Wywiad

Pod nogą jest siła, a jazda się klei. Polak przed wielką szansą

Radosław Leniarski
Michał Niewiński
Fot. Andre Weening/Imago Sport and News/East News

- Czy wiecie, co mam napisane na plecach? Polska. Jestem przygotowany na wszystko - mówi Michał Niewiński, najbardziej wygadany zawodnik polskiej reprezentacji w Mediolanie.

We wtorek w południe w Mediolanie startuje sztafeta mieszana z Natalią Maliszewską, Gabrielą Topolską, Felixem Pigeonem i Michałem Niewińskim. To jedna z największych polskich szans na olimpijski medal w short tracku.

Zobacz wideo Lindsey Vohn zachowała się nieodpowiedzialnie? Tajner: Jeżeli to prawda, to jest wyłączona na amen

Ale to tylko słowa, a one brzmią inaczej i mają inną wagę, gdy widzi się z bliska odwagę tych młodych ludzi. Na kimś, kto stoi obok toru, atakowanie ostrych łuków z prędkością 50 km na godzinę wywołuje ciarki. I jest niebezpieczne nie tylko dla łyżwiarzy – ich nieprzecinalny, kevlarowy kombinezon nie chroni od złamań po uderzeniu w bandę – ale i dla oglądających. Nadzorca toru każe odejść od bandy dla bezpieczeństwa. – Wczoraj łyżwiarze grzmotnęli o nią tak, że poprzewracali się ludzi, którzy stali tu gdzie wy – mówi.

Wśród polskich short trackowców jest jeden bardzo się wyróżniający. Mianowicie olimpijczyk, który pełnym głosem mówi o tym, że startuje w igrzyskach dla medalu. A do tego jest najbardziej wyluzowany i rozmowny bodaj ze wszystkich.

Wyglądasz na najbardziej wyluzowaną osobę na igrzyskach, w dodatku tuż przed startem walki o medal, a sztafeta mieszana to przecież jedna z największych szans, jeśli nie największa.

Michał Niewiński: - No tak, wielu olimpijczyków nie chce udzielać wywiadów dziennikarzom. Ja się nie boję. Nie można przecież na tych igrzyskach ześwirować po zobaczeniu kółek olimpijskich. A ja jestem taki, że buzia mi się nie zamyka, choć z wiekiem trochę nauczyłem się trzymać język za zębami. To jestem ja, to jest autentyczne. We mnie rozmowa o igrzyskach nie buduje presji. Wiem, że ludzie we mnie wierzą, w nas wierzą i to dodaje mi pozytywnej energii i wiatru w żagle.

Jeśli ktoś pyta o medale w short tracku, to mnie te pytania budują. Bo oznaczają, że ktoś wierzy w nas, a nie wymaga od nas. No bo jak wierzy, to pomaga, a wymagać mogą moi rodzice i trener. Nikt nie założy na mnie brzemienia, sam sobie je nakładam. Jestem wymagający wobec siebie i samokrytyka jest u mnie bardzo mocna.

No właśnie, nie mieliście najlepszego sezonu jako grupa.

- Mieliśmy słaby sezon. Wiem, uczę się na tym – i to jest właśnie samokrytyka. Natomiast wiem też, jak przepracowałem ten czas, jak wyglądały ostatnie dwa miesiące. I tu jest źródło mojego spokoju. Najgorzej przyjechać na zawody bez punktu zaczepienia. A ja czuję punkt zaczepienia – te przepracowane miesiące. Czuję, że mam pod nogą siłę. Jazda zaczęła się kleić.

Zaczynam czuć, że dzień startu się zbliża, ale utrzymuję ten spokój. Powiedziałem trenerowi, że to przecież będzie to samo lodowisko, co zawsze, nic się nie zmienia. Ma takie same wymiary, ma podobną przestrzeń, będziemy się ścigać z tymi samymi zawodnikami, z którymi się ścigamy od lat. Przez ostatnie pięć lat, od kiedy jestem w kadrze, odnieśliśmy wiele sukcesów. Musimy wykonać robotę i być gotowi. Reszta przyjdzie sama. Tylko, trzeba jeszcze pamiętać, że short track jest nieprzewidywalny.

Trenowaliście po raz pierwszy na lodowisku startowym, czyli na tym, gdzie odbywają się też konkursy łyżwiarstwa figurowego.

- Mam nadzieję, że w short tracku nie będzie piruetów i skoków, przynajmniej w naszej reprezentacji. Dzielenie hali z figurowcami lub hokeistami to rzeczywiście wyzwanie. Wytyczne dotyczące lodu są zupełnie inne. W konsekwencji on nie jest tak dobry, jak na zawodach short tracku. Jest to jakiś kompromis, na który jestem gotowy, bo dotyczy wszystkich. Wiele ekip jeszcze przed początkiem treningu miało wiele pytań i uwag na temat lodu, na przykład, że jest na obu zakrętach inny. Więc kiedy zeszliśmy z lodu, a byliśmy jednymi z pierwszych, inni nas dopytywali jeden przez drugiego, "No i jak było, jak było, powiedzcie". Odpowiedziałem wtedy "Słuchajcie, czy wy widzicie napis na moich plecach? Co tam jest napisane? Polska. Tak, jestem z Polski. Więc mnie to nie rusza".

Nie uderzam w naszą infrastrukturę, ale faktycznie nie mamy w Polsce takiego lodu, jaki jest na przykład w Salt Lake City. I, prawdę mówiąc, niedogodności na torze i lodzie można zapisać na naszą korzyść. Jesteśmy w stanie sobie z nimi poradzić lepiej niż inni. Amerykanie na co dzień jeżdżą na najlepszym lodzie na świecie i jak przyjeżdżają na gorszy lód, nie wiedzą, co się dzieje i wybucha panika. My jesteśmy spokojni.

Trenujecie w międzynarodowym zestawieniu. Czy to pomaga? Czy to w ogóle normalne, bo przecież podczas treningów rywale mogą dostrzec coś, co da im przewagę?

- Tak, to zupełnie normalne. Robimy tak podczas każdych zawodów. Estończyk Roberts Krusbergs, Turcy i Ukrainiec Oleg Hamdej trenują z nami bardzo często. A Oleg i Robert właściwie na co dzień od czterech lat. Są bardzo cennymi sparingpartnerami. Pomagają budować naszą drużynę. Sami oczywiście też korzystają, bo nie mają swoich zespołów, z którymi mogliby trenować lub mają je na niskim poziomie. Z Amerykanami na co dzień nie trenujemy, ale jeśli są przyjacielsko nastawieni, to wszystko w porządku. Schody zaczynają się, gdy przychodzi do wspólnych treningów z Chinami, Koreą albo Japonią. Najczęściej nie rozmawiają po angielsku, kontakt jest utrudniony. Ale wypowiem przy okazji ważną uwagę: tutaj treningi nie są najważniejsze na świecie. Bardziej budują pewność siebie niż formę sportową. Są to ostatnie szlify. Musimy dzięki nim tylko podtrzymać to, co sobie wypracowaliśmy.

Startujecie we wtorek z trudnymi rywalami: Holandią, Włochami, Węgrami [do półfinałów awansują dwie najlepsze drużyny i dwie z trzeciego miejsca z najlepszym czasem z trzech ćwierćfinałów].

- Tak, mamy bardzo mocne zespoły w ćwierćfinale, ale przecież i my jesteśmy bardzo mocni. Na lodzie może wydarzyć się wszystko. W mistrzostwach świata zdobyliśmy medal w sztafecie mieszanej, ale short track jest bardzo nieprzewidywalnym sportem. W pierwszym biegu – to przekaz od trenera – musimy pamiętać, żeby nie myśleć o tym, co będzie w finale, tylko o tym, co się dzieje tu i teraz. O tym, co mamy do zrobienia.

Przyjechali rodzice, pana najwięksi kibice. I też short trackowcy. Wystartują na mistrzostwach świata mastersów.

- Tak, to wzruszające. Rodzice poświęcali bardzo dużo czasu i energii, żebym się rozwijał. Jeździli na łyżwach rekreacyjnie, nigdy zawodowo, ale tak się rozkręcili, że faktycznie wystartują w Mastersach. Ale też, gdybym nie jeździł na łyżwach, mama nie miałaby prawa jazdy! Zrobiła je, żeby móc wozić mnie na treningi. Zawsze byli gotowi do pomocni w każdej sprawie, i pomagali.

Ja z kolei nigdy nie jechałem na trening za karę. Zawsze chciałem ćwiczyć, a oni mi to umożliwiali od momentu, kiedy założyłem pierwszy raz na nogi długie łyżwy. Mama powiedziała wtedy, że trenuję łyżwiarstwo, żeby pojechać na igrzyska olimpijskie i zdobyć tam medal. Często to powtarzała. To była jej wiara we mnie. Dlatego nie boję się mówić o medalu. Nie boję się zmierzyć z tą myślą. Ale również wiem, że mam 22 lata, a to oznacza, że czasu mam dużo, wiem, że nie ważą się w Mediolanie losy świata. Jak ekipa short tracku nie przywiezie do Polski medalu, świat się nie skończy. Ale z drugiej strony, czemu nie teraz?

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...