Natalia Kaczmarek, Iga Baumgart-Witan, Małgorzata Hołub-Kowalik i Justyna Święty-Ersetic zdobyły ostatni, 14., medal dla Polski na igrzyskach olimpijskich w Tokio. Aniołki Matusińskiego zajęły drugie miejsce w sztafecie kobiet. Tydzień wcześniej razem z Dariuszem Kowalukiem, Karolem Zalewskim i Kajetanem Duszyńskim sprawiły sensację, wygrywając sztafetę mieszaną 4x400 m, przy okazji bijąc dwa razy rekord Europy i olimpijski.
Aleksander Matusiński: Czuję się z tym wspaniale. Przez lata mieliśmy w głowach medal olimpijski, bo dziewczyny zdobywały medale mistrzostw świata i mistrzostw Europy, robiły wiele dla kraju, ale to, co najważniejsze robi się na igrzyskach. Tylko medalem olimpijskim, i to najlepiej złotym, przechodzi się do historii.
- Tak. Dla mnie one są najlepsze. To fantastyczne walczaki. My mieliśmy w tym roku tak dużo perypetii zdrowotnych, każda się borykała z kontuzjami, przeszkadzał nam covid, a one z tego wszystkiego wyszły obronną ręką i pokazały wielkie serca do walki. Osiągnęły więcej niż papier mówił, że mogą osiągnąć.
- Że w sztafecie kobiet będzie walka o brąz. Ale dziewczyny się nastawiły na walkę z Jamajkami o srebro i tę walkę wygrały. A chciały walczyć nawet z Amerykankami, choć to na razie tylko iluzja, że można. Najważniejsze, że dziewczyny nie chciały się zadowolić brązem. Były nastawione tak, że każda z nich pobiegła idealnie. Nie na 100, a na 1000 procent.
- Rio nas zdecydowanie zabolało. Gdyby dziewczyny pobiegły w Rio w finale to samo, co w eliminacjach, to już tam mielibyśmy medal i spokojne dusze. Wtedy do następnych zawodów podchodzilibyśmy spełnieni. Medalu nie było, więc nie było spełnienia. Nie było go nawet po tym, jak tu, w Tokio, dziewczyny zdobyły złoto w sztafecie mieszanej. Po tym wielkim sukcesie starałem się im przekazać, że one tu przyjechały po medal w sztafecie 4x400 metrów i że to jest nadal nasz cel. Dziewczyny też czuły, że złoto w miksie nie ma znaczenia. Super, przeszły do historii, ale też tamta sztafeta przeszła do historii. Mistrzynie olimpijskie odcięły się od tego, że nimi są i dalej walczyły dla siebie i dla Ani Kiełbasińskiej. Dla siebie o kolejny medal, a dla Ani o pierwszy. Ona super pobiegła w eliminacjach, ale - niestety - w finale nie biegała. To nie są łatwe sytuacje. Moje decyzje są bardzo trudne, czasami bardzo kontrowersyjne. Natomiast ja zawsze widzę na końcu sukces albo optymalizację możliwego sukcesu. W tym wypadku wszystko się udało. Ania też jest usatysfakcjonowana. Nie biegła w finale, ale bez jej udziału w eliminacjach nie byłoby medalu. Wtedy Natalia Kaczmarek nie byłaby wypoczęta i nie pobiegłaby tak świetnie. Dzięki zmianom wszyscy mieliśmy spokojne głowy.
- Tak, chociaż bardzo nam brakuje Patrycji Wyciszkiewicz. Dwa lata temu na MŚ w Dausze pobiegła w sztafecie poniżej 50 sekund. Była świetna. To jest przykre, że nie wszyscy mogą stać teraz na olimpijskim podium. O Patrycji pamiętamy, bo jesteśmy jedną drużyną.
- Dla mnie Natalia jest w tej chwili liderką. Jest najlepsza. I moim zdaniem mamy srebro dzięki temu, że Natalia biegła jako pierwsza. Ona nam świetnie ustawiła sztafetę, mogliśmy sobie dalej spokojnie biegać. Jeśli się nie mylę, oddała pałeczkę jako pierwsza.
- Ważne, że była wyraźnie przed wszystkimi, którzy chcieli nas gonić. Mogliśmy później spokojnie biegać, spokojnie zmieniać. Nie widziałem innej możliwości ułożenia tej sztafety. Tylko Natalia Kaczmarek mogła tak mocno zacząć. Po biegach indywidualnych [Kaczmarek startowała indywidualnie jako jedyna i odpadła w półfinale] była tak wkurzona, tak agresywna, tak rozeźlona, że źle pobiegła - jej zdaniem źle, bo moim bardzo dobrze, w granicach rekordu życiowego - że dla sztafety oddała całe serce.
- Dużo.
- Z Justyną było źle od zimy, od halowych mistrzostw Europy. Ona tam pobiła halowy rekord Polski i zdobyła srebrny medal, ale miała też naderwanie mięśnia czworogłowego w dwóch miejscach. Zaraz też zachorowała na covid. Z powikłaniami. A miesiąc temu znów naderwała mięsień czworogłowy. Ona nie była w Tokio optymalnie przygotowana. Nie była w formie na swoje wyniki. Ale inne dziewczyny, choć też się borykały z kontuzjami w ostatnich miesiącach, były przygotowane super. I dzięki nim skończyliśmy igrzyska ze złotym i srebrnym medalem, z rekordami Polski, a nawet z rekordem olimpijskim.
- Na Justynę rzuciły się media, ale ona jest taką osobą, że dała sobie z tym radę. Oddzieliła to od swojej sytuacji zdrowotnej, skupiła się na tym, żeby wrócić do zdrowia na tyle, na ile mogła i to zrobiła. Justyna od lat daje sztafecie pewność. Jej brak mocno obniżyłby morale. To zawodniczka, która ma nie tylko walory wynikowe, nie tylko super biega, ale też walczy tak, że i bez nogi pobiegnie. Koleżanki to widzą i bardzo Justyny potrzebują. Natomiast wynikowo najlepsza jest teraz Natalia, co jeszcze raz podkreślam.
- Ona wtedy wychodziła na trening i robiła go nie w pełni swoich możliwości, ale go robiła. Natomiast na drugi dzień przychodziła i nie potrafiła zrobić rytmu, szybszego biegania. Wtedy ją bolało. To był problem. Ale były też dni, gdy potrafiła pobiec jak najlepsze dziewczyny. Wiedziałem, że jest przygotowana i że ma świetne cechy wolicjonalne, więc byłem przekonany, że mimo wszystko da radę. Plus jeszcze w wiosce olimpijskiej doktor od siatkarzy, Jak Sokal, zrobił USG i wyszło, że Justyna jest po przebytym urazie i że nic się jej nie stanie. Taką dostaliśmy informację. I wtedy się odważyliśmy wejść z mocniejszymi treningami.
- Justyna pierwszy raz biegła w tych butach na mistrzostwach Europy w hali i pobiła rekord Polski. Wcześniej ich nie miała. Później w nich trenowała i nie miała problemów ani z łydkami, ani ze stopami. A zarzuty do tych butów są właśnie o kontuzje łydek i stóp.
- Nie wiem, nie rozmawiałem z dziewczynami. Ja mam siłę i chęci dalej tę drużynę prowadzić. Jestem szczęśliwym człowiekiem. Ale teraz wracam do domu, jedziemy z rodziną na wakacje. I wyłączam telefon. Odcinam się od mediów.
- Zobaczymy, co będzie, a czego nie będzie.
- Dla mnie najważniejsze było, żeby Iga Baumgart-Witan, Justyna Święty-Ersetic, Gosia Hołub-Kowalik, Natalia Kaczmarek, Ania Kiełbasińska i Patrycja Wyciszkiewicz, która była z nami wcześniej, a której niestety teraz z nami nie ma, żeby te wszystkie dziewczyny były medalistkami olimpijskimi. Dźwignąć coś takiego to jest straszny ciężar. Widzimy, jak strasznie trudno jest zdobyć medal na igrzyskach.
- Nie wiem, jak się stało. Naprawdę! Chyba mamy dobre zarządzanie i idziemy falą, motywujemy się nawzajem, napędzamy się, jesteśmy dobrą drużyną. Ale proszę uwierzyć, medal igrzysk jest bardzo ciężki gatunkowo.
- Tak, chociaż ja się od tamtych medali odciąłem. Tak samo jak od niespodziewanego złota w miksie. Powiedziałem dziewczynom, że mają być głodne, że tamtego medalu nie ma. One wiedziały, że muszą zdobyć medal dla Ani Kiełbasińskiej, która była w superformie a przeszła bardzo trudną drogę. Dziewczyny postąpiły tak, jak chciałem. Mogły się czuć usatysfakcjonowane i tylko zaliczyć występ. Ale nie - one są głodne, są zawzięte, zażarte, krwiożercze.
- Właśnie zrobię sobie długie wakacje, a później zobaczymy, jakie będą ich decyzje.
- Naprawdę? To wy wiecie więcej niż ja.
- Ja bym chciał, żeby one były szczęśliwe. To jest dla mnie najważniejsze.
- Naprawdę zaakceptuję każdą decyzję dziewczyn. Pewnie jeszcze powinny potrenować, bo na fali sukcesu mogą jeszcze więcej zdobyć i ustawić się życiowo, finansowo. Ale to są ich życia i życia ich rodzin. Nigdy bym nie chciał z żadnej z nich wycisnąć wszystkiego.