Światowy fenomen. Ludzie koczują w kolejkach, przebijają cenę. Wszystko dla "Bing Dwen Dwen"

Kacper Sosnowski
Pół wieku temu były dla sportowców amuletami, teraz działają jak maszynki do zarabiania pieniędzy. Zimowe igrzyska w Pekinie dobitnie pokazały, jak ważnym elementem tej imprezy są maskotki, które organizatorom przynoszą większe wpływy niż bilety. A po zakończeniu igrzysk pojawia się szansa na kolejny zarobek.

Przez długi czas nic nie wskazywało na to, że pulchna panda ubrana w lodowy garnitur podbije Chiny. Sprzedaż maskotki o imieniu Bing Dwen Dwen i wszelkich związanych z nią gadżetów jeszcze w styczniu szła przeciętnie. Zmieniło się to trochę przypadkowo, dzień przed ceremonią otwarcia igrzysk, gdy prezenter japońskiej telewizji NTV przybliżył pluszaka przed kamerami. Akcesoriów związanych z Bing Dwen Dwen miał sporo i sam sprawiał wrażenie oczarowanego słodką pandą.

Wideo z jego wystąpienia obiegło portale społecznościowe w Chinach, a niektóre fragmenty stały się wiralami. Na największym chińskim komunikatorze Weibo oglądalność filmów z Bing Dwen Dwen wzrosła z 760 tys. do 300 milionów. Pojawiły się też memy z maskotkami i znanymi osobami. Chińskie media podsyciły szaleństwo, pokazując materiały przedstawiające żołnierzy maszerujących przed postacią Bing Dwen Dwen u podnóża Mount Everestu.

Zobacz wideo Chiny wydały dziesiątki milionów dolarów. Czeka nas kolejny skandal [Sport Live #9]

Dwa dni w kolejce, 500 dolarów i maskotkowi piraci

Chińczycy ruszyli do sklepów i kupowali pandy tak ochoczo, że szybko ich zabrakło. Przed sklepami z pamiątkami tworzyły się kolejki, w których ludzie koczowali po dwa dni, zaopatrzeni w jedzenie i picie. I to pomimo wygłaszanych przez głośniki komunikatów, że dostawy pand w najbliższym czasie nie będzie. Zaskoczeni producenci musieli przestawić fabryki na wyższe obroty - tym bardziej że produkcja z powodu świąt Chińskiego Nowego Roku na chwilę została przerwana.

Szał na Bing Dwen Dwena sprawił, że akcje producentów na giełdach wzrosły nawet o 10 proc. Szczęśliwi nabywcy maskotki też wyczuli interes - pluszaka, którego zakupili za 29 dolarów (ok. 110 zł), sprzedawali po 500 dolarów (2000 złotych)! Nabywcy się znajdowali. To wywołało jednak konieczność walki z maskotkowymi piratami. Chińskie media informowały o osobach sprzedających podrabiane maskotki i nałożonych na nich karach: 40 tys. juanów (25 tys. złotych) i roku więzienia. Władze poinformowały, że do połowy igrzysk skasowały 230 tys. linków internetowych prowadzących do kupna olimpijskich podróbek.

Fot. Ng Han Guan / AP

Czy boom na olimpijską maskotkę i związane z nią gadżety poprawił budżet organizatorów igrzysk? Okazuje się, że nawet jakby tego boomu nie było, to środki ze sprzedaży licencjonowanych produktów i tak są zaskakująco wysokie.

Z maskotek więcej kasy niż z biletów

Choć oficjalnych danych z Pekinu organizatorzy nie ujawniają, to szacunki ekspertów podawane przez Reutersa wskazują, że ze sprzedaży licencjonowanych przedmiotów będzie można liczyć na ok. 395 mln dol. zysku. Ta suma daje do myślenia, jeśli zestawimy ją z wpływami uzyskiwanymi przez organizatorów ze sprzedaży biletów. W Pekinie na wpływy z tego obszaru nie ma co patrzeć, bo z powodu pandemii koronawirusa liczba wejściówek była mocna limitowana i dostępna tylko dla Chińczyków. Jeśli jednak popatrzymy na igrzyska rozgrywane przed pandemią, to okaże się, że na 400 mln dol. z kart wstępu nie ma co liczyć, a nawet trudno się do nich zbliżyć.

W Pjongczang w 2018 roku na biletach zarobiono tylko 143 mln dol. Igrzyska w Soczi (2014 rok) przyniosły z tego tytułu 205 mln dol. wpływów, a te w Vancouver (2010) - 250 mln. Cofając się jeszcze bardziej, kwoty były mniejsze: Turyn 2006 - 89 mln; Salt Lake City 2002 - 183 mln. Co ciekawe, niemal 400 mln dolarów byłoby kwotą większą niż wpływy z biletów organizatorów także letnich igrzysk w całym XXI wieku. Wyjątkiem był tylko Londyn (2012 rok), gdy wpływy z kart wstępu osiągnęły 988 mln dolarów. W Rio (2016 r.) było to 321 mln, w Pekinie (2008 r.) - 185 mln, a w Atenach (2004 r.) - 228 mln.

Ceremonia otwarcia IO"Chiny pokazały światu środkowy palec". Kulisy największego skandalu w Pekinie

Warto też zauważyć, że jeśli chodzi o sprzedaż licencjonowanych gadżetów, to największym zainteresowaniem cieszą się właśnie same pluszaki. Choć zwykle dostępnych jest kilkaset różnych produktów olimpijskich - od długopisów, zeszytów, czapeczek, koszulek, po breloczki - w Pjongczangu organizatorzy przyznali, że aż 25 proc. całej sprzedaży gadżetów stanowił biały tygrys o imieniu Soohorang i niedźwiedź himalajski Bandabi – oficjalne maskotki imprezy. W ten oto sposób olimpijska maskotka, która w swej genezie miała być symbolem szczęścia dla sportowców, zmieniła się w symbol szczęścia również dla sprzedawców.

Amulet sportowców i straty organizatorów

Pół wieku temu olimpijskie maskotki miały przede wszystkim szlachetną symbolikę. Oczywiście, można się jej dopatrywać do dziś. Ale kiedyś maskotki miały służyć przede wszystkim sportowcom: odstresować ich, wywołać pozytywne myśli, dodać energii, przynieść szczęście. "Mascotte" z francuskiego oznacza bowiem amulet. To właśnie we francuskim Grenoble w 1968 stworzono spontanicznie coś w rodzaju pierwszej, wówczas jeszcze nieformalnej maskotki olimpijskiej. To był narciarz z głową globusa o imieniu Schuss. Chociaż obecnie trudno uznać go za udane dzieło - stworzony był naprędce w jeden wieczór, to cieszył się zainteresowaniem.

Sukces maskotki wśród uczestników i widzów zdeterminował MKOl do działań. Cztery lata później dział marketingu MKOl poprosił organizatorów igrzysk olimpijskich w Monachium o stworzenie oficjalnej maskotki. Tak powstał jamnik Waldi, który miał swego prawdziwego odpowiednika. Szczegóły na ten temat w materiale filmowym poniżej.

Zobacz wideo

Więcej o igrzyskach znajdziesz na Gazeta.pl 

Waldi wygrał wówczas z orłami, lwami i innymi projektami nawiązującymi do Bawarii. Maskotka miała być radosna, a nie uderzać w patetyczne tony. Tym bardziej że w kolejnych latach zdano sobie sprawę, że może być też źródłem dochodów. Igrzyska do lat 80. niosły ich organizatorom straty finansowe.

- W latach 90. maskotki były już kołem zamachowym igrzysk. To wtedy nastąpiła ich komercjalizacja. Niepozorna maskotka sprzedawana w milionach, czy potem nawet miliardach egzemplarzy, stała się dodatkowym elementem, który pozwalał zarobić gospodarzowi na igrzyskach – opisuje dyrektor Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie Sławomir Majcher. I zwraca uwagę, że w ostatnich dekadach – zapewne z chęci zwiększenia sprzedaży - maskotki olimpijskie są dwie lub nawet jest ich kilka. To w Pekinie w 2008 roku mieliśmy rekordowe pięć postaci.

Igrzyska paraolimpijskie ze swoimi maskotkami

Maskotki miały też rzecz jasna ocieplać wizerunek organizatora, w niebanalny sposób opisywać jego historię. Wracając do robiącej furorę nie tylko w Chinach pandy Bing Dwen Dwen, zwierzę to jest symbolem Chin, bo tylko tam występuje. "Bing" może oznaczać lód, a także czystość i siłę. "Dwen Dwen" to moc.

Millie Knight z treneremJeździ ponad 100 km/h, choć niczego nie widzi. "Jak mogę się bać?"

Igrzyska w Pekinie właśnie się skończyły, ale 4 marca w stolicy Chin rozpoczną się igrzyska paraolimpijskie. Ta impreza ma swoją własną maskotkę - został nią Shuey Rhon Rhon ("Śnieg, Tolerancja, Ogrzanie"), czyli stworek, który przypomina lampę używaną w Chinach na powitanie nowego roku. Na razie nie ma informacji o tym, by sklepy były z powodu tej maskotki szturmowane, ale być może Chińczykom znów w jej promocji pomoże szczęście i przypadek? A jeśli nie to zapewne marketingowcy. Nie po raz pierwszy. Igrzyska paraolimpijskie swoje maskotki mają od 40 lat.

Więcej o: