Gąsienica-Daniel w elicie. Złamane dwa żebra i śruby w kości piszczelowej

Kacper Sosnowski
Dwa lata temu z kości piszczelowej prawej nogi wyjmowano jej śruby. Był ból i niepewność. Potem przyszła praca z "trenerem znikąd", która okazała się strzałem w dziesiątkę. Im Maryna Gąsienica-Daniel ma trudniej, tym jest u niej lepiej.

Po drugim poniedziałkowym przejeździe Maryna Gąsienica-Daniel na chwilę zrobiła kwaśną minę. Szło jej znakomicie, ale w dolnej części trasy popełniła błąd. Straciła cenne dziesiętne sekundy na prawym skręcie kilka bramek przed metą. Typowa perfekcjonistka. Finalnie uzyskała przecież dla Polski najlepszy wynik w jakiejkolwiek konkurencji narciarstwa alpejskiego na igrzyskach od niemal 40 lat. Była ósma, ale czuła, że z najważniejszej sportowej imprezy tego roku można było wycisnąć więcej.

Zobacz wideo

Śruby w nodze, a potem uraz przed igrzyskami

27-letnia Gąsienica-Daniel od przylotu do Pekinu zmagała się też z bólami pleców. Kontuzja utrudniała jej treningi i pokrzyżowała ostatnie przygotowania do olimpijskiego giganta. Jak pisał na Sport.pl Łukasz Jachimiak: "Maryna mówiła o tym niewiele, prawie wcale. Bo nie lubi się usprawiedliwiać. I nigdy się nad sobą nie rozczula". A przecież można przypomnieć, że pod koniec poprzedniego sezonu miała złamane dwa żebra, a niedługo po wypadku wyruszyła na narciarską trasę i zawody w Lenzerheide zakończyła w pierwszej dziesiątce. To wszystko wydarzyło się już po najgorszej dla narciarza poważnej kontuzji nogi, z której też się szybko wylizała. Te ostatnie dwa lata były dla niej prawdziwym sportowym rollercoasterem.

We wrześniu 2019 r. Maryna złamała kość piszczelową prawej nogi. Była na fali, kilka dni wcześniej wygrała mistrzostwa Nowej Zelandii w supergigancie. Łzy szczęścia szybko przeszły w łzy smutku. Był ból, operacja, śruby w nogach, a potem kilka miesięcy chodzenia o kulach. Była też niepewność co do dalszej kariery. To musiały być dla niej trudne momenty. Maryna jeździ na nartach od trzeciego roku życia. Na zimowy sport była niemal skazana. Jest zakopianką pochodząca ze sportowej rodziny, miała wokół siebie pięciu olimpijczyków, była wpatrzona w starszą siostrę, też alpejkę.

"Byłem przekonany, że ten sukces przyjdzie"

Kiedy po niemal pół roku bez nart na nogach, powoli wracała do dawnego sportowego życia, zatrzymała ją pandemia i lockdown na stokach. Ten trudny czas spędziła w Szwecji, jedynym w Europie kraju, w którym można było jeździć na nartach, choć też w warunkach dalekich od normalności. Paradoksalnie to wówczas największe sukcesy, czyli miejsca w pierwszej dziesiątce w zawodach Pucharu Świata.

- Byłem przekonany, że ten sukces prędzej czy później przyjdzie. Widziałem, jak jest uparta, jak profesjonalnie podchodzi do tego, co robi - mówił nam w tamtym czasie Sebastian Karpiel-Bułecka. Tak się akurat złożyło, że lider zespołu Zakopower ćwierć wieku temu trzymał małą Marynę do chrztu.

Spektakularna porażka Chińczyków. Spektakularna porażka Chińczyków. "Jak nóż wbijający się w skórę"

- Znam się dobrze z tatą, mamą i siostrą Maryny. Kiedyś się mocno przyjaźniliśmy. Teraz też mamy mocny kontakt. Ponieważ sam jestem zapalonym narciarzem i oglądam tę dyscyplinę w telewizji, tym bardziej jestem dumny, że mam taką chrześnicę - mówił nam muzyk.

Z tym, co się wokół zawodniczki dzieje, jest na bieżąco, bo od jej siostry dostaje nawet filmiki z treningów. - Oglądam sobie te nagrania. Podpatruję ją i już wiem, jak jeździć - mówił Karpiel-Bułecka. Muzyk był nawet na treningu chrześniaczki w Jurgowie i dostał kilka wskazówek od Maryny i "Orła".

"Orzeł", czyli człowiek "znikąd"

"Orzeł", czyli trener Marcin Orłowski, to kolejny ciekawy i oryginalny wątek w karierze Gąsienicy-Daniel. Jak charakteryzuje go komentator Eurosportu Witold Domański, to "jeden z kluczy do sukcesu Maryny, człowiek rozsądny i pracowity". Człowiek, który "wziął się znikąd". Najpierw był zawodnikiem. Przecierał szlaki dla polskiego ski crossu na arenie międzynarodowej. Gdy zdecydował, że kończy z jazdą zawodową, by jakkolwiek zarabiać na życie, prowadził grupy amatorskie, był też przez chwilę asystentem trenera kadry alpejek i szybko zgłosił chęć, by zostać pierwszym szkoleniowcem.

- Problem naszego środowiska jest to, że nie ma regulacji dotyczących kwalifikacji trenera narciarstwa. Szkolić może każdy. Nie istnieje coś takiego jak walidacja umiejętności i wiedzy - opisywał nam Jan Sołtys, niegdyś zawodnik, teraz instruktor narciarstwa, założyciel szkółki Snowflake. Kiedy Orłowski zgłosił chęć bycia pierwszym trenerem reprezentacji, Sołtys był mocno zdziwiony.

Maryna Gąsienica-Daniel na trasie w Pekinie.Maryna Gąsienica-Daniel ujawnia: Nie byłam pewna, czy stanę na starcie

- To był człowiek z podobnymi umiejętnościami do moich. Między nami jest rok różnicy. Pewnie się nie obrazi, jak powiem, że nie miał do tego kwalifikacji. Ja nie czułbym się kompetentny, nie miał pomysłu na prowadzenie kadry. Marcin podjął wyzwanie i trzeba powiedzieć, że podszedł do tego bardzo ambitnie - opisuje nasz rozmówca. - Uczył się wszystkiego, czego mógł, nie bał się pytać, szukał nowych rozwiązań. Uwierzył, że może być w związku na dłużej, a nie przelotnie. Teraz można powiedzieć, że szansę absolutnie wykorzystał i nie ma żadnych kompleksów. Jest też argumentem dla środowiska na to, że warto myśleć długofalowo, a nie o kurtce na jeden sezon - podsumowuje Sołtys.

Więcej o igrzyskach w Pekinie przeczytasz na Gazeta.pl

W ten sposób Orłowski, w tamtym czasie uważany za "klasyczny wybór najtańszej szkoleniowej opcji", i utalentowana Maryna stworzyli dobrze współgrający zespół. Trener, który podejmował kiedyś pracę za 150 zł za dzień, dziś na warunki finansowe nie musi już się krzywić. Zabezpieczone są też przygotowania jego zawodniczki, która od kilku lat ma indywidualny cykl treningowy. To daje możliwość trenowania z najlepszymi zawodniczkami z Europy, które korzystają z podobnego sprzętu, co Polka. Gąsienica-Daniel wreszcie mogła cyklicznie robić testy w tunelu aerodynamicznym, co dla Norweżek jest standardem od lat.

Igrzyska w Pekinie są dla Maryny kolejnym ważnym krokiem, by w elicie zrobić krok do przodu. Skoro są warunki, talent, a dobre wyniki przychodzą cyklicznie, pozostaje tylko mieć nadzieję, że optymalne będzie też zdrowie naszej zawodniczki. Kolejny raz Gąsienicę Daniel na olimpijskich trasach zobaczymy w środę podczas slalomu kobiet.

Więcej o: