Iga Świątek nie tak wyobrażała sobie olimpijski półfinał w Paryżu. Polka w starciu z Qinwen Zheng była zdecydowaną faworytką, ale mecz od początku nie układał się po jej myśli. Od wyniku 2:2, przegrała cztery gemy z rzędu i całą pierwszą partię. W drugiej prowadziła już 4:0, by dać się dogonić i rozegrać bardzo nerwową końcówkę. Na sam koniec miała okazję doprowadzić do tie-breaka, ale odpadła przez dość kontrowersyjnej ostatniej akcji.
Zheng prowadziła w drugim secie 6:5 i miała serwis po swojej stronie. Świątek miała jednego breakpointa, ale Chinka zdołała się obronić i gra toczyła się na przewagi. W końcu doczekała się piłki meczowej i Polka znalazła się w olbrzymich tarapatach. Zheng nie kalkulowała, tylko posłała bardzo mocny serwis. 23-latka próbowała returnować, ale wyrzuciła piłkę w aut. Wtedy jej rywalka z radości padła na ziemię i zaczęła świętować wejście do wielkiego finału. Świątek pozostał jednak cień szansy, bo zgłosiła pewną wątpliwość.
Polka zasygnalizowała sędzi, że jej zdaniem piłka przy serwisie Zheng była autowa. Wtedy to na korcie Philippe'a Chartiera rozległy się gwizdy. Pani arbiter podeszła jednak do linii i sprawdziła ślad. Wyrok był błyskawiczny i jednoznaczny. Zagranie było prawidłowe i Świątek musiała pogodzić się z porażką.
Choć werdykt sędziowski był jasny, sytuacja wcale nie jest taka jednoznaczna. Wszystko przez obowiązujące na igrzyskach zasady. Podczas turnieju tenisowego sędziowie oceniają ślad po uderzeniu piłki "na oko". Nie mogą korzystać z powtórek ani technologii "hawk-eye". Taka sama sytuacja miała miejsce podczas ostatniej edycji Rolanda Garrosa. Ocena mogła być zatem niedokładna. Trudno więc mówić o zapewnieniu pełnej sprawiedliwości.
Świątek czeka zatem mecz o brązowy medal. Na razie Polka nie zna ostatniej rywalki. Będzie nią przegrana z drugiego półfinału, w którym zmierzą się Anna Karolina Schmiedlova i Donna Vekić.