Igrzyska olimpijskie to nie tylko mordercze treningi, zaciekła rywalizacja, a także medale rozdawane na podium. W Paryżu dzieje się wiele, nie tylko jeśli chodzi o sprawy stricte sportowe. Najlepiej świadczy o tym najnowszy przypadek polskiej pływaczki Dominik Sztandery, która bez względu na końcowy wynik paryskiej przygody, zapamięta ją do końca życia.
Dla 27-letniej Dominiki Sztandery niedziela 28 lipca była słodko-gorzkim dniem. Najpierw w sesji porannej igrzysk olimpijskich musiała przełknąć gorycz porażki. Odpadła w eliminacjach pływania na 100 metrów stylem klasycznym.
Zajęła ósme miejsce, a czas 1:07:22 dał jej 21. pozycję w ogólnej klasyfikacji biegów eliminacyjnych. Porażka nie oznacza jednak pożegnania z igrzyskami, bowiem Sztanderę czeka jeszcze rywalizacja sztafet. To oznacza, że została w Paryżu i wciąż może marzyć o sukcesie.
Po nieudanym występie indywidualnym zawodniczka wraz ze swoim partnerem Cezarym postanowiła zwiedzić stolicę Francji. Jednym z punktów okazał się Luwr, w którym można oglądać jedno z najsłynniejszych dzieł wielkiego artysty, jakim nie wątpliwie był Leonardo da Vinci. Mowa oczywiście o "Mona Lisie".
Sztandera, wchodząc do Luwru, być może nie spodziewała się, że wyjdzie z niego jako... kobieta zaręczona. Partner pływaczki postanowił oświadczyć się jej przed słynnym obrazem. Zawodniczka powiedziała "tak".
"Najpiękniejszy dzień w moim życiu. Debiut olimpijski i zaręczyny w Luwrze" - napisała na swoim profilu na Instagramie, gdzie podzieliła się radosną nowiną ze swojego życia prywatnego.