- Jak już postawię nogę w wiosce olimpijskiej, to wtedy dopiero dotrze do mnie: "Ok, jestem tutaj, udało się" - mówi Joanna Wołosz, która o igrzyskach marzyła od 24 lat. Udało jej się to zrealizować przy czwartym podejściu. Duży wkład w sukces polskich siatkarek ma włoski selekcjoner Stefano Lavarini, którego utytułowana rozgrywająca opisuje jednym słowem.
- Pamiętam, jak oglądałam ceremonię otwarcia igrzysk w Tokio i myślałam wtedy: "Znowu się nie udało" - wspomina Joanna Wołosz. Ale w ubiegłym roku, po trzech przegranych kwalifikacjach, w końcu się udało. Wołosz i polskie siatkarki zrealizują nieosiągalne dotąd marzenie. I wtedy też siatkarka wywołała zamieszanie słowami, których teraz nie żałuje, choć trudno jej się do tamtych chwil wraca.
Wołosz wciąż nie wierzy w spełnienie wielkiego marzenia. "Jedyna rzecz, która może nas przytłoczyć"
- Kiedy zaczęłam marzyć o występie w igrzyskach? Mając 10 lat, oglądałam transmisję z Sydney i pomyślałam: "Wow, ale fajnie byłoby się tam znaleźć w gronie sportowców i na takiej imprezie" - opowiada Wołosz, gdy rozmawiamy razem z nią w dziennikarskim gronie.
W środę Wołosz razem z koleżankami z kadry złoży w Warszawie ślubowanie i poleci do Paryża, by zadebiutować w olimpijskiej rywalizacji. Po raz pierwszy szansę na awans miała w 2012 r., ale zarówno do Londynu, jak i później do Rio de Janeiro i Tokio Polki nie wywalczyły przepustki. Rozgrywająca oglądała wtedy igrzyska w telewizji - jednocześnie wzruszona rozmachem imprezy i smutna z powodu własnej nieobecności.
- Pamiętam, jak oglądałam ceremonię otwarcia igrzysk w Tokio i myślałam: "Znowu się nie udało". Udzieliły mi się wtedy emocje, bo byłyśmy blisko, ale ponownie skończyło się bez awansu. Cieszę się, że - może nie na koniec kariery, bo mam nadzieję, że jeszcze kilka lat pogram - jako doświadczona zawodniczka zdobyłam tę kwalifikację - podkreśla 34-latka.
Dwukrotna triumfatorka Ligi Mistrzyń od lat jest liderką drużyny narodowej i co do jej obecności w składzie olimpijskim przed jego ogłoszeniem nikt nie miał wątpliwości. Ale i tak dla niej samej jeszcze wiele miesięcy po wywalczeniu biletu do Paryża nierealne wydawało się to, że za chwilę spełni to wielkie marzenie.
- Zostało już niewiele czasu, a nie dochodzi do mnie jeszcze, że pojadę na igrzyska. Zawsze może się przydarzyć kontuzja czy inna pechowa sytuacja. Ale jak już postawię nogę w wiosce olimpijskiej, to wtedy dotrze do mnie: "Ok, jestem, udało się" - zaznacza z uśmiechem siatkarka Imoco Volley Conegliano.
Wołosz podczas igrzysk bardzo lubi oglądać rywalizację lekkoatletów. Widać to także po jej wyborze sportowca, którego chciałaby spotkać w wiosce. Stawia ona bowiem na trzykrotną mistrzynię olimpijską w rzucie młotem Anitę Włodarczyk.
Wołosz jest najstarsza i najbardziej doświadczona w kadrze siatkarek na igrzyska w Paryżu. Czy fakt, że żadna z zawodniczek nie ma jeszcze olimpijskiego przetarcia oznacza, że trudno będzie się oswoić z tremą? Zdaniem kapitanki Biało-Czerwonych cenny będzie pod tym kątem odpowiednio wczesny wylot do Francji. Pierwszy mecz rozegrają dopiero cztery dni później.
- Da nam to przestrzeń, byśmy się oswoiły z miejscem, z atmosferą. Wydaje mi się, że jak już wyjdziemy na mecze, to będziemy do tego podchodzić jak do każdego innego turnieju. Sama otoczka wydaje mi się jedyną rzeczą, która może nas przytłoczyć - wskazuje.
Znaczący tatuaż Wołosz. "Nie żałuję tych słów". Dla Lavariniego ma jedno określenie
Sportowcy często przy okazji debiutu lub sukcesu w igrzyskach decydują się na wytatuowanie olimpijskich kół. Pojawią się one również najpewniej u Wołosz, która ma już kilka tatuaży. Jeden z nich to umieszczone na wewnętrznej stronie przedramienia słowo "równowaga". Jak przyznaje siatkarka, osiągnięcie jej zajęło trochę czasu i tak naprawdę cały czas dąży do jej utrzymania i na razie jej to dobrze wychodzi.
- Ale wiem, że można być raz wysoko, a za chwilę już nisko - zastrzega.
Trudniejsze chwile przeżywała m.in. rok temu. Dołączyła do kadry w trakcie sezonu, gdy już uporała się z kontuzją ręki. Potrzebowała trochę czasu, by na nowo zgrać się z koleżankami, a świetnie radziła sobie wtedy jej zmienniczka Katarzyna Wenerska. Wśród kibiców i ekspertów trwała wtedy dyskusja, która z nich powinna być wobec tego w wyjściowym składzie podczas mistrzostw Europy i późniejszych kwalifikacji olimpijskich. Lavarini stawiał zwykle na Wołosz, która zaraz po wywalczeniu biletu do Paryża przed kamerami opowiedziała o hejcie, z którym się mierzyła tego lata. Gdy spytałam, czy nadal dostaje takie wiadomości, to na początku chciała szybko uciąć ten niełatwy dla niej temat.
- Nie myślę o tym i nie ma sensu do tego wracać. Staram się sobie z tym radzić. Nie czytać, od razu kasować - przyznaje dziś.
Po dopytaniu potwierdziła jednak, że po tamtym wystąpieniu spotkała się z pozytywnym odbiorem ze strony innych sportowców.
- Nie żałuję tych słów. Wydaje mi się, że trzeba o tym mówić. W tym roku chyba było jeszcze gorzej w naszej siatkówce - z tego, co czytałam na temat wiadomości otrzymywanych przez dziewczyny grające w klubie z Bielska-Białej. Trzeba z tym walczyć i, moim zdaniem, głośno o tym mówić - podkreśla sześciokrotna mistrzyni Włoch.
Ani ona, ani jej koleżanki z kadry nie mają doświadczenia olimpijskiego, ale ma je Lavarini. W Tokio sensacyjnie doprowadził on do czwartego miejsca Koreanki. Szkoleniowiec, który od 2022 roku prowadzi reprezentację Polski, od tego czasu zbiera regularnie pochwały za swoją obecną pracę i jej efekty. Jednym z nich było trzecie miejsce w tegorocznej edycji Ligi Narodów i powtórzenie historycznego sukcesu sprzed roku. To właśnie po powrocie z tej imprezy w czerwcu Wołosz, opowiadając o trenerze, użyła słowa "magik".
- Jest magikiem. Dlaczego? Wydaje mi się, że czarodziejską różdżką stworzył nas na nowo. To nie tak, że nauczył nas grać w siatkówkę, absolutnie. Miałyśmy już pewne umiejętności. Ale dał nam pewność siebie, uwierzył w nas i wydaje mi się, że to jest chyba najlepsze uczucie dla sportowca. Jeżeli wiesz, że twój trener w ciebie wierzy i w to, że możesz dojść jak najdalej. To jest dla mnie główna rzecz, którą trener Lavarini z nami zrobił - podsumowuje kapitanka Polek.
Jako przełomowy moment wskazuje mistrzostwa świata 2022 i wygrany mecz z należącymi do światowej czołówki Amerykankami. - On nam pokazał, że naprawdę możemy się bić z najlepszymi - przyznaje.
Polki musiały udowodnić też coś same sobie. "To jest chyba najlepsza rzecz, która się wydarzyła"
Dla niej samej zaś szczególne znaczenie miało wspomniane już trzecie miejsce w LN. Gdy jej koleżanki rok temu brylowały w tych rozgrywkach, to ona dopiero pracowała nad powrotem do formy po uporaniu się z kłopotami z ręką.
- To było dla mnie ogromne wydarzenie. Pierwszy taki sukces w kadrze od igrzysk europejskich [w 2015 roku wywalczyły srebro - red.], na 14 lat mojego grania w kadrze - wskazuje doświadczona zawodniczka.
Jednocześnie przyznała, że po kolejnych dobrych wynikach zwiększyła się presja i pojawiły się oczekiwania. Po raz pierwszy w przypadku drużyny Lavariniego poprzeczka powędrowała wyżej po trzecim miejscu w LN sprzed roku.
- Miałyśmy teraz poczucie, że nie może być gorzej niż wtedy. Musiałyśmy udowodnić - nawet sobie - że to nie była niespodzianka, jednorazowa sprawa. Tylko że naprawdę dobijamy się do tej czołówki i stać nas na to, by z tymi topowymi rywalkami walczyć. Każdy dzień może przynieść coś innego, każda z nas może "wystrzelić". Nie mamy granic i możemy osiągnąć nadspodziewanie dużo - ocenia.
Co sama uzna za sukces w tych igrzyskach? Każdy kolejny wygrany mecz. I liczy, że z koleżankami dotrą jak najdalej. Polki wezmą udział w turnieju olimpijskim po raz pierwszy od 2008 roku. Ich koledzy z męskiej kadry występują w nim stale od 20 lat i w tym czasie za każdym razem odpadali w ćwierćfinale. Trwa oczekiwanie na przerwanie tej "klątwy". Tym bardziej że od wielu lat zdobywają medale imprez rangi mistrzowskiej.
- Panowie mają konkretny cel, mówią o tym głośno i wydaje mi się, że wszyscy wiemy, że stać ich na to. Są jedną z najlepszych drużyn na świecie. U nas jest trochę inaczej, ale mam nadzieję, że dojdziemy do tego momentu, co oni. Teraz jesteśmy w innym miejscu i wydaje mi się, że to nam pomoże w Paryżu - przyznała Wołosz.
Ale też dodała, że w ostatnich latach za sprawą coraz efektowniejszej i efektywniejszej gry na ich meczach również wypełniają się hale, na co dotychczas mogła liczyć w kraju tylko męska reprezentacja.
- To jest chyba najlepsza rzecz, która się wydarzyła. Tego wcześniej nam brakowało. Super, że rozkochałyśmy w sobie na nowo kibiców, którzy jeżdżą za nami - zaznacza siatkarka, nawiązując tu do sukcesów sprzed lat tzw. Złotek, kiedy poprzednio nastąpił znaczący wzrost popularności kobiecej kadry.
Wołosz przyznaje, że dzięki udziałowi w igrzyskach poczuje się spełnioną siatkarką, bo właśnie występu w tej prestiżowej imprezie brakowało jedynie w jej bogatym dorobku. Zawodniczka, która m.in. sześć razy była na podium LM, ma jednak nadzieję, że satysfakcję będzie miała też z gry swojej drużyny w Paryżu. A ze względu na wyjątkowość olimpijskiej rywalizacji o narastającym zmęczeniu nawet nie myśli.
- Zajmę się tym 12 sierpnia [dzień po finale igrzysk w Paryżu - red.] i wtedy będę się regenerować oraz reanimować przed sezonem klubowym - deklaruje z uśmiechem.