Weronika Zielińska-Stubińska była jedyną polską sztangistką, która pojechała na igrzyska w Paryżu. Polka mogła zaskoczyć jako mistrzyni Europy. Ostatni medal w podnoszeniu ciężarów Polacy zdobyli w Londynie, wtedy na konto Biało-Czerwonych wpadły trzy krążki. Ta dyscyplina dała nam przez dziesięciolecia 34 medale. Więcej udało się zdobyć jedynie w boksie i lekkiej atletyce.
Niestety, polska sztangistka zepsuła dwie próby w rwaniu na 106 kg i jedną na 107 kg. Z racji, że ani razu nie podniosła olimpijskiej sztangi, nie ukończyła rwania jako jedyna i nie została dopuszczona do podrzutu.
Tuż po nieudanym występie Zielińska-Stubińska zabrała głos w mediach społecznościowych. Zdaje sobie sprawę, że spisała się poniżej wszelkich oczekiwań.
"Przepraszam wszystkich, których zawiodłam. Nie wiem, co powiedzieć, ale tak jak pisałam, biorę to, co jest, co daje mi dzisiejszy dzień. Przez długi czas organizm dawał radę, ale nie wytrzymał w najgorszym możliwym momencie. Nikt nie jest robotem, ja też nie. A jak ktoś chce zacząć krytykować, to proszę bardzo. Fakt jest faktem - spaliłam trzy podejścia i zaliczyłam najgorszy start w karierze w momencie, w którym powinien być najlepszy. Natomiast proszę prześledzić też fakty z mojej drogi w to miejsce, jak już ktoś chce być obiektywny" - napisała sztangistka na InstaStories. Ostatnie zdanie z pierwszego z trzech postów nakazywało myśleć, że gorsza dyspozycja dnia nie była jedynym czynnikiem, dlaczego nie poszło dobrze na IO.
O niepowodzenie na IO obwiniła wprost trenera kadry, ale nie podała jego nazwiska. Stwierdziła też, że nie udźwignęła presji. "Rzucone kłody pod nogi przez trenera kadry (tego, co uważa, że mi się zdarza i że się uwsteczniłam), który twierdzi, że nas mobilizowały, nie mobilizowały, a mocno przeszkadzały. Niektóre rzeczy i słowa wstrzymuje się do czasu, ale ja też nie jestem maszyną. Dzisiaj coś pękło, więc ci, którzy są moimi przeciwnikami - możecie być z siebie dumni, nie pozdrawiam. Nie wytrzymałam presji i nie przełamałam zmęczenia psychicznego, które mi towarzyszyło po walce o kwalifikację. Nie mam problemu przyznać się do błędów czy słabości. Na porażkę złożyło się na pewno więcej czynników, ale na głębsze analizy przyjdzie czas" - napisała w kolejnym poście.
Zielińska-Stubińska zdaje sobie sprawę z tego, że wyjazd do Paryża może ją wiele nauczyć. Jeszcze przed igrzyskami zapowiadała, że chce do końca kariery pracować z klubową trenerką, Pauliną Szyszką.
"Palić podejścia na igrzyskach olimpijskich i ponosić porażki zdarzało się najlepszym, faworytom do medali, czy medalistom olimpijskim z poprzednich igrzysk - taki jest sport, nieprzewidywalny. To jest właśnie piękno sportu. Biorę to, co jest. Dbam o zdrowie, odrabiam lekcje i wracam silniejsza - obiecuję. Dziękuję wszystkim tym, co są ze mną na dobre i na złe! Szczególnie Paulinie Szyszce, która uczestniczyła ze mną w tym wszystkim na pierwszej linii frontu" - oznajmiła w trzecim, ostatnim pokonkursowym poście.
Jeszcze w wywiadach przed IO, a także w rozmowie po zawodach z Eurosportem, Zielińska-Stubińska mówiła o nie do końca wyleczonych urazach, atakach paniki, stanach depresyjnych i sporach ze związkiem. Już wcześniej zarzucała kolesiostwo w Polskim Związku Podnoszenia Ciężarów (PZPC).
- Każdy wie, że nie miałam łatwej drogi do kwalifikacji. Musiałam walczyć do ostatniej imprezy. Od półtora roku, po powrocie po kontuzji jestem cały czas w treningu. Więcej niż dwóch dni przerwy od treningu nie miałam. Organizm jest zmęczony, zaczęły pojawiać się urazy i nie było czasu, żeby je leczyć. Cały czas musiałam coś komuś udowadniać. Cały czas musiałam walczyć nie tylko na pomoście, ale też ze związkiem, trenerem kadry, działaczami. Dopiero miesiąc przed igrzyskami, jak kwalifikacja została zdobyta, mogłam trenować tylko z moją trenerką, nie musiałam jeździć na kadrę do trenera, który mnie wcześniej skreślił. Nie byłam w kadrze przed mistrzostwami świata. Dopiero teraz dostałam pieniądze od sponsora związku - powiedziała w rozmowie z Eurosportem.
"Usłyszałam, że w sumie dobrze, że trener rzucał nam kłody pod nogi, bo nas to bardziej mobilizowało, że rzucane kłody pod nogi nas mobilizowały. Nie, to bardziej przeszkadzało. Uważam, że mam mocną psychikę, ale nie wszyscy są ze stali i ta kiedyś granica kiedyś zostaje przekroczona. U mnie została przekroczona przed igrzyskami. Ostatnia prosta była bardzo ciężka. Pojawiły się ataki paniki, które miałam jeszcze kiedyś, jak zmagałam się z depresją, pojawiały się różne stany depresyjne. Przed igrzyskami powinnam być nakręcona, zmotywowana, a byłam zmęczona, bo cały czas musiałam się przebijać i rozpychać łokciami. Jestem tu bez fizjoterapeutki. Jak jechałam na imprezę kwalifikacyjną, słyszałam, że to jest "moje widzimisię" - dodała.
Weronika Zielińska-Stubińska już wcześniej mówiła, że otwarcie myśli o starcie na igrzyskach olimpijskich w Los Angeles za cztery lata.