- Straciłem wiarę w sukces. Kupiłem bilet na samolot. Miało być tak: bieg się kończy, jest szybki powrót do wioski, kąpiel i wyjazd. Jak było, wiadomo - Tomasz Sikora nie wierzył, że wywalczy olimpijski medal. Po srebro sięgnął 20 lat temu, w ostatnim starcie igrzysk we Włoszech, które od początku do końca przechorował.
W całej historii startów na zimowych igrzyskach olimpijskich Polska wywalczyła tylko 23 medale. Zaledwie jeden z nich dali nam biathloniści. Dwadzieścia lat temu zrobił to Tomasz Sikora, dziś ekspert Sport.pl z olimpijskiego studia, które możecie u nas oglądać codziennie, przez całe igrzyska Mediolan/Cortina d’Ampezzo 2026.
Sikora to jeden z najwybitniejszych zimowych sportowców Polski w dziejach. W 1995 roku sensacyjnie wywalczył mistrzostwo świata, a w kolejnych latach potwierdzał sportową klasę. Po złocie MŚ z 1995 roku wywalczył na imprezie tej rangi jeszcze srebro w 2004 roku i brąz w biegu drużynowym w 1997 roku. W Pucharze Świata przez wiele lat należał do ścisłej czołówki. W sezonie 2008/2009 ukończył cykl na drugim miejscu. Natomiast w olimpijskim sezonie 2005/2006 zdobył Małą Kryształową Kulę dla zwycięzcy klasyfikacji sprintu, a w "generalce" PŚ był czwarty. To tamtej zimy Sikora osiągnął najważniejszy sukces w karierze. Sukces, którego – co sam podkreśla – już się nie spodziewał.
Nie spał, chorował, chciał już wracać. A musiał zostać, by odebrać srebro
Nasz biathlonista był na igrzyskach pięć razy, a jedyny krążek wywalczył tam, gdzie bardzo mu nie szło - w 2006 roku w Turynie. - Start w biegu masowym miałem zapewniony, bo byłem 12. zawodnikiem Pucharu Świata [top 15 ma pewne miejsca]. Przez całe igrzyska borykałem się z problemami zdrowotnymi. Spałem po trzy-cztery godziny, byłem po prostu zmęczony i chyba straciłem wiarę w sukces - wspomina Sikora.
Po 21. miejscu w biegu indywidualnym (20 km), 19. w sprincie i 18. w pościgowym oraz 13. w sztafecie Sikora myślał już głównie o powrocie do domu. - Kupiłem bilet na samolot. Zorganizowałem transport na lotnisko, bo samolot był z Francji. Miało być tak: bieg się kończy, jest szybki powrót do wioski, kąpiel i wyjazd na lotnisko. Jak było, wiadomo. Na szczęście musiałem zmienić plany - wspomina wicemistrz olimpijski. - Najśmieszniejsze, że ze mną miała wracać Magda Gwizdoń, również miała kupiony bilet. Ale została na dekoracji - dodaje.
Gdyby nie ostatni strzał, Sikora miałby złoto
Na ostatnie, czwarte, strzelanie tamtego biegu niemal razem wpadli Sikora i Ole Einar Bjoerndalen. Norweski król biathlonu trafił pierwszy z pięciu strzałów, a za drugim razem spudłował. Wtedy pierwsze trafienie zanotował Sikora. Po chwili Bjoerndalen pomylił się jeszcze raz i było jasne, że musi przebiec dwie karne rundy! A Polakowi został wtedy ostatni strzał. Niestety, Sikora chybił. I w tym momencie na stanowisku obok stanął Michael Greis. Kiedy Norweg robił dwie rundy w "ogródku", a Polak jedną, Niemiec strzelał bezbłędnie. Efekt przed ostatnim odcinkiem biegowym był taki:
- Sikora
- Greis +3,3 s straty
- Paavo Puurunen +15,4 s
- Bjoerndalen +20,8 s
Sikora kalkulował, a komentator krzyczał do Niemca: „Skuś baba na dziada!"
Sikorę pytaliśmy kiedyś na Sport.pl o taktykę, jaką przyjął na ostatnią rundę. Na 13. z 15 kilometrów trasy Greis już był przed nim. Tylko o 0,7 s. Ale wkrótce zaatakował i uciekł. Czy Polak nie gonił, bo już nie miał siły?
- Nie wiem tak naprawdę, czy coś bym zmienił w tym biegu. Całe ostatnie okrążenie myślałem, jak je rozegrać. Tempo Greisa było bardzo szybkie, musiałem podjąć decyzję, czy próbuję walczyć do końca, co mogło spowodować kryzys i utratę srebrnego medalu, czy odpuścić w momencie, gdy sił jest wystarczająco, by później dowieźć srebro do mety. To już jest za mną i nigdy się nie dowiem, która opcja byłaby lepsza - odpowiadał.
Na mecie Greis był o 6,3 s przed Sikorą, a Sikora o 6 s przed Bjoerndalenem. Bardzo możliwe, że nasz biathlonista podjął najlepszą decyzję, choć my, kibice, czuliśmy niedosyt.
- Niestety, ostatni, 20. strzał Tomek spudłował. Gdyby nie to, Greis by go nie wyprzedził i Tomek miałby złoto. Jednak srebro też jest piękne. Mistrzostwo świata jest cenne, ale jednak olimpijski medal zostaje w pamięci na zawsze. To moje najmilsze wspomnienie związane z Tomkiem, bo byliśmy wtedy z Krzysztofem Wyrzykowskim na miejscu, komentowaliśmy bieg w Eurosporcie. Pamiętam, że kiedy strzelał Greis, nie mogłem się powstrzymać i krzyknąłem: "Skuś baba na dziada!" – opowiadał kiedyś w rozmowie ze Sport.pl Tomasz Jaroński. - Także wtedy po raz pierwszy pojawiło się słynne: "Rach, ciach, ciach". Tak mówił Krzysiek, gdy Tomek zaliczał bezbłędne strzelanie. Bardzo się wtedy wzruszyliśmy, od razu pobiegliśmy mu gratulować. Tomek to się śmiał, to płakał.
Dziś Jaroński tworzy komentatorski duet Eurosportu z Sikorą. Podczas igrzysk Mediolan/Cortina d’Ampezzo 2006 panowie relacjonują biathlon i biegi narciarskie. Szkoda, że raczej nie będzie im dane skomentować takiego polskiego sukcesu, jak ten Sikory sprzed 20 lat.
- Często wracałem do tamtego startu, gdy byłem zawodnikiem i potrzebowałem optymizmu po słabym biegu. Uśmiech i pozytywne emocje wracały po wsłuchaniu się w komentarz Tomka Jarońskiego i Krzysztofa Wyrzykowskiego – zdradził nam kiedyś Sikora.