Zapaliło się zielone. Polak ruszył i trafił na zamkniętą bramkę. "W mojej rzepce jest dziś chiński tytan"

Kacper Sosnowski
- Tor w Yanqing sprawdziłem od podstaw i elementów konstrukcji. W mojej rzepce jest dziś chiński tytan! - śmieje się Mateusz Sochowicz, saneczkarz, który po groźnym wypadku przeszedł operację. Groźne zderzenie mogło oznaczać pożegnanie z marzeniami o igrzyskach, ale Sochowicz nie traci optymizmu i walczy o Pekin.

Jest uśmiechnięty, otwarty. Ze swojego pecha raczej żartuje, choć niejeden na jego miejscu pewnie by się załamał. - Służbę medyczną, szpitale i całą olimpijską infrastrukturę miałem okazję już przetestować. Mogę potwierdzić, że jest ok - żartuje Sochowicz.

Zobacz wideo Mateusz Sochowicz po wypadku w Pekinie: Igrzyska są dla mnie daleko

Na początku listopada do śmiechu nie było jednak nikomu. Gdy na olimpijskim torze Yanqing zapaliła się zielona lampka, zawodnik rozpoczął próbny zjazd. Zatrzymał się jednak na zamkniętej bramce, której nie otworzył jej odpowiedzialny za to pracownik. Saneczkarz wpadł w metalową konstrukcję, co skończyło się pęknięciem rzepki w lewym kolanie i bardzo głębokim rozcięciem prawej nogi, aż do piszczeli. Czuł ból, choć jeszcze nie zdawał sobie sprawę, czy z jego ciałem stało się coś poważnego.

- Chwilę po wypadku myślałem, że za tydzień będę biegał. Na mnie wszystko goi się przecież jak na psie - mówi, gdy pytamy go o pierwszą myśl z dnia, który mógł dla niego oznaczać zakończenie misji Pekin 2022.

Olimpijska klątwa Sochowicza

Po wydarzeniach z chińskiego toru nazywanego "śnieżnym smokiem", wydawało się, że nad Sochowiczem wisi klątwa. Na igrzyskach w Pjongczang Polak tuż przed przejazdem zorientował się, że zgubił maskę chroniącą twarz. Na starcie paliło się już zielone światło. Saneczkarz zdecydował się pokonać tor "na wyczucie". Potem przyznał, że jechał na ślepo. Pokonał kilku rywali, ale miejsce zajął odległe.

Tym razem gapiostwo obsługi oznaczały dla niego dwie operacje (obie przeszedł), miesiąc niepewności, tygodnie rehabilitacji i walki z czasem, by doprowadzić ciało do optymalnej formy. To wszystko w tle rozgrywki, czy w ogóle uzyska olimpijską kwalifikację. Po Sochowiczu nie widać jednak załamania. Polak sam zresztą przyznaje, że nie żywi do chińskich organizatorów urazy.

Mateusz Sochowicz po wypadku w ChinachPolska stawia mocne żądania Chińczykom i ma opcję atomową. "Nie ma dyskusji"

- Ich gesty i zachowanie - kosze owoców, pluszaki olimpijskie, miłe prezenty, które mi dawali w szpitalu - były wymowne. Choć wiadomo, że to nie zrekompensuje ciężkiej pracy, którą włożyłem w przygotowanie do igrzysk i którą znów muszę włożyć, by spróbować wrócić do formy - mówi.

- Nie mam najmniejszych zastrzeżeń do opieki medycznej. Miałem dla siebie całe skrzydło szpitala, które było przeznaczone tylko dla olimpijczyków. Czuwało nade mną ośmiu specjalistów. Jakby komuś - nie daj Boże - coś się stało na igrzyskach, będzie miał tam dobrze - uśmiecha się.

"Igrzyska są dla mnie daleko"

Chińczycy przeprowadzili operację nogi, załatwili lot do Polski w klasie biznes, wzięli na siebie rehabilitację i pokryją też koszty współpracy z psychologiem. Mają też wypłacić Sochowiczowi odszkodowanie - takie są ustalenia wszystkich stron, pilnowane przez Międzynarodową Federację Saneczkarską. Sochowicz dostał to, co chciał, choć na razie upragnionego powrotu na chiński tor nie może być pewien.

- Igrzyska są dla mnie daleko. Przede mną mnóstwo pracy - mówi, zdając sobie sprawę z czekających go wyzwań, ale widać, że ma już wszystko kilka razy przemyślane.

- Teraz rehabilituję się w Poznaniu, na święta jadę do domu. To nie zwalnia mnie oczywiście z obowiązku ćwiczenia. Już niby jestem sprawny - mogę normalnie chodzić, wchodzić po schodach. Zaczynam odbudowę mięśnia i przyzwyczajam mózg, że mogę robić wiele rzeczy normalnie. Człowiek zdrowy o tym nie myśli, ale po poważnym urazie zastanawia się jak postawić nogę, żeby coś się nie stało - mówi nam saneczkarz, który już pięć tygodni po operacji. Sochowicz ma też plany na styczeń.

Niepewność na 50 dni przed igrzyskami. Najmniejsza reprezentacja Polski od dekadyNiepewność na 50 dni przed igrzyskami. Najmniejsza reprezentacja Polski od dekady

Więcej treści sportowych znajdziesz też na Gazeta.pl

- Treningi zależne będą od kwalifikacji. Jak się ten temat wyklaruje, to pojechałbym na trening indywidualny do Altenbergu, czy Oberhofu, by trochę kilometrów na sankach nabić. Chłopaki są na poziomie pucharu świata, ja muszę ich podgonić - komentuje.

W podganianiu, czyli obecnie rehabilitacji i chęci wejścia na kolejny poziom czasem, posuwa się szybko.

- Czuję, że powinienem być dużo dalej, ale moi fizjoterapeuci mnie stopują, mówią bym nie przesadzał - zaznacza. Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pekin 2022 rozpoczną się 4 lutego. Potrwają 16 dni.

Więcej o: