Tylko jeden skoczek nadąża za Stochem. "Trudno komukolwiek uwierzyć"

Jakub Balcerski
Wielokrotnie zachwycamy się tym, jak długo Kamil Stoch osiąga już sukcesy w skokach. W światowej czołówce jest tylko jeden zawodnik, który nadąża za Polakiem. Stefan Kraft w swoim dziesiątym sezonie na skoczni po trzech tytułach mistrza świata, rekordzie w długości lotu narciarskiego, czy dwóch Kryształowych Kulach wreszcie się doczekał. Teraz jest też mistrzem olimpijskim i tylko udowadnia swoją wielkość.

- To chyba najlepszy dzień mojego życia, choć wcześniej tyle już wygrałem - mówił Stefan Kraft serwisowi oe24.at po zakończeniu poniedziałkowego konkursu drużynowego. Bo faktycznie do igrzysk w Pekinie miał trzy tytuły mistrza świata, dwie Kryształowe Kule za klasyfikację generalną Pucharu Świata, wygrany Turniej Czterech Skoczni, czy rekord świata w długości lotu narciarskiego. Brakowało mu jednak medalu olimpijskiego. Z Chin w końcu wyleci z pierwszym w karierze krążkiem i to złotym.

Zobacz wideo "Mamy teraz taki sezon, jak w 2014/2015"

Kraftowi do pełni szczęścia brakowało złota igrzysk, ale "w końcu się doczekał"

- Być na szczycie podczas najważniejszej imprezy sezonu ze swoją drużyną, zostać mistrzem olimpijskim z najlepszymi kumplami, to coś niewiarygodnego. Naprawdę chciałem zabrać coś stąd ze sobą do domu. Widzieliście, że było mnie na to stać od pierwszych skoków, teraz w końcu się doczekałem - opisywał Austriak.

Co prawda, gdyby drużynówkę postrzegać jako kolejny konkurs indywidualny to w wynikach znów nie miałby szczęścia. Kraft, który na normalnej skoczni zajął dziesiąte, a na dużej trzynaste miejsce, po skokach na 127,5 i 121,5 metra ponownie byłby dziesiąty. Na szczęście dla niego rywalizacja drużyn w Zhangjiakou polegała głównie na tym, kto będzie miał najbardziej wyrównany zespół. I w tym Austriacy - poza Kraftem czwarty Jan Hoerl, jedenasty Daniel Huber i dwunasty Manuel Fettner - okazali się w Chinach najlepsi.

Kamil Stoch, złoty medalista igrzysk olimpijskich Pjongczang 2018Stoch wylądował, a wszystkich oszukała linia. Trener Niemców już skakał z radości

Śmiał się, że "najwyżej spróbuje za cztery lata". Po Pekinie już nie będzie musiał

- Igrzyska? No tak, są wyjątkowe, a ja wciąż nie mam na nich medalu. To moje marzenie. Pewnie, że chciałbym w pewien sposób ukoronować swoją pracę, którą wykonywałem w ostatnim czasie, na najważniejszej imprezie. Żeby to zrobić, potrzebuję medalu. A żeby zdobyć medal, potrzebuję być w dobrej formie, mieć szczęście i odpowiednie nastawienie. Nie staram się myśleć tylko o Pekinie, bo w taki sposób nigdy nie uda mi się zdobyć tego, czego pragnę. Jeśli nie uda się w tym roku, to najwyżej spróbuję cztery lata później - śmiał się Kraft w rozmowie ze Sport.pl w listopadzie zeszłego roku.

Faktycznie do złota z drużyną w Pekinie Kraft nie mógł być zadowolony ze swojego dorobku na igrzyskach. Najpierw nie pojechał do Soczi w 2014 roku, kiedy dopiero wskakiwał na poziom światowej czołówki. Cztery lata później forma mogła być na najwyższym poziomie jeszcze miesiąc przed występem w Pjongczangu, ale już w Korei tajemniczo uleciała. W Chinach dopiął swego, choć zapewne i tak nie jest w pełni zadowolony z igrzysk, bo w konkursach indywidualnych do podium brakowało mu po kilkanaście punktów.

Kraft długowieczny jak Stoch. "Wszystko musi się zgrać. Każdy z puzzli tworzy idealną układankę"

Sezon olimpijski jest dla Stefana Krafta już dziesiątym, w którym startuje w Pucharze Świata. - Jak się z tym czuję? No nie tak, jakbym przystępował do pierwszego, nie ma co ukrywać. Mam dużo doświadczenia, nie zmienia się jednak to, że podchodzę do każdego konkursu z wielkim uśmiechem i oczekiwaniami. Wciąż mam spore ambicje, stawiam sobie wysokie cele - opisywał nam swoje nastawienie Kraft jeszcze przed pierwszymi zawodami.

Poza listą jego wielkich sukcesów w postaci Krafta imponuje, że prawdopodobnie jako jedyny obok Kamila Stocha przez te mniej więcej dziesięć lat utrzymuje się w czołówce. I nawet gdy mu nie idzie, jak w zeszłym sezonie, jest w stanie błysnąć i w najważniejszym momencie znaleźć się na szczycie. Tak, jak na dużej skoczni podczas mistrzostw świata w Oberstdorfie, gdy dość niespodziewanie, patrząc na poprzednie tygodnie, zgarnął złoty medal. 

Jak zatem dojść do takiej perfekcji w skokach? Jak sprawić by najlepsze wyniki wręcz same przyciągały nazwisko skoczka? - To naprawdę trudne. Musisz każdego roku dochodzić do limitu swoich możliwości, naciskać na samego siebie, stawać się coraz lepszym. To wspaniałe uczucie, być tak jak Kamil skoczkiem, który przez kilka lat utrzymuje się w czołówce - przekonywał Kraft. - Wszystko musi się zgrać, pasować do siebie. To, co w tle, czyli rodzina, przyjaciele, drużyna, sztab, trenerzy. Każdy z puzzli tworzy tę idealną układankę - zdradził Austriak.

Krafta skokami zaraził najlepszy przyjaciel. "Był oczarowany"

Ciekawą kwestią w karierze Krafta zawsze pozostawało to, jak zaczął przygodę ze skakaniem. "Zainteresowanie skokami przyszło z moim najlepszym przyjacielem, Christianem Reiterem. Któregoś dnia obejrzałem konkurs skoków. Nie znałem ich wcześniej, a samo oglądanie nie zaspokoiło mojej ciekawości i fascynacji. Prawdziwą satysfakcję odczułem, dopiero gdy kilka dni później sam stanąłem na skoczni w wieku dziesięciu lat. Od tego dnia już nic nie mogło mnie zatrzymać od myśli o zawodowej karierze skoczka" - napisał skoczek na swojej oficjalnej stronie internetowej.

- Było mniej więcej tak, jak to opisał Stefan - mówi nam wspomniany przez Krafta Reiter, który sam skakał przez siedemnaście lat, ale już zakończył karierę. Kontaktu z Austriakiem jednak nie stracił, wciąż są przyjaciółmi. - Mój tata był w tym okresie trenerem, ja i Stefan robiliśmy w tym czasie coś związanego ze sportem codziennie. Wtedy padło na skoki, Stefan był oczarowany. Mnie zaskoczyło, czemu zaczął tak późno, bo ja pierwszy skok oddałem już w wieku czterech lat - przytacza.

- Był bardzo utalentowany i co roku stawał się coraz lepszy. Został wzorem do naśladowania dla wielu młodych zawodników w Salzburgu. Też miałem dobre wyniki: wygrywałem wszystko do momentu, gdy skończyłem szesnaście lat. Stefanowi niewiele trzeba było czasu, żeby mnie dogonić i wtedy to on stał się najlepszy w grupie - opisuje Krafta jego przyjaciel.

"Zderzyliśmy się kierownicami rowerów, popatrzyliśmy na siebie, zaśmialiśmy i znów byliśmy najlepszymi przyjaciółmi"

Reiter docenia każdy moment, który dzielił ze skoczkiem. - W sporcie najlepiej było, gdy razem jechaliśmy na zawody, leżeliśmy w pokoju przed startem, czy staliśmy na podium. Nie zmienił się w ogóle i gdy się spotykamy, jest tą samą osobą, co kilka lat temu. Po prostu jest bardziej zajęty, więc rzadziej się widzimy i ze sobą piszemy. Jednak zawsze, gdy mu pogratuluję dobrego występu, odpisuje. Nawet krótko, a kiedy w końcu pogadamy dłużej, kończy się na opowiadaniu naszych wspólnych wspomnień - mówi Austriak. 

Pytamy zatem o takie, które od razu widzi przed oczami. - Stefan i ja braliśmy udział w zawodach narciarstwa alpejskiego organizowanych przez Waltera Lacknera w Grossarl. Byliśmy dziećmi i nasze narty były ustawione tylko na obciążenie 20 kilogramów na starcie. To spowodowało, że gdy ruszyłem, narta po prostu zatrzymała się na bramce startowej. Upadłem i zacząłem się zsuwać po śniegu w dół trasy. Spojrzałem tylko w bok i zobaczyłem, jak Stefan łapie się za głowę, jadąc w tym samym momencie windą na swój przejazd - śmieje się Christian Reiter. 

I przytacza jeszcze jedną historię. - Wakacje w Chorwacji, Pula. Nawet nie pamiętam, czy to Stefan śmiał się ze mnie, gdy graliśmy w piłkę, czy ja sobie z niego żartowałem, ale mocno się na siebie obraziliśmy. Nie rozmawialiśmy i jechaliśmy do domu na rowerach. Nie powiedzieliśmy sobie nawet słowa, ale w pewnym momencie, zderzyliśmy się kierownicami i przewróciliśmy się na jezdnię. Popatrzyliśmy się na siebie, zaśmialiśmy i znów byliśmy najlepszymi przyjaciółmi - opowiada Reiter.

Apoloniusz Tajner i Kamil StochTajner wskazał następcę Stocha w polskiej kadrze. "Naturalny lider"

Bolała go głowa, potrzebował masażu, a potem pierwszy raz stanął na podium. I to w domu

- Czy spodziewałem się, że Stefan zostanie legendą skoków? Że pobije rekord świata i będzie miał tyle medali? Nie, w to trudno byłoby komukolwiek uwierzyć. Oczywiście, myślałem sobie, widząc jego rozwój, że jeśli wszystko odpowiednio zadziała, to kto wie, gdzie zajdzie. Ale takie sukcesy to było coś spoza moich wyobrażeń - wskazuje Reiter.

Pierwszym momentem, kiedy błysnął talent Krafta, były austriackie konkursy 61. Turnieju Czterech Skoczni. - Na Bergisel byłem 23. i zdobyłem pierwsze punkty Pucharu Świata. Dwa dni później na własnej skoczni w Bischofshofen, gdzie sportowo się wychowałem, byłem już trzeci. A jeszcze rano źle się czułem. Obudziłem się i myślałem: to raczej nie będzie mój dzień. Bolała mnie głowa i poszedłem do naszego fizjoterapeuty poprosić o rozmasowanie szyi. Potem poczułem jakiś flow, miałem świetny rytm i skoki sprawiały mi dużą przyjemność, choć mocno padał deszcz. Wszystkie okoliczności wyglądały na niemiłe, a ten wynik sprawił, że ten dzień stał się jednym z najlepszych w moim życiu. Często do tego wracam - mówił nam Kraft. 

"Gdy wygrywali Widhoelzl i Morgenstern prosiłem o autograf i zdjęcie". A teraz Kraft wygrywa z Widhoelzlem u boku

Dwa lata później w Święto Trzech Króli pod skocznią w Bischofshofen stał już jako zwycięzca całego Turnieju Czterech Skoczni. - To brzmi banalnie, ale zawsze gdy jedziesz na trening tam, gdzie dekoruje się tego, który wygrywa, marzysz, żebyś kiedyś był w tym samym miejscu. Wciąż mam ciarki, kiedy myślę o tym dniu, kiedy wzniosłem w górę Złotego Orła przed kibicami z moich rodzinnych stron. Znali mnie i cieszyli się ze mną. Nigdy tego nie zapomnę - opisywał Kraft.

- Gdy byłem dzieckiem, rodzice zabierali mnie na skocznię i byłem jednym z tych młodych skoczków, który zawsze czekał na autograf i zdjęcie od idoli. Gdy wygrywali Andreas Widhoelzl i Thomas Morgenstern, oczywiście ich o nie prosiłem. Wciąż gdzieś je mam. Ale później to ja stałem w ich miejscu! To niezwykłe - przytoczył Austriak. Historia w pewien sposób zatoczyła koło, bo teraz, gdy Kraft stał się już wybitnym skoczkiem, w Pekinie zdobył złoto z Andreasem Widhoelzlem u swojego boku, w roli trenera austriackiej kadry.

- Stefan jest jak maszyna. Mógłby wyrwać złoto tylko swoją wiarą w sukces. Cieszyłbym się z każdego dziesiątego miejsca, jakie zajmie, bo do walki z najlepszymi wszystko musi się złożyć w jedność, a to naturalne, że czasem skoczkowi jeszcze czegoś zabraknie. Teraz jestem jednak bardzo szczęśliwy, że ma ten złoty medal - dodaje Christian Reiter.

Bóle nie pozwalały Kraftowi na nic. "Chciałem przenieść się z kanapy prosto na mamucią skocznię. Problem z plecami odciął mnie od sportu"

Kariera Krafta to jednak nie bajka, na co mogłyby wskazywać jego sukcesy. To także droga pełna wyrzeczeń i problemów. Jednym z nich były kłopoty z plecami, które chwilami uniemożliwiały mu nawet skakanie. - Zaczęło się w czerwcu 2020 roku. Na letnim zgrupowaniu przez uraz pleców miałem dwa miesiące wręcz wyjęte z życiorysu. Trzy, czy cztery razy pojawiały się fale bólu, które nie pozwalały mi zupełnie na nic poza leżeniem w łóżku. Jesienią było lepiej, ale na początku sezonu złapałem Covid. Zakażenie przechodziłem w miarę łagodnie, ale moje plecy nie wytrzymały, gdy chciałem przenieść się z kanapy prosto na mamucią skocznię w Planicy. Oddałem pierwsze skoki i po nich problem z plecami kompletnie odciął mnie od sportu, nie pozwolił na występ w mistrzostwach świata w lotach. Potrzebowałem na to wsparcia fizjoterapeutów, trenerów i dużo własnej pracy nad rehabilitacją, ale też kontrolowaniem własnego ciała - tłumaczył.

- Zmieniłem nawyki na siłowni, mój trening wyglądał nieco inaczej. Do dziś każdego dnia muszę robić coś, co pozwoli mi zredukować zagrożenie, że problem z plecami wróci i się nasili. Ale jest już o wiele lepiej, nie narzekam na swoje zdrowie. Czy boję się, że kontuzja wróci? Nie, bo już wiem, jak działać, nawet gdy uraz będzie mnie przytłaczał. To oczywiście może się pojawić, ale mam to pod kontrolą, czuję się bezpiecznie - zapewnił Kraft.

Piotr Żyła po skoku w RuceŻyła jak nie on! Powrócił do swojego występu na IO. "Siedzę teraz w domku"

Kraft obiecał dziewczynie podróż dookoła świata. Pojedzie na nią z uśmiechem i satysfakcją

Przeciwwagą dla problemów Krafta miała być jego nowa pasja. Odskocznia od problemów ze zdrowiem i sportowej presji. - Niedawno przeszedłem kurs i dostałem licencję na pływanie łodzią. Mam plan, żeby wybrać się na morze, popływać motorówką i dołożyć do tego trochę nurkowania. Latem wybraliśmy się z dziewczyną na pierwszą, małą wyprawę na wakacjach. I mieliśmy mały problem. Zabrakło nam paliwa daleko od brzegu i musieliśmy poprosić inną łódź o pomoc. Przepłynęliśmy z nimi na plażę i pojechaliśmy do najbliższej stacji benzynowej. Była jednak niedziela i nikt tam nie pracował. Łódź nam odholowano, a my przedłużyliśmy pobyt o jeden dzień, żeby móc popłynąć nią z powrotem - wspomina Kraft.

Teraz skoczek będzie musiał spełnić pewną obietnicę: obiecał dziewczynie, że jeśli z Pekinu przywiezie złoto, to popłyną w długą podróż. Może nawet dookoła świata. Wydaje się jednak, że dotrzyma słowa z przyjemnością i satysfakcją z kolejnego wielkiego sukcesu. Znów coś sobie udowodnił, teraz chce się tym medalem już tylko cieszyć.

Więcej o: