W czwartek o 11 przy szatniach kadr na skoczni w Predazzo odbywało się spotkanie kapitanów drużyn (tzw. Team Captains' Meeting, czyli TCM). W zamkniętym namiocie, gdzie przebywali członkowie sztabów i działacze FIS, podobno nie działo się nic interesującego. W tym samym czasie na samym zeskoku obiektów było już jednak o wiele ciekawiej.
- Winner of the silver medal: Polish athlete Pola Beltowska! - wykrzyczał nagle spiker. Tak, naprawdę przekazał, że polska skoczkini zajęła drugie miejsce na igrzyskach. I ktoś wszedł na podium, ktoś się uśmiechnął, ktoś pomachał i odbierał coś, co na telebimie wyglądało jak wspomniany srebrny medal. Na skoczni nie było oczywiście kibiców, więc wszystko odbywało się w ciszy.
Zajęło mi chwilę, zanim wyłapałem te słowa z głośników i zdążyłem zorientować się, o co właściwie chodziło. Pola Bełtowska to bardzo utalentowana zawodniczka i cieszyłbym się ogromnie, gdyby jej srebro na igrzyskach we Włoszech okazało się prawdą. Jednak trudno byłoby w to uwierzyć - jej najlepszym wynikiem tej zimy było 14. miejsce w Falun, a w większości konkursów walczyła głównie o awans do drugiej serii, czy zakwalifikowanie się do zawodów.
Dlaczego akurat postanowili wyczytać nazwisko Polki? Tego nie wiadomo, ale nie mamy nic przeciwko, wręcz kibicujemy, by podobnie było też w sobotę. Na skoczni w Predazzo zaplanowano wtedy konkurs indywidualny pań, w którym wystąpią dwie Polki - Bełtowska i Anna Twardosz.
To, czego byłem świadkiem w czwartek na skoczni w Predazzo, było próbą ceremonii medalowej po konkursie skoczkiń na normalnej skoczni. Na podium stawały "aktorki" - wolontariuszki działające przy komitecie organizacyjnym, a nie zawodniczki. Najwyraźniej organizatorzy losowo wybierali skoczkinie, których nazwiska później wyczytywali na głos na cały stadion. Albo mają ogromną wiarę w możliwości naszej reprezentantki: w końcu złoto w tych zawodach zdobyłaby Norweżka Eirin Maria Kvandal, a srebro - ex aequo z Bełtowską - Katharina Schmid z Niemiec.
- To super, ha, ha! - śmiał się, słysząc o całej sytuacji, asystent trenera kadry polskich skoczkiń Stefan Hula. Na sugestię opowiedzenia o tym zawodniczce odpowiedział: "Nie, nie, lepiej, żeby to była niespodzianka". A trener główny Marcin Bachleda w swoim stylu zażartował: "To po co my idziemy na te czwartkowe treningi? Trzeba iść świętować!".
Szanse Bełtowskiej na medal wydają się jednak minimalne, to misja z gatunku tych niemal niemożliwych do wykonania. W pierwszej serii treningowej w Predazzo, która rozpoczęła się w czwartek o 17, Bełtowska uzyskała 84,5 metra, wyprzedzając tylko trzy zawodniczki. Lepiej zaprezentowała się druga z Polek - Twardosz. Tej zimy regularnie punktuje i na igrzyskach może celować w szeroką czołówkę - pozycje w granicach najlepszej "15" czy "20", a przy świetnym dniu być może i "10". Na pierwszym treningu skoczyła 93 metry i po swoim skoku (ma 29. numer na 50) była druga. Ostatecznie skończyła trening na 18. miejscu. Najlepsza była Nika Prevc ze Słowenii (98 metrów).
Skoczkinie czekają w czwartek jeszcze dwie serie treningowe. Kolejne skoki oddadzą w piątek rano - o 9 zaplanowano im kolejne treningi. Już w sobotę mają pierwszy start i szansę walki o medale: konkurs na normalnej skoczni w Predazzo. W niedzielę 15 lutego pierwszy raz w historii igrzysk powalczą także na dużym obiekcie. Relacje na żywo z igrzysk na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl LIVE.