Igrzyska olimpijskie w Paryżu w wykonaniu polskich sportowców były sporym rozczarowaniem. Biało-Czerwoni zdobyli zaledwie 10 medali, co jest najgorszym wynikiem od 68 lat. W klasyfikacji medalowej nasz kraj zajął dopiero 42. miejsce. Jeszcze w trakcie zawodów rozpoczęło się szukanie winnych. Sportowcy i komentatorzy co rusz wskazywali na związki i działaczy. Najbardziej oberwało się Polskiemu Związkowi Kolarskiemu.
"Działaczy na lotnisko nie zapraszamy. Jedźcie do domu, tam was nikt nie potrzebuje" - grzmiał komentujący srebro Darii Pikulik na antenie Eurosportu kolarz torowy Krzysztof Maksel. "Ja mam tylko jeszcze jeden apel: żeby ten medal nie przykrył problemów, z jakimi boryka się polskie kolarstwo" - mówił z kolei Tomasz Jaroński. O tym, jak związek podchodził do przygotowań naszych kolarzy, opowiedziała zresztą sama zawodniczka. - W lutym musiałam sama zapłacić sobie za zgrupowanie. Do kwietnia nie mieliśmy nawet informacji odnośnie finansowania. Nie mieliśmy rowerów, nie mieliśmy nic. Kombinezony dostałyśmy dzień przed startem - wyjawiła przed kamerami TVP Sport.
A podobnych afer było więcej. Jakub Zborowski, komentujący szermierkę na antenie Eurosportu, podniósł alarm ws. niejasnych i niesprawiedliwych zasad kwalifikacji do drużyny florecistów. "Tak kończy się kolesiostwo i układy w Polskim Związku Szermierczym" - rozpoczynał obszerny monolog w trakcie przegranego ćwierćfinału z Włochami. Z kolei nasz zapaśnik Arkadiusz Kułynycz ujawnił, że związek nie pozwolił mu zabrać do Paryża sparingpartnera. "Jest mi przykro, bo zamiast przyjechać tutaj mój sparingpartner, to działacze przyjechali sobie z osobami towarzyszącymi. Tyle" - przyznał.
O tego typu głosy w rozmowie z "Przeglądem Sportowym" był pytany szef polskiej misji olimpijskiej w Paryżu i wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, Tomasz Majewski. - Tak naprawdę wiemy, że nie działa związek kolarski, bo musi być obsługiwany zewnętrznie i ma bardzo duże kłopoty. A jeśli chodzi o resztę, to mamy już do czynienia z subiektywnymi opiniami zawodników, często pojedynczych. Niektórzy narzekali, ale przez ten pryzmat trudno oceniać poszczególne związki. Bo mówimy tu o indywidualnych przypadkach, a nie o głębokiej analizie - odpierał ataki.
W kontekście PZKol wspomniany Maksel twierdził nawet, że "związek nie pomaga, związek u nas rzuca kłody pod nogi". Były dwukrotny mistrz olimpijski w pchnięciu kulą ma jednak inne podejście. - Są różne związki. Lepsze i gorsze. Ale finalnie to zawodnik jest na arenie i prezes w niczym mu nie przeszkodzi - mówił.
Majewski ocenił także ostateczny dorobek medalowy Polaków. 10 krążków nie było dla niego wielkim zaskoczeniem. - Wiadomo, że chciałoby się więcej. Po 14 medalach w Tokio uwierzyliśmy, że idziemy w górę. Ale to było zakłamanie rzeczywistości - stwierdził.