Semirunnij o niczym nie wiedział. Wielka niespodzianka. Trzymali to w tajemnicy

Radosław Leniarski
Władimir Semirunnij
screen: TVP Sport

Mokry od szampana. Szalona droga Władimira Semirunnija z Jekaterynburga i Czelabińska, przez Królewiec, Tomaszów Mazowiecki do Mediolanu, po olimpijskie srebro.

Polska ekipa wdarła się do boksu sportowców na zapleczu areny lodowej w Mediolanie, gdzie Władimir Semirunnij w nerwach oglądał ostatni bieg na 10000 m, w chwili, gdy metę minęli jego dwaj rywale. Siedział tam "z ręką z nerwów obryzioną do łokci", jak później mówił, bo ci dwaj mogli mu odebrać medal. Biało-czerwoni stali przed drzwiami, ktoś krzyknął "Już!" i wszyscy wparowali, chwycili Władimira w objęcia i skakali. Zaraz wystrzelił korek szampana, Władimir łapał się za głowę, śmiał się, reszta też. Euforia trwała kilka gorących minut, a potem Władimir ruszył szybkim krokiem na dekorację, w drodze sie przebierał, bo nigdy nie nosi ze sobą stroju na dekorację, nie ma go nawet w swoim pokoju. Mokry od szampana, poklepywany po plecach ze wszystkich stron, w asyście uszczęśliwionych ludzi w biało-czerwonych dresach kroczył w kierunku podium. Na przedzie po srebrny medal olimpijski szedł on, który zaledwie trzy lata temu ruszył w wielką podróż po marzenia z Rosji, przez Kaliningrad, Tomaszów Mazowiecki do Mediolanu.

A kilkanaście minut po dekoracji na Władimira czekała kolejna niespodzianka. Do Mediolanu, specjalnie na jego występ, przyjechała Klaudia, narzeczona Władimira. Nie widzieli się przed startem Władimira. Członkowie polskiego sztabu próbowali "przemycić" ją do strefy mieszanej. Nie udało się, para na razie mogła jedynie pomachać do siebie z odległości kilkunastu metrów i przesłać całusy.

Władimir Semirunnij: "To była ciężka praca, aż głowa bolała"

W olimpijskim wyścigu na 10000 m nie do pokonania był Czech Metodej Jilek - to się zresztą okazało na sam koniec - ale reszta?

- Od 15 okrążenia miałem kryzys, lód był ciężki do pracy, ja lubię pracę, ale tu była naprawdę ciężka, aż głowa bolała – mówił Władimir, kiedy oglądał razem z dziennikarzami bieg rywala Jileka.

Gdy Czech w drugiej połowie dogonił czas Władimira, ten po prostu nie mógł się skupić, odpowiadał bez związku, więc odpuściliśmy pytania i wszyscy skoncentrowali się na uciekającym czasie. W końcu Władymir poszedł do boksu, gdzie sportowcy po wyścigu mogą w ciszy odpocząć. Po drodze trzymał się za głowę, kręcąc nią, pozostając w wielkiej niepewności.

Wcześniej wyglądał na spokojnego, skupionego, niewzruszonego, być może z pozoru.

Kiedy Bart Swinge i Sigurd Henriksen byli w połowie swojego wyścigu, Władimir, który miał startować po nich, ze spokojem siedział na ławeczce i zakładał na gołe stopy łyżwy spokojnymi ruchami. Zakładał kask, (jako jedyny jeździł w kasku, przetestowanym w tunelu aerodynamicznym) i był na lodzie siedem minut przed swoim startem. Zachowywał zimną krew, a było się czym denerwować, bo po wycofaniu się Amerykanina Caseya Dawsona drabinka się przesunęła i Władimirowi zmienił się partner. To była zmiana na gorsze, młody Stijn van de Bunt, mniej doświadczony i wolniejszy niż rekordzista świata Davide Ghiotto, z którym miał się ścigać.

Przed startem przybił piątkę z Holendrem. A po wszystkim Holender przybił piątkę z nim. Wspólnota w bólu i w wyścigu.

Władimir trzymał rytm jak dobry zegarek

Asystent trenera długodystansowców, Henk Hospes, stanął w połowie okrążenia z tablicą i się zaczęło. Holender dawał łyżwiarzowi informacje po każdej rundzie. Gdy Władimir jechał okrążenie w 29,2 s, pokazywał 9,2, jak 29,3 – 9,3. Władimir jest rytmowcem, więc trzymał rytm jak dobry zegarek, nie Poljot. Dopiero na 12. rundzie Hospes pokazał 0,1, czyli runda w 30,1 s. Wtedy do popędzającego Holendra dołączył główny trener Roland Cieślak i darł się mocno, machał ręką: "Do przodu, Władek, do przodu". W tym czasie Holendra napędzali na łukach rodacy, zaczął Władimira gonić. Ale i on przyspieszył, wydawało się, że dron telewizyjny za nim nie nadąża. Wił się, ruchy już nie były płynne.

Czas biegu na 10 km: 12,39.08. - Byłem zestresowany i w niepewności, czy ten czas wystarczy. Był trochę za słaby. Liczyliśmy na to, że będzie dłużej leciał poniżej 30 s - mówił potem trener Cieślak.

Władimir po biegu wyczerpany usiadł na bandzie. Hospes czule pomasował go po karku, Cieślak objął, bo było to krańcowe doświadczenie zawodnika, krańcowy wysiłek - wymagał czułości, przynajmniej przez chwilę.

Władimir ściągnął z siebie górę stroju, która w takim momencie uwiera i ciśnie. Od tej chwili zaczął ponownie mierzyć się z czasem. Tym razem z czasem oczekiwania. Wynik miał na razie najlepszy, ale po nim jechali bardzo mocni zawodnicy, dwóch z nich zdobyło złoto i srebro na 5000 m. Mistrz olimpijski z Soczi, Zbigniew Bródka, komentujący te igrzyska dla TVP, też czekał – już od 12 lat. To on zdobył ostatni indywidualny medal w łyżwiarstwie szybkim, złoty. 

Oczekiwanie. Myślenie. Bo, w wyścigu na 10 km mnóstwo tzw. rozkminy. W Milano Speed Saketing Stadium brak wentylacji, a to ważna rzecz w łyżwiarstwie, szczególnie długodystansowym. Po dwóch parach ruch powietrza w hali jest wyczuwalny, oczywiście zgodny z kierunkiem jazdy, więc jechać następnym parom odrobinę łatwiej. Odrobinę łatwiej było więc Władimirowi, jadącemu w trzeciej parze. A po trzech biegach na tor wyjeżdżają rolby wyrównujące lód. Przerwa. Powietrze staje. Woda z rolb zamarza, ale nie natychmiastowo, więc pierwsza para po zjeździe maszyn ma dla siebie lód, który lekko odstaje twardością. A twardy lód to szybki lód. Czyli Władimir miał po tym względem idealne warunki, następna para - niezbyt.

Minąłem trenera Hospesa idąc do strefy mieszanej, miał zafrasowaną minę. – Trochę za szybko Władimir pojechał te pierwsze rundy – powiedział zmarszczony.

No tak, ale jak nie zaryzykować, skoro człowiek ma pewność, że będzie w stanie wytrzymać - więc zaryzykował. 

Nie było człowieka, który ciężej trenował w Polsce

Motto książki największego stachanowca łyżwiarskiego świata, Nilsa van der Poela, brzmi: "Wydaje się, że wszystkie prawdziwe rzeczy muszą się zmienić i tylko to, co się zmienia, pozostaje prawdą". Dominator długich dystansów sprzed kilku lat, mistrz olimpijski z Pekinu na 5 i 10 km, Van der Poel – Szwed, który dziś nazywa się Svensson – napisał książkę "Jak jechać na 10 km i na 5", z takim właśnie mottem. Idealnie pasuje do Władimira Semirunnija. Van der Poel przemeblował treningi mistrzów niderlandzkich i ich pokonał, a Semirunnij wniósł wysoką kulturę sportowego zapie... do Polski. Nie było człowieka ciężej pracującego niż van der Poel, który z tego zrobił filozofię. I nie było człowieka, który ciężej pracował w Polsce i zrobił z tego styl życia. 240 okrążeń w tempie 30 s. Co tydzień. I setki kilometrów na rowerze. Pod górę, w tempie.

Ta praca musiała dać efekty.

Wyniki: złoto Metodej Jilek, srebro: Władimir Semirunnij, brąz: Jorrit Brgsma. 

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...