- Zostałam opuszczona, bez trenera, pozostawiona sama sobie - powiedziała Andżelika Wójcik po swoim starcie olimpijskim. Konrad Niedźwiedzki, dyrektor sportowy Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego, odpiera zarzuty.
Bomba została zrzucona przez Andżelikę Wójcik w wieczór, gdy Kaja Ziomek-Nogal walczyła o medal w biegu na 500 m, ale zajęła szóste miejsce. Było to kolejne rozczarowanie dla grupy sprinterów, którzy w sezonie zajmowali miejsca na podium Pucharu Świata, ale na igrzyskach wylądowali poniżej nich, czyli odwrotnie niż wiele rywalek i wielu rywali. Damian Żurek był dwukrotnie czwarty, inni dalej, choć z wartościowymi wynikami. Bieg na 500 m Wójcik zakończyła na 11. miejscu i też była rozgoryczona. Trzecia z Polek, Martyna Baran, zajęła 17. miejsce.
Sprawę odosobnienia Andżeliki Wójcik Polski Związek Łyżwiarstwa Szybkiego utrzymywał w dyskrecji.
Po spontanicznej, ale i bardzo konkretnej wypowiedzi dla telewizji, łyżwiarka próbowała wyjaśnić, jak doszło do konfliktu ze związkiem. Przyznała jednak, że miała od federacji pieniądze na przygotowania. Mogła uczestniczyć w obozach, ale nie miała opieki szkoleniowej, co niezwykle utrudnia treningi sprinterskie. Stwierdziła, że sama przygotowywała sobie plany.
– Są różni ludzie i różne charaktery – powiedziała Sport.pl zdenerwowana Wójcik. – Czasem się spotykają i wtedy jest gorąco. Grunt to czasem odpuścić. Schować swoje ego, postarać się dogadać. Zostałam odstawiona od trenera głównego [Wójcik ma tu na myśli trenera długodystansowców Rolanda Cieślaka – rl]. Przed pierwszymi zawodami Pucharu Świata. Zakomunikował to trener. Uzasadnił swoją decyzję, ale to był jego punkt widzenia. Nie chciałam o tym mówić w trakcie sezonu, ale właśnie najważniejszy start się zakończył, więc mówię. To były sprawy organizacyjne, a nie finansowe. Pomoc grupy dla mnie jako sprinterki była okrojona. Sama przygotowywałam sobie plan treningów i było to ciekawe, dobre doświadczenie, bo zdobyłam srebro mistrzostw Europy. Związek ten stan przyklepał.
Według dyrektora sportowego PZŁS i szefa misji olimpijskiej Konrada Niedźwiedzkiego sytuacja wyglądała nieco inaczej, niż mówi zawodniczka.
– Po igrzyskach w Pekinie Andżelika trenowała przez rok z grupą odpowiadającego za sprinty Artura Wasia – wyjaśnia Sport.pl Konrad Niedźwiedzki. - W pewnym momencie szkoleniowiec stwierdził, że w zespole jest kiepska atmosfera, że musi poświęcać dużo energii jednej zawodniczce. Sytuacja była trudna, grupa nie mogła tak dalej funkcjonować, więc w 2023 roku Andżelika przeszła do Pawła Abratkiewicza. Po kolejnym roku Paweł odszedł ze związku, a zawodniczkę przekazaliśmy Rolandowi Cieślakowi. I w sezonie 2024/25 zdobyła srebro ME oraz zajęła drugie miejsce w klasyfikacji generalnej PŚ na 500 m. Z grupą Rolanda Andżelika pracowała do końca października ubiegłego roku. Przy okazji zawodów PŚ w Salt Lake City poróżniła się również z tym trenerem i zdecydowała, że nie chce jego pomocy. Przyjął to do wiadomości i zaoferował jej rozpisywanie planów treningowych. Zawodniczka z tego nie skorzystała.
- Będąc w Salt Lake City trudno było coś wymyślić na szybko - wyjaśniał Niedźwiedzki. - Dlatego zaproponowaliśmy, żeby w treningach pomagała jej team-liderka, Agata Jabłońska, która ma do tego kwalifikacje. Po ME w Tomaszowie Mazowieckim powiedziałem zawodniczce, że gdybym był drugi w klasyfikacji generalnej PŚ, to w sezonie olimpijskim nie szukałbym nowości. Do pewnego momentu współpracowała z Agatą, po jakiś czasie doszła do wniosku, że i tego nie potrzebuje. Natomiast myślę, że decyzje Andżeliki były podyktowane jej problemami zdrowotnymi, których miała sporo. To zresztą powodowało, że trener nie miał czasu i energii co chwila dostosowywać do niej kolejne plany. Miał na głowie przygotowania Władimira Semirunnija. Teraz słyszę, że trzy lata trenowała sama, więc dobrze byłoby zapytać trenerów, którzy z nią pracowali w tym okresie, jak było. Rozumiem rozgoryczenie wynikiem, ale nie do końca mówi prawdę.
Odpowiedź prezesa Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego Rafała Tatarucha znajdziesz TUTAJ