Chwile słabości przezwyciężone, siatkarska wielkość pokazana! Polacy długo grali z Brazylią z podciętymi skrzydłami i momentami niemoc ta była tak wielka, że aż strach myśleć, co by było, gdyby nie skuteczność środkowych i przebudzenie jubilata Wilfredo Leona. Trener Nikola Grbić zdecydował się w pewnym momencie na dość desperacki ruch. Ostatecznie Biało-Czerwoni wygrali 3:2 i zapewnili sobie awans do ćwierćfinału igrzysk w Paryżu.
Przed środowym spotkaniem z Brazylijczykami nieraz podpytywano polskich siatkarzy i trenera Nikolę Grbicia o nietypową wczesną porę meczu, bo ten rozpoczął się już o godz. 9. Odbywali oni specjalnie treningi w pierwszej części dnia, by się do tego przygotować. Ale pobudka o świcie to był najmniejszy z problemów wicemistrzów świata i mistrzów Europy tego dnia. Mieli całą listę dużo poważniejszych, ale je przezwyciężyli, wygrywając zacięty dreszczowiec.
Operator pokazywał, kogo brakowało najbardziej Polakom
Od czerwcowego losowania składu grup wiadomo było, że pierwsza prawdziwa weryfikacja formy Polaków w turnieju olimpijskim w Paryżu nastąpi właśnie 31 lipca. Bo nie sposób się było spodziewać, by mocniej postraszył ich cztery dni wcześniej egzotyczny rywal z Egiptu, dla którego sam udział w igrzyskach jest nagrodą i spełnieniem marzeń. Choć jak się potem okazało, to spotkanie miało znacznie większy wpływ, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. A środowa weryfikacja wypadła brutalnie pod kątem myślenia o tak długo wyczekiwanym medalu olimpijskim, który - w oczach wielu - Biało-Czerwoni mieli wreszcie teraz przywieźć.
Wygrana 3:0 z Egiptem zeszła momentalnie na dalszy plan, bo w trzecim secie urazu kostki doznał Tomasz Fornal. Przyjmujący Jastrzębskiego Węgla przez dwa sezony był tzw. złotym rezerwowym u Grbicia, ale teraz - wobec jego świetnej gry i słabszej formy dotychczasowych pewniaków - wyrósł na zdecydowanego lidera. Jeszcze niedawno kibice żartowali w mediach społecznościowych, że trzeba go owinąć w folię bąbelkową. Nie zdążono - siatkarz, którego zwykle omijały kłopoty zdrowotne, doznał urazu, opadając po skoku do bloku.
Co prawda nie sprawdził się czarny scenariusz, ale i tak wiadomo było, że Fornal będzie potrzebował przymusowej przerwy. Na mecz z Brazylią szkoleniowiec pozostawił go w składzie, nie korzystając z transferu medycznego (do dyspozycji miał atakującego Bartłomieja Bołądzia), ale wiadomo było, że nie będzie raczej sięgał po zawodnika, który nie jest w pełni sprawny. Fornal więc długo tylko truchtał podczas przerw i dopingował kolegów z kwadratu dla rezerwowych. Gdy trwała wielka niemoc polskich skrzydłowych, to nawet realizator transmisji wiedział, kogo najbardziej brakuje Polakom - kilka razy kierował na niego kamerę.
Grbić spotkanie z Brazylijczykami zaczął z Aleksandrem Śliwką w miejsce Fornala, ale dość szybko zmienił go Kamil Semeniuk. Problem polegał jednak na tym, że obaj dotychczasowi żołnierze Grbicia są dalecy od swojej najwyższej formy i żaden z nich nie zapewniał zadowalającego poziomu. Zmieniali się więc co jakiś czas. W pewnym momencie Serb nawet zdecydował się na nieco desperacki ruch - w trzecim secie wpuścił na krótką chwilę Fornala.
Strzał w dziesiątkę Grbicia. Awaria w grze Polaków i na tablicy wyników
Drugi przyjmujący Wilfredo Leon grał początkowo nierówno i słabsze momenty przeplatał świetnymi. Ale w końcówce to już był Leon, którego polska kadra obecnie bardzo, ale to bardzo potrzebuje. Skuteczność w ataku i przede wszystkim moc na zagrywce, którą raził wielokrotnie przeciwników. Najlepsze tego potwierdzenie - mecz zakończył dwoma asami. A spotkaniu tańczył w kółku, do którego zapewne zaprosili go koledzy w ramach celebrowania jego 31. urodzin.
Dobre momenty miał Bartosz Kurek, ale właśnie na tym polegał problem - tylko momenty. Jednym z tych słabszych była akcja, która pokazała ogólne zagubienie Polaków. Przy stanie 11:16 w pierwszym secie rozgrywający Brazylijczyków przebiegł na drugą stronę boiska, ratując sytuację. Mając okazję do kontrataku, Marcin Janusz wystawił Kurkowi na podwójny blok, zamiast posłać piłkę na drugie skrzydło, a kapitan uderzył piłkę na tyle słabo, że rywale bez problemu chwilę później zakończyli akcję.
Dość powiedzieć, że przez długi czas Biało-Czerwoni utrzymywali się na powierzchni dzięki skuteczności środkowych, którzy nie zawodzili w ataku i na zagrywce. A gdy słabiej zaczęło iść jednemu z nich - Mateuszowi Bieńkowi - to Grbić wpuścił Norberta Hubera i to okazało się strzałem w dziesiątkę. Gracz Jastrzębskiego Węgla po kosmicznym sezonie w kadrze rok temu i ostatnim sezonie klubowym wyrósł na najlepszego środkowego świata. Tego lata nieco obniżył loty, ale w środę pokazał, że w ważnym momencie można na niego liczyć.
Wiele do życzenia pozostawiała też wciąż gra w obronie Polaków. Mieli spore problemy z kontynuacją akcji, co ich mocno frustrowało. Po jednej z nieudanych obron Śliwka aż zakrył twarzy dłonią. Ogółem ich gra pełna długimi chwilami pełna mniejszych i większych awarii. Jedną zaliczyli też krótko organizatorzy. Na początku drugiego seta punkty zdobywali Biało-Czerwoni, a na tablicy wyników przy nich wciąż widniało zero, a punkty dopisywano rywalom. W pewnym momencie Brazylijczycy prowadzili już nawet teoretycznie 5:0 i wtedy wyzerowano licznik i poprawiono rezultat zgodnie z prawdą na 3:0 dla Polaków. Ci ostatni też wrócili na dobre tory, choć zajęło im to sporo czasu. Pozostaje mieć wielką nadzieję, że pozostaną na nich w kolejnych spotkaniach igrzysk.