Alpejski świat otrzymał swój dramat: kolana Lindsey Vonn nie dały rady, tak były zmasakrowane. Amerykańska zawodniczka upadła podczas zjazdu na igrzyskach, do szpitala zabrał ją z trasy śmigłowiec.
Kilku specjalistów traumatologów ostrzegało, że pomysł startu w olimpijskim zjeździe z zerwanym dziewięć dni wcześniej więzadłem w kolanie (ACL), z odpryskiem kostnym, obrzękiem, w ortezie, z protezą w drugim kolanie, nie jest najmądrzejszy, jednak z szacunku dla dokonań Lindsey Vonn wypowiadało się znacznie bardziej dyplomatycznie. Nie, to nie było mądre.
Po co to zrobiła?
Jeszcze nie wiemy, jakich doznała urazów, ale od samego początku było wiadomo - od jej oświadczenia po zerwaniu więzadeł, że wystartuje w igrzyskach - że będzie igrała nie tylko ze zdrowiem, ale nawet życiem. Takiej sytuacji jeszcze nie przeżyła, choć – dziś 41-latka – startowała w igrzyskach olimpijskich już jako nastolatka. Najważniejszą motywacją było dla niej na pewno poczucie ostatniej szansy: upływający czas, ostatnie igrzyska, ulubiona trasa, na której wygrała częściej niż ktokolwiek inny, i pięć lat sportowego niebytu, po pierwszym zakończeniu kariery. Taką pokusę trudno odrzucić. A do tego możliwość zmarnowania energii zainwestowanej w wielką, olimpijską kampanię. Taką groźbę trudno zaakceptować.
Jest jeszcze coś głębszego: zamiłowanie do - lub pożądanie - ryzyka. Niewykluczone, że właśnie hazard i emocje z nim związane są tym, co ciągnie Vonn i inne zawodniczki (i zawodników) do zjazdu, konkurencji, w której trzeba ryzykować, ryzyko musi być w ich krwi.
Miałem kiedyś okazję tuż przed Pucharem Świata w Kitzbuehel zjechać słynnym Streifem, rzecz jasna ześlizgiwałem się ostrożnie po niemal pionowym lodzie, z włosami stojącymi dęba ze strachu, a potem słyszałem zjazdowców pędzących w dół po tym samym lodzie "pełną petardą" i huczących na zmrożonej trasie jak intercity. Żeby ruszyć w dół na całego, trzeba mieć – oprócz wybitnych umiejętności - specjalną konstrukcją psychiczną. Potem podbija się ją, podbudowuje, dopieszcza, dokarmia, sezonuje przez lata, selekcjonując na podium te zawodniczki/zawodników, które/którzy najbardziej lubią ryzyko, uwielbiają poczuć niepokojący dreszcz emocji. Wymaga on coraz silniejszych bodźców, żeby się aktywował.
Vonn dlatego wygrała 84 razy zawody Pucharu Świata, bo uwielbia ryzyko i za to ją wszyscy kibice kochają. Stąd brały się też inne korzyści, w tym wielki majątek. Ale to pobocze, konsekwencja tego, jak rozwijała się jej kariera.
Dziesiątki innych, mniej znanych zawodniczek i zawodników łamało się i wracało na narty, gdy tylko poczuło, że może chodzić. Tak jak Vonn. Wszyscy wokół do niej mówili: legenda, superbohaterka. Faktycznie, nią była, a co najważniejsze, coraz bardziej nią się czuła.
Jeśli ktoś będzie się śmiał, wyszydzał próbę Amerykanki, bo zakończyła się niepowodzeniem, będę pierwszy, żeby jej bronić. Dlatego, że postąpiła zgodnie ze swoją naturą ryzykantki.