Fortuna przeczytał w gazecie: Potrzebne 50 tys. dolarów. Od razu zareagował

Kacper Sosnowski
Na jego najcenniejsze sportowe trofeum chrapkę miało wielu. I choć kiedyś chował je w pancernej szafie, to w szczytnym celu rozstał się bez żalu z olimpijskim złotem. 50 lat po sensacyjnym triumfie w Sapporo, Wojciech Fortuna przyjechał do Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie. To tu są teraz jego najcenniejsze pamiątki. Historia złotego medalu nie skończyła się bowiem w Japonii.

"Tata się ucieszy" - mówił Wojciech Fortuna dziennikarzowi Bohdanowi Tomaszewskiemu, przykładając co chwila rękę do piersi. Może sprawdzał, czy złoty medal nadal tam wisi i czy wszystko, co 11 lutego 1972 r. wydarzyło się na dużej skoczni w Sapporo, nie było snem. Nie było. Choć nie mogli w to uwierzyć działacze i zawodnicy z NRD, Szwajcar Walter Steiner, który przegrał złoto o 0,1 punktu oraz organizatorzy igrzysk. Japończycy nie mieli nawet nut Mazurka Dąbrowskiego, więc na swoje złoto Polak czekał trochę dłużej. A przecież medalu miało nie być, bo Fortuna w ogóle miał do Japonii nie polecieć.

Zobacz wideo

Zakopywanie, pancerna kasa i...

"Na igrzyska i tak nie polecicie, bo jesteście młodzi. Nie macie rutyny. Pewnie i tak się pogubicie" - usłyszał 19-letni Fortuna od jednego z towarzyszy i działacza w stopniu majora. Za młodym skoczkiem wstawił się jednak trener Janusz Fortecki. - Powiedział, że jak Fortuna nie leci, to on też nie. Sporo ryzykował, ale się udało. Dlatego uważam, że ten medal zdobyliśmy razem — wspomina dziś Fortuna.

11 lutego mija równo pół wieku od sukcesu Fortuny, a zarazem pierwszego złota Polaka na zimowych igrzyskach. Z tej okazji w Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie na nowo uhonorowano skoczka. I znów medalem, choć nietypowym, ale o tym za chwilę.

Przez dekady Fortuna musiał się starać, aby krążkowi nic się nie stało. Jak przyznawał w wywiadach, na jego złoto kilka osób miało bowiem zakusy. Historie o tym, że zakopywał on krążek w ziemi, być może mają w sobie więcej z fantazji niż prawdy. Przekazywane są od lat w różnych wersjach. Ale to, że skoczek zabierał medal, gdy podróżował między Polską a Stanami Zjednoczonymi, chował go po szafkach, aż w końcu dostał szafę pancerną — już wymysłami nie są. Pancerny, 300-kilogramowy prezent zafundował mu kiedyś szef suwalskiej firmy produkującej sejfy, gdy też się tych historii o kopaniu pod ziemią nasłuchał. Tak czy inaczej, Fortuna cieszył się swym skarbem przez 43 lata, a potem cieszyli się nim inni.

Transakcja za 50 tys. dolarów

Gdy w 2015 r. amerykański skoczek Nicholas Fairall fatalnie upadł na skoczni w Bischofshofen, oglądający te zawody Fortuna miał przeczucie, że nie będzie z nim dobrze. Mocno go ta sprawa dotknęła. Szybko okazało się, że Amerykanin ma złamany kręgosłup. Ponieważ sportowiec nie miał pełnego ubezpieczenia, amerykański związek zaczął zbierać pieniądze na jego leczenie i rehabilitację.

Fortuna przeczytał w gazecie wzmiankę, że potrzebują 50 tys. dol. Wtedy pierwszy raz pomyślał, że on też może mu pomóc. Zadzwonił do zaprzyjaźnionego dziennikarza i powiedział, że chce oddać złoty medal, a pieniądze przeznaczyć na leczenie Fairalla. Informacja poszła w świat. Do Fortuny szybko zaczęły zgłaszać się różne osoby. Warunek sprzedaży był jeden. Kupiony medal musiał iść do Muzeum Sportu, a nie leżeć w czyjejś szafie.

- O to, czy nie chcę dać tego medalu do muzeum, miałem wiele zapytań, ale zawsze mówiłem: szukajcie sponsora, zróbmy coś dobrego, to go oddam. Jak zgłosiła firma się 4F i Igor Klaja, usiedliśmy do rozmów, zresztą tu w tym muzeum — wspomina Fortuna.

Właściciel polskiej marki odzieżowej namówił Fortunę, by pieniądze uzyskane ze sprzedaży medalu podzielić. Na Fairalla, na którego i tak trwała międzynarodowa zbiórka (udało się z niej pozyskać 30 tys. dol.) i na Natalię Czerwonkę. Polska panczenistka podczas przygotowań do sezonu uległa poważnemu wypadkowi. Też doznała urazu kręgosłupa, też potrzebowała rehabilitacji. Z przekazaniem medalu do muzeum Klaja nie miał problemu. Panowie szybko się dogadali.

- Dzięki temu, że pan Klaja wtedy kupił ten medal i pomogliśmy dwóm osobom, odniosłem kolejny sukces. Dostałem wtedy więcej podziękowań, niż po wywalczeniu krążka w 1972 roku — śmieje się Fortuna. Teraz cenny przedmiot jest częścią ekspozycji warszawskiego muzeum i według woli Fortuny może go zobaczyć każdy. Zawsze gdy się na niego patrzy, jest okazja powspominać stare dzieje sprzed pół wieku. Fortuna też wspominał te piękne chwile po raz kolejny i znów zobaczył swój skok na ekranie telewizora. Symbolicznie odsłonił medal na ścianie muzeum. Dostał też złoty tort — słodką replikę krążka, którą częstował gości.

W Muzeum Sportu są też zresztą oryginalne narty, na których Fortuna jechał w Japonii.

- Do dziś boli mnie ramię od noszenia tamtych nart — śmieje się Fortuna, kiedy pytamy o zestawienie współczesnych skoków z dyscypliną, którą uprawiał pół wieku temu. Z naszej perspektywy może się wydawać zabawne jak prosty i toporny był wówczas sprzęt i jak wyglądał sam skok, który rozpoczynało się nie z belki, a wyskakując z dziupli. Trzeba było uważać, by dobrze wjechać w tory, co nie dla wszystkich kończyło się szczęśliwie.

- Zmieniły się kaski, narty, buty, są nowoczesne kombinezony, mierzenie na centymetry, a potem przeliczniki wiatru. Jedna rzecz się jednak nie zmieniła. Wyjście z progu. Bo tu trzeba by chyba prawa fizyki zmienić. Zagadywał mnie kiedyś jeden z działaczy, że teraz się nie skacze tak, jak w moich czasach. A jak się skacze? Tyłem? - śmieje się Fortuna.

"Kamil jest geniuszem"

Mistrz z Sapporo liczy na to, że na dużej skoczni w Pekinie znów przeżyjemy dzięki naszym skoczkom miłe chwile. - Faworytem w tych zawodach będzie pewnie Ryoyu Kobayashi. Ale Polacy na igrzyskach mają jeszcze dwie medalowe szanse, a może i trzy. W drużynie jakiś medal zdobędą na pewno. Liczę też na podium w konkursie indywidualnym. Przecież mamy najlepszych skoczków na świecie. Zgadzam się z tym, co jakiś czas temu powiedział trener Stefan Horngacher: - Uważajcie na Stocha, bo wciąż jest dobry. Kamil jest geniuszem, to nasz najbardziej utytułowany zawodnik, a jak do tego wypali Dawid Kubacki, to będzie podwójne szczęście — mówi Fortuna.

W piątek na Sport.pl zamieścimy duży wspomnieniowy wywiad z Wojciechem Fortuną dotyczący medalu z 11 lutego 1972 roku.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.