcie, jaki na nią spadł w związku z tą sprawą. Pozostał niesmak i powszechne poczucie, że skrzywdzono tym całym bałaganem obie zawodniczki.

Dodatkowy niesmak wywołały zaś wypowiedzi Rafała Kota, jednego z członków zarządu PZN. Ten na antenie TVP Sport zasugerował, że Sawicka nie ukończy nawet pierwszego przejazdu. A potem - na wzmiankę o jakości – rzucił kpiąco, że co to za jakość, gdy strata po pierwszym przejeździe wynosi pięć sekund.

Szybki koniec ataku. Koszmar Niemki. "To nie miało prawa się wydarzyć"

Sawicka przed drugą próbą zapowiadała bardziej ofensywne nastawienie. – Atakujemy, to są igrzyska – zadeklarowała wtedy z uśmiechem. Ale niedługo miała szansę zaprezentować taką taktykę. Szybko przy jej nazwisku pojawił się symbol DNF, który oznacza nieukończenie przejazdu.

Zawodniczek, które spotkał taki sam los, było sporo. W pierwszej części zawodów było ich 31 (dodatkowe dwie z dyskwalifikacją), a w drugiej 10. O koszmarze wręcz może mówić Niemka Lena Duerr, która na półmetku była druga. Kosztowny błąd popełniła jednak zaraz na początku drugiej próby.

- To nie miało prawa się wydarzyć – emocjonowali się komentatorzy Eurosportu.

A klasę pokazała Mikaela Shiffrin. Amerykanka czekała aż osiem lat, by ponownie stanąć na olimpijskim podium. Zrobiła to z przytupem, zdobywając złoto i zostawiając resztę stawki daleko w tyle. Nad zdobywczynią srebrnego medalu - Szwajcarką Camille Rast - miała 1,50 s przewagi.
Brąz wywalczyła Szwedka Anna Swenn Larsson.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...