Mamy to! Mamy to! Naprawdę to mamy! Władimir Semirunnij przepięknie odpłacił się Polsce za to, że przyjęła go w 2023 roku, gdy postanowił uciec z Rosji. Nasz panczenista w kapitalnym stylu wywalczył właśnie srebrny medal igrzysk olimpijskich w rywalizacji na 10 000 metrów!
Władimir Semirunnij we wrześniu 2023 roku uciekł z Rosji do Polski. W marcu 2025, jeszcze bez naszego obywatelstwa, zdobył dla Polski srebro i brąz mistrzostw świata. W sierpniu odebrał dokumenty poświadczające, że jest Polakiem. Podpisane przez prezydenta RP Karola Nawrockiego. A teraz, 13 lutego 2026 roku, 23-letni sportowiec zdobył dla swojego nowego kraju srebrny medal olimpijski. To jest naprawdę wyjątkowa historia!
Są tacy, którzy nie mogą na to patrzeć. Bo boli ich oglądanie ludzi skazujących się na cierpienie. Cóż, każdy, kto chce pokonać na własnych nogach 10 kilometrów w zaledwie 12 minut z hakiem, na pewno musi za to słono zapłacić. Ale czy ci herosi nas tym ogromnym wysiłkiem nie kupują? Chyba nie było kogoś, kto obojętnie by patrzył na to, jak odziany w piękny biało-czerwony kombinezon Władimir Semirunnij pędzi na czarnych łyżwach po spełnienie marzenia. Swojego i naszego.
Dobrze oglądało się Władka niemal płynącego po tafli lodu. Najpierw metry połykał, zdawałoby się, bezwysiłkowo. Ale to się szybko zaczęło zmieniać. Im dłużej trwała samotna jazda Polaka, tym wyraźniej widzieliśmy, jaka to "rzeźnia". Dodajmy, że słowo "rzeźnia" to nie jest nasz, dziennikarski, wymysł. To Paweł Zygmunt, były zawodnik, powtarzał je w studiu TVP. "To jest uczucie wyrywania flaków" - stwierdził nawet nasz były znakomity panczenista, przez długie lata rekordzista kraju na tym dystansie. A zatem: im bliżej Semirunnij miał do mety, tym mocniej cierpieliśmy, patrząc na jego cierpienie. Ale jeśli wtedy trochę zaczęliśmy się martwić, czy aby Holender Stijn van de Bunt nie zacznie naszego Władka doganiać, to co dopiero powiedzieć o tym, co przeżywaliśmy później?
Rekordzista świata nie dał rady, mistrz olimpijski nie dał rady, tylko Czech pokonał Polaka
Rywal Władka z pary przegrał z naszym kandydatem do medalu wyraźnie, o 6,67 sekundy. Ale już w następnej parze mocno zbliżył się do Semirunnija następny Holender, Jorrit Bergsma. Mistrz olimpijski na tym dystansie z Soczi z 2014 roku na mecie miał czas gorszy od Polaka o tylko 1,40 s. Ale - uff! był za Władkiem! A jadący razem z Bergsmą rekordzista świata i wielki faworyt Włochów Davide Ghiotto osłabł na końcówce tak bardzo, że od Semirunnija miał wynik gorszy aż o 7,64 s.
W tamtym momencie w grze zostało już tylko czterech zawodników, a Polak prowadził. Z jednej strony wiedzieliśmy, że skoro Władkowi nie dali rady aktualny rekordzista świata i były mistrz olimpijski, powinno być dobrze. Z drugiej - baliśmy się, bo do walki dopiero ruszali m.in. mistrz i wicemistrz tych igrzysk na 5000 m - Norweg Eitrem i Czech Jilek. A i Francuz Loubineaud jawił się jako rywal bardzo mocny, na 5000 m był kilka dni temu piąty.
Jadący w przedostatniej parze Jilek przez 6000 metrów miał międzyczasy gorsze niż Semirunnij, ale na metę wpadł z wynikiem lepszym aż o 5,65 s. Realizator transmisji pokazał nam w tamtym momencie Polaka z nietęgą miną. Władek już tylko siedział i patrzył. I denerwował się na pewno po stokroć bardziej niż my.
Przed ostatnią parą - norwesko-francuską - Semirunnij był drugi. Mieliśmy wirtualny srebrny medal. Eitrem i Loubineaud długo mocno walczyli. Ze sobą i z czasami Jilka oraz Semirunnija. I po około dwóch trzecich dystansu zaczęli tę korespondencyjną walkę z Czechem i Polakiem przegrywać! Gdy mieli za sobą 7200 m było jasne, że mistrzem olimpijskim zostanie Jilek. I coraz większe stawały się szanse na wicemistrzostwo olimpijskie dla Semirunnija. I tak to się skończyło! Przepięknie!
Semirunnij jeszcze jako Rosjanin zdobył brązowy medal MŚ juniorów. To było na początku 2022 roku. Tuż przed tym, jak na polecenie Władimira Putina rosyjskie wojsko rozpoczęło pełnoskalową wojnę na Ukrainie. Wiosną 2022 roku zdolny panczenista zrozumiał, że przez politykę, której osobiście się sprzeciwiał, jego sportowa kariera mogła się skończyć, zanim na dobre się zaczęła.
Semirunnij trafił do Polski dzięki temu, że znał trenera Pawła Abratkiewicza. Zadzwonił do szkoleniowca, który nieco wcześniej pracował w Rosji i zapytał, czy Polska nie zechciałaby go przyjąć. Wtedy sprawę zaczął prowadzić Konrad Niedźwiedzki, dyrektor sportowy Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego, a kiedyś świetny zawodnik, medalista olimpijski (brąz w drużynie w Soczi w 2014 roku). Nasza federacja wystawiła Władkowi, jak go dziś wszyscy w środowisku nazywają, oficjalne zaproszenie na treningi w Polsce. Dzięki niemu Semirunnij opuścił Rosję dwa i pól roku temu. I już do niej nie wrócił.
W Polsce Władek szybko zachwycił nowe otoczenie i talentem, i chyba jeszcze bardziej pracowitością. A jednocześnie sposobem bycia. To dobry, spokojny chłopak. Bez wielkich wymagań, skupiony na najprostszych rzeczach. Za wszystko bardzo wdzięczny. Szybko nauczył się naszego języka. Obiektywnie niezbyt piękny Tomaszów Mazowiecki, gdzie zamieszkał, uważa za wręcz cudowne miejsce do życia. A żyje niemal tylko sportem. Władek postawił sobie wielki cel - chciał w Mediolanie zaśpiewać polski hymn. Ze złotym medalem na szyi.
Srebro dla Polski po raz drugi! A to nie koniec
Złota nie ma, ale... też jest przepięknie! Srebro Semirunnija to drugi medal dla Polski na igrzyskach olimpijskich Mediolan/Cortina d'Ampezzo, po srebrze wyskakanym przez Kacpra Tomasiaka. Brawo Władek, brawo polskie panczeny i jedźmy po więcej! W sobotę o medal na 500 metrów powalczy Damian Żurek, który był już na tych igrzyskach czwarty na 1000 metrów. W niedzielę będziemy mieli jeszcze jedną dużą szansę - dzięki Kai Ziomek-Nogal na 500 metrów.
Piątkowy sukces Semirunnija to pierwszy indywidualny medal olimpijski polskiego panczenisty od 2014 roku, gdy Zbigniew Bródka zdobył złoto w Soczi. Minęło niemal równo 12 lat, a dokładnie 4381 dni, czyli 11 lat, 11 miesięcy i 29 dni.